• Środa, 8 kwietnia 2026

    imieniny: Maksyma, Seweryna, Waltera

Francję czeka rządowy chaos

Poniedziałek, 8 lipca 2024 (21:26)

Rozmowa z prof. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą KUL i AKSiM

Sojusz partii lewicowych Nowy Front Ludowy zwycięzcą drugiej tury przedterminowych wyborów parlamentarnych we Francji. Zaskoczenie…?

– Proszę zwrócić uwagę, że ta koalicja uzyskała najlepszy wynik, zdobywając w Zgromadzeniu Narodowym 182 mandaty, dzięki porozumieniu, sojuszowi pomiędzy Emmanuelem Macronem a skrajną lewicą przeciwko Zjednoczeniu Narodowemu. Ugrupowanie Marine Le Pen, jak wiemy, w pierwszej turze osiągnęło najlepszy wynik, uzyskując 33,15 proc. głosów i wiele wskazywało, że powtórzy to w ostatecznej rozgrywce. Jeszcze w piątek sondaże przedwyborcze dawały zwycięstwo Zjednoczeniu Narodowemu. Tymczasem ordynacja wyborcza we Francji zakłada, że jeśli w jednomandatowym okręgu kandydat nie zdobył bezwzględnej większości głosów w pierwszej turze, to odbywa się druga, do której przechodzą kandydaci, którzy zdobyli co najmniej 12,5 proc. głosów. W tym przypadku w wielu okręgach do drugiej tury przeszli kandydaci lewicy, prawicy i formacji liberalnej Macrona. Aby zwiększyć szanse pokonania Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen, Nowy Front Ludowy, który utworzyły dotychczas podzielone formacje lewicowe oraz powiązane z prezydentem Macronem Odrodzenie, wycofał swoich kandydatów tam, gdzie zdobyli oni trzecie miejsce. I ta strategia przyniosła sukces.

 Żadnemu ugrupowaniu nie udało się zdobyć 289 mandatów pozwalających na utworzenie samodzielnego rządu.

– Nowy Front Ludowy zdobył 182 mandaty, Odrodzenie 163 mandaty, Zjednoczenie Narodowe 143 mandaty,
a zatem żadna z formacji nie ma większości bezwzględnej. Swoją drogą formacje występujące przeciw Zjednoczeniu Narodowemu to bardzo skomplikowana konstrukcja począwszy od radykalnych lewaków po bardziej umiarkowanych, a łączy ich tylko sojusz przeciwko ugrupowaniu Marine Le Pen. Dlatego jeśli połączą siły,
będzie to niesamowicie trudna koalicja. Myślę, że trudniejsza nawet niż „koalicja 13 grudnia” w Polsce.

Kiedy po wyborach do europarlamentu prezydent Macron rozwiązał Zgromadzenie Narodowe, wydawało się, że nie uda się zdobyć większości ugrupowaniom lewicowym i że prawica będzie rządzić
we Francji.

– Gdyby nie doszło do porozumienia, o którym wspomniałem wcześniej, to zgodnie z wynikami pierwszej tury oraz sondażami Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen
z pewnością by zwyciężyło. Ponieważ jednak trwa batalia sklejania frontu przeciwko francuskiej prawicy, to stało
się tak, jak się stało. Warto może przypomnieć, że już wcześniej zawierano takie sojusze – może mniej egzotyczne, ale jednak – i wtedy prawica narodowa
we Francji miała minimalną liczbę mandatów.

Czy wyniki wyborów, które komentujemy,
to rzeczywiście zwycięstwo lewicy, czy
w ogóle establishmentu francuskiego?

