Czas złagodzić język politycznej debaty
Poniedziałek, 15 lipca 2024 (21:24)Rozmowa z dr. Bogdanem Więckiewiczem, socjologiem z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie
Komentatorzy amerykańscy już od jakiegoś czasu mówili, że nienawiść do Donalda Trumpa na każdym poziomie, począwszy
od krytyki wszystkiego, co wiąże się z byłym prezydentem, przez oskarżenia i próbę wsadzenia go do więzienia po finansowe kary, jeśli nie przyniesie rezultatu, to kolejnym krokiem może być próba zlikwidowania, mord polityczny.
I tak się stało…
– W Stanach Zjednoczonych, ale nie tylko, bo również
w Europie, od jakiegoś czasu mamy mocny podział na środowiska lewicowe – bez względu na to, jak one się nazywają, oraz na środowiska konserwatywne. Partia Demokratyczna w Stanach Zjednoczonych to jest lewica, natomiast Partia Republikańska kojarzona jest z prawicą. Ten podział jest dość mocny, z tym że jeśli chodzi o środowiska lewicowe, to mają one przewagę w mediach.
W związku z tym „mowa nienawiści”, którą epatują środowiska lewicowe, jest wyciszana. O niej się niewiele mówi w mediach albo się ją wycisza, natomiast nagłaśnia się wszelkie, nawet tylko krytyczne wypowiedzi z prawej strony sceny politycznej.
W związku z tym środowisko lewicowe czuje się mocne, mając wsparcie chociażby medialne, ale także ze strony środowisk celebryckich, aktorów, artystów, osób znanych
z mediów. Co więcej – uważa, że na wiele więcej może sobie pozwolić. Zresztą mogliśmy to zaobserwować
w Stanach Zjednoczonych, czytając bądź słuchając krytycznych pod adresem Donalda Trumpa wypowiedzi polityków czy aktorów. Słowo „krytycznych” nie oddaje treści tych słów, które bardzo często wprost mówiły, że Trumpa należy usunąć. Niestety, nie widzieliśmy jakiegoś wielkiego oburzenia wobec tych słów, które padały na wiecach czy w środkach masowego przekazu. Wobec tych zachowań czy słów nie słyszeliśmy krytyki czy dezaprobaty, natomiast można było zaobserwować coraz mocniejszą, coraz bardziej radykalną „mowę nienawiści”. I niestety
to przyczyniło się do tego, co wydarzyło się w ostatnich dniach – były prezydent i kandydat na ten urząd Donald Trump ledwo uszedł z życiem, mając – jak sam to skomentował – duże szczęście i dziękując za ocalenie
Panu Bogu.
Wspomniał Pan o roli lewicowych, lewackich mediów, które podsycały atmosferę, które na początku, zaraz po zamachu na Trumpa, lekceważyły to, co się stało. Ale podobne podejście prezentują także lewicowe media w Polsce?
– Dokładnie tak. Widzimy przecież eskalującą wrogość wypowiedzi nie tylko polityków formacji obecnie rządzących, czy w ogóle ze strony lewicy, ale jest także
– analogicznie do sytuacji w Stanach Zjednoczonych – przyzwolenie mediów na brutalizację. Mam na myśli także wypowiedzi znanych aktorów, celebrytów, którzy niemalże z pogardą wypowiadają się o politykach opozycji. To prawda, że polityk powinien mieć grubszą skórę i być bardziej odporny na razy i wszelką krytykę pod ich adresem, ale są pewne granice obrzucania błotem. Najgorsze jest to, że ta krytyka, ta stygmatyzacja dotyczy także wyborców popierających partię konserwatywną. Można wymieniać, bo jest wielu znanych aktorów, którzy wiodą prym w tych mało kulturalnych spektaklach, w szkalowaniu w mediach społecznościowych czy przed kamerami stacji komercyjnych innych ludzi – polityków oraz wyborców, którzy często określani są mianem patologii, nierobów, wykolejeńców. Taki język jest używany wobec wyborców Prawa i Sprawiedliwości.