– Proszę pamiętać, że najważniejsze we Francji są wybory prezydenckie, które w ogromnej mierze rozstrzygają o linii władzy. W tej chwili do opozycji wejdzie Zjednoczenie Narodowe i w sytuacji, kiedy różnorakie kryzysy we Francji łącznie z kryzysem migracyjnym są nierozwiązane,
także to, że unijne absurdalne pomysły ideologiczne są realizowane, w tej sytuacji warto sobie zadać pytanie,
czy to wzmocni ugrupowanie Marine Le Pen jako kandydata na prezydenta, czy też ją osłabi. Być może gdyby Zjednoczenie Narodowe po niedzielnych wyborach rządziło samodzielnie czy w koalicji, to właśnie mogłoby przynieść rozczarowanie. Z kolei to mogłoby się przełożyć na wynik przyszłych wyborów prezydenckich i utrudnić Marine Le Pen walkę o Pałac Elizejski. Jak widać, niewiadomych jest kilka. Wybory parlamentarne są istotną, ale pierwszą batalią, którą w drugiej turze wygrali: lewica oraz centryści. Zobaczymy, komu się to przysłuży w wyborach prezydenckich.

Lider centrolewicowej partii Miejsce Publiczne Raphaël Glucksmann stwierdził,
że Francja potrzebuje „rewolucji kulturalnej”.

– To tylko pokazuje, co to są za ludzie i o co im chodzi. Oprócz ideologicznych mają też pomysły gospodarcze
– tak nieracjonalne, tak odlotowe, że trudno nawet za tym nadążyć. Dlatego wcześniej prezydent Macron, strasząc skrajną prawicą i skrajną lewicą, właśnie na tym budował
i w oparciu o ten strach wygrywał wybory. W tej chwili krytykowana przez niego skrajna lewica musi być czynnikiem współrządzącym, a lider Nowego Frontu Ludowego Jean-Luc Mélenchon znany jest z bardzo – jak
to młodzież określa – odjechanych pomysłów, dalej idących nawet od pomysłów Unii Europejskiej, co więcej, ten polityk uważał Rosję za partnera. Jeśli więc w ten sposób będzie wyglądało rządzenie, że zrobi się jeszcze większą rewolucję kulturową, czyli np. przyjmie się jeszcze więcej migrantów, jeśli będzie się realizowało rozmaite dziwactwa, to czas pokaże, komu to rządzenie się przysłuży
w kontekście wyborów prezydenckich we Francji w 2027 roku. Sytuacja jest skomplikowana i nie jest wcale tak,
że Macron może powiedzieć, że utrzymał władzę i że nie ma konkurencji, bo tak nie jest.

Wiele jest wciąż niewiadomych i szykuje
się trudna koalicja
jeśli powstanie zwłaszcza że wspomniany przez Pana Profesora Jean-Luc Mélenchon zaraz
po ogłoszeniu sondażowych wyników niedzielnych wyborów zapowiedział,
że 
nie będzie żadnej współpracy z partią prezydenta Macrona.

– Politycy bardzo często zmieniają zdanie, dlatego nie przywiązywałbym do tego aż takiej uwagi. Tak czy inaczej Francję czeka rządowy chaos. Elementem stabilizującym, ale tylko do pewnego stopnia jest prezydent, ale jeśli powstrzymuje on Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen
w sposób, o którym mówiliśmy przed chwilą, to moim zdaniem ugrupowanie zamiast słabnąć, będzie rosło w siłę. Le Pan może powiedzieć: skoro wzięli władzę przeciwko nam i zrobili to w sposób cyniczny, to niech teraz pokażą, na co ich stać. Jeśli zaś nie pokażą lub się skompromitują, to rewolucja czy kontrrewolucja związana z przejęciem władzy przez Zjednoczenie Narodowe może być tylko odłożona w czasie.  

Jordan Bardella, lider Zjednoczenia Narodowego, komentując wynik wyborów, powiedział, że „Francja została rzucona
w ręce skrajnej lewicy”.

– Pamiętajmy o tym, że ci, którzy głosowali na centrystów, czyli ugrupowanie Emmanuela Macrona, wcale nie są zwolennikami rozwiązań skrajnej lewicy, szczególnie jeśli chodzi o program gospodarczy czy rozwiązania w życiu społecznym. Natomiast w tej sytuacji, jaka jest, nie da się stworzyć rządu, który nie będzie realizował programu lewackiego, bo wtedy lewica utraci poparcie, musi więc dbać o swój elektorat. To pokazuje, że rewolucja we Francji trwa, wstrząsy społeczne wciąż mają miejsce i pewnie jeszcze będą, bo te wybory wcale tego nie powstrzymają. Oczywiście nie doszło do radykalnej zmiany władzy
w kierunku narodowym, ale to tym gorzej dla Francji,
bo to może oznaczać, że nie rezygnujemy z drogi w lewo, co więcej, może to być kierunek jeszcze bardziej radykalny, lewacki. Przyczyną tych wstrząsów społecznych, które w tej chwili obserwujemy, jest właśnie polityka lewacka.

Jak wybory we Francji mają się do sytuacji w Europie? Niedawno wydawało się,
że powoli do głosu zaczynają dochodzić ugrupowania prawicowe, ale  wybory we Francji, a także w Wielkiej Brytanii wydają się temu przeczyć…

– To przypomina lata trzydzieste poprzedniego wieku
w Niemczech, gdzie były dwie siły, grupy bardzo radykalne, komuniści i narodowi socjaliści, i nie było wiadomo, kto zwycięży. W tej chwili we Francji wszystko się rozwarstwia, to znaczy mamy radykalne lewactwo, a po drugiej stronie prawicowe Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen.
Jeśli zsumowalibyśmy głosy konserwatystów i partii Reform UK Nigela Farage’a, to oni wcale nie przegrali, natomiast stracili, bo do wyborów prawica szła rozbita. Jeśli zaś chodzi o eurowybory, to może przypomnę, że w naszych rozmowach przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, wcale nie mówiliśmy, że układ zostanie całkowicie złamany. Mówiliśmy, że dojdzie czy może dojść do pewnej korekty, że po wyborach będzie większa reprezentacja obozu narodowego w relacji do układu Europejska Partia Ludowa
i socjaliści. I tak się rzeczywiście stało. To samo jest dzisiaj we Francji, a więc mamy dokładnie ten sam trend jak ogólnie w Europie – mianowicie, że stary układ wciąż istnieje, ale on jest w tej chwili zderegulowany
i wewnętrznie skonfliktowany. Natomiast wzmocnili się narodowcy, co nie oznacza, że zwyciężyli. Kolejne batalie przed nami, nikt przecież nie mówił, że to będzie łatwa
i prosta droga. Oczywiście mogło się stać tak, że we Francji do władzy doszłoby Zjednoczenie Narodowe, a jego lider Jordan Bardella zostałby premierem. Rozpoczęłoby się reformowanie Unii Europejskiej w duchu racjonalnym, czyli odejście od rozmaitych szaleńczych pomysłów, co byłoby dobre dla samej Unii, dla Francji, a także dla nas. Tak się jednak nie stało, więc na razie czeka nas przedłużający się kryzys Francji, kryzys Unii Europejskiej, a co będzie dalej, to czas pokaże. 

Niemcy, widząc, co się dzieje, zaczynają odstawiać Francję na bok

– To wszystko wymusza spór francusko-niemiecki o pewien model rozwoju Unii Europejskiej. Warto przypomnieć, że Niemcy mają u siebie Alternatywę dla Niemiec (AfD), czyli formację narodową i eurosceptyczną, która zyskuje coraz bardziej, więc też się obawiają. Spójrzmy na Francję
z nieco innej perspektywy – mianowicie wśród lewaków, którzy idą dzisiaj po władzę, jest bardzo silny nurt proputinowski i antyunijny, co też jest bardzo ciekawe. Oczywiście antyunijny z innych powodów niż w Niemczech w AfD, ale to wszystko pokazuje, że wchodzimy w okres nie umacniania się starego establishmentu, tylko pogłębiającego się chaosu. Wygląda na to, że przed
nami ciekawe czasy.

                      Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki, „Nasz Dziennik”