Ale to, co dzisiaj widzimy, nie wzięło się znikąd, lecz narastało z czasem…
– Owszem, to się zaczęło za poprzednich rządów koalicji PO – PSL, przybrało coraz bardziej radykalne formy po katastrofie smoleńskiej w 2010 roku, kiedy na urząd Prezydenta RP kandydował Jarosław Kaczyński. Aktorzy, którzy wówczas stanęli po stronie PiS i popierali kandydaturę czy byli w komitecie wyborczym prezesa Kaczyńskiego, stracili pracę, nie otrzymywali propozycji, zostali wykluczeni poza nawias przez tzw. środowisko.
Tak więc represje były stosowane w sposób realny. Nie wspomnę już o zabójstwie w Łodzi działacza PiS, Marka Rosiaka, w październiku 2010 roku oraz ranieniu innego pracownika biura poselskiego, czego dopuścił się były działacz Platformy Ryszard Cyba. Nie tak dawno widzieliśmy agresywnego człowieka, który wtargnął do Biura PiS w Warszawie i mówił, że przyszedł zamordować prezesa Kaczyńskiego. To nie spotkało się z dezaprobatą, natomiast krytyka spadła na ochroniarza, który zatrzymał
i obezwładnił napastnika. Słyszeliśmy, że jak mógł obezwładnić tego „biednego” człowieka.
Również wypowiedzi dziennikarzy, polityków pozostawiają wiele do życzenia. Weźmy chociażby obecnego premiera Donalda Tuska, który przed trzema laty, podczas manifestacji na Krakowskim Przedmieściu, zwracał się
do prezydenta Andrzeja Dudy ze słowami utworu Czesława Miłosza: „Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy. I sznur
i gałąź pod ciężarem zgięta”. Niedawno, bo w maju br., Tusk z mównicy sejmowej o posłach Zjednoczonej Prawicy mówił: płatni zdrajcy, pachołki Rosji, zapominając, że to on z Władimirem Putinem przechadzał się po sopockim molo. To tylko pokazuje, że trwa kampania nienawiści, którą podsycają politycy. Tymczasem to politycy powinni studzić emocje, tonować nastroje społeczne, spierać się na argumenty, a nie podsycać agresję, której jest wystarczająco dzisiaj w życiu. Ten chory spektakl nienawiści nie dotyczy tylko Stanów Zjednoczonych czy Polski, bo niedawno mieliśmy zamach na premiera Słowacji Roberta Ficę, który ranny ledwo uszedł z życiem.
Tak chyba się dzieje, gdy się nie ma sukcesów i pomysłu na rządzenie państwem. Wtedy sieje się nienawiść do oponentów politycznych, gra się rozliczeniami i w to wszystko wciąga się społeczeństwo...
– Politycy mają dużo do ugrania – mam na myśli stanowiska, profity z władzy, natomiast nie zdają sobie sprawy, albo czynią to celowo, i w te spory międzypartyjne angażują także zwykłych ludzi, elektoraty, społeczeństwo, które nie zawsze rozumie pewne niuanse, a niekiedy zbyt dosłownie bierze wypowiedzi, które padają z ust polityków. Te słowa, te wypowiedzi często mają charakter emocjonalny, bo w ten właśnie sposób najłatwiej przyciągnąć zwolenników bądź zniechęcić kogoś do przeciwnej strony sporu politycznego. Owi politycy
chyba nie do końca zdają sobie sprawę, jakie mogą być konsekwencje tego podburzania jednych przeciwko drugim i stąd w następstwie, jeśli takie słowa padają na podatny grunt, powodują zachowania agresywne, patologiczne
ze strony zwolenników różnych stron.
Oczywiście w demokracji każdemu wolno protestować, wyrażać swoje poglądy, ale nie należy tego robić w sposób agresywny, wykluczający innych. Przykładem tego wykluczania są miesięcznice smoleńskie każdego 10. dnia miesiąca, które są regularnie, permanentnie zakłócane, a politycy PiS z prezesem Kaczyńskim są lżeni, wyszydzani. A przecież każdy ma prawo składać wieniec czy pomodlić się za ofiary katastrofy, w której zginęli przedstawiciele państwa polskiego z prezydentem Lechem Kaczyńskim
na czele. Wydaje się, że druga strona w ogóle tego nie rozumie, odmawiając innym prawa do modlitwy, uczczenia tragicznie zmarłych, co w normalnych warunkach jest zwyczajnie ludzkim gestem i elementem podstawowym demokracji.
Czy zamach na Donalda Trumpa w Butler
w Pensylwanii może obudzić i zjednoczyć bardzo mocno podzieloną dziś Amerykę?
Czy retoryka wobec Trumpa może się zmienić, czy wprost przeciwnie – istniejący podział może się jeszcze bardziej zaznaczyć?
– Istnieje duże prawdopodobieństwo, że ta retoryka wobec Donalda Trumpa – bardzo agresywna – może się zmienić, stać się bardziej łagodna. Z jednej strony Trump mógł stracić życie, z drugiej strony to tragiczne zdarzenie najpewniej mu pomoże i przed wyborami może on zyskać dodatkowy elektorat – zwłaszcza wśród tych osób, które nie są bezpośrednio zaangażowane w politykę, które nie są blisko związane z daną opcją polityczną. Zatem niezdecydowani, ci, którzy sporadycznie śledzą wydarzenia polityczne, pod wpływem tego impulsu mogą stanąć
po stronie Trumpa.
Swoją drogą ta debata może złagodnieć, zwłaszcza
po słowach prezydenta Joe Bidena, który zabierając głos po zamachu na Donalda Trumpa, apelował, żeby debata polityczna i kolejne miesiące kampanii wyborczej były nieco inne. Stąd również amerykańskie media będą pod presją i będą musiały złagodzić język wypowiedzi, który dotąd był pełen nienawiści i pogardy wobec Trumpa. Zatem nie będą mogły sobie pozwolić żeby ostro – jak to bywało dotąd – atakować kandydata republikanów.
Muszę przyznać, że osobiście nie bardzo wierzę w „nawrócenia” medialne. Przypominam sobie, że w Polsce
w pierwszych dniach po katastrofie smoleńskiej też byliśmy zjednoczeni,
co przełożyło się na zachowania mediów,
a za chwilę ten spokój i powaga przybrały wyraz wrogości, agresji, a spór rozgorzał
z jeszcze większą siłą...
– W nawróceniw lewicowych, komercyjnych mediów również nie wierzę. Natomiast na początku, pod wpływem presji wobec mediów krytycznych Donaldowi Trumpowi
nie będzie im wypadało z dotychczasową siłą atakować kandydata republikanów, ale z biegiem czasu sytuacja wróci do normy – tej złej normy. Tak czy inaczej na początku ten ton będzie łagodniejszy, co oczywiście będzie korzystne dla Donalda Trumpa, wokół którego przez ostatnie lata stworzono aurę czy obraz wyjątkowo znienawidzonego polityka.
Centymetr, może dwa i dzisiaj rozmawialibyśmy o Trumpie w czasie przeszłym. Czy to, co się stało, że przeżył zamach, paradoksalnie otwiera mu szerzej drzwi do prezydentury?
– Niezależnie od tego, co mogło się wydarzyć, gdyby strzał był celniejszy, to cała ta sytuacja z całą pewnością może się przełożyć na wynik listopadowych wyborów. Sytuacja jest sprzyjająca dla Donalda Trumpa. Natomiast prezydent Joe Biden z dużą dozą prawdopodobieństwa w starciu z Trumpem może nie mieć szans na reelekcję. Tym bardziej że jego pozycja słabła, a kulminacją była ostatnia debata prezydencka, gdzie widać było, że jest w coraz gorszej kondycji fizycznej, ale wiele do życzenia pozostawia też sprawność intelektualna urzędującego prezydenta.
Teraz, po zamachu na Trumpa, kiedy świat obiegły zdjęcia przedstawiające Donalda Trumpa, który mimo zranienia
z zakrwawioną twarzą podnosi w geście siły zaciśniętą pięść, wzywając do walki o Stany Zjednoczone, pozycja kandydata republikanów jest coraz mocniejsza. To, co widzieliśmy, to są gesty i pokaz tego, że dla Trumpa Ameryka jest bardzo ważna, a on sam jest osobą silną, która nigdy się nie poddaje. To jest więc ważny aspekt psychologiczny i sygnał wysłany do amerykańskiego społeczeństwa, że jako prezydent do końca będzie bronił swojego kraju w sytuacji zagrożenia, że zależy mu na Ameryce silnej jak nigdy dotąd. Uważam, że ten zamach
i postawa Trumpa to bardzo ważny argument
w zbliżających się listopadowych wyborach w Stanach Zjednoczonych.