• Środa, 8 kwietnia 2026

    imieniny: Maksyma, Seweryna, Waltera

Na szali jest bezpieczeństwo Polski

Piątek, 5 lipca 2024 (10:30)

Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem

Jakie powinniśmy mieć oczekiwania odnośnie do zbliżającego się szczytu Sojuszu Północnoatlantyckiego w dniach 9-11 lipca w Waszyngtonie?

– Jest pytanie, kto te nasze, polskie oczekiwania wyraża. Znamy stanowisko prezydenta Andrzeja Dudy, który będzie reprezentował Polskę na szczycie w Waszyngtonie. Jak zapowiedział, będzie postulował, aby w obliczu rosyjskiej inwazji na Ukrainie, a więc u bram NATO, nakłady państw sojuszniczych na obronność zwiększyć z dwóch do trzech procent PKB. To jest oczywiście bardzo ważne i potrzebne. Natomiast nie umiem powiedzieć, czy jest uzgodnione stanowisko polskiej strony na szczyt NATO – między prezydentem a ministrem obrony Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, który będzie na szczycie w Waszyngtonie z ramienia rządu, podobnie jak szef dyplomacji Radosław Sikorski.

W tej sytuacji nie umiem powiedzieć, czy jest uzgodnione, że Polska zgłasza, że wspomniane trzy procent PKB ma być obowiązującą regułą w NATO, bo inaczej przedstawiciele rządu, a zwłaszcza Sikorski, mogą powiedzieć, że się nie zgadzają z postulatem prezydenta Dudy i mogą to wyrazić właśnie podczas szczytu w Waszyngtonie. To jest trudne do wyobrażenia, ale codziennie pojawiają się rzeczy, które wydawały się niemożliwe, ale za sprawą rządu Tuska jednak się dzieją. Dlatego nie wykluczałbym również takiego wariantu podczas szczytu NATO.

Andrzej Duda wyraził nadzieję, że „rząd zachowa się odpowiedzialnie” i utrzyma wydatki na obronność na obecnym poziomie. To oznacza, że prezydent sam jest niepewny, co do stanowiska rządu i tego, co może zrobić Tusk?

– Oczywiście, ale trudno, żeby było inaczej, skoro obecna władza tak odnosi się do prezydenta Dudy. Dlatego nie dziwię się tego rodzaju wypowiedziom ze strony głowy państwa polskiego.

Zwłaszcza kiedy – jak donoszą media – jest projekt dokumentu, z którego wynika, że MON chce zredukować wydatki na obronność w latach 2025-2028 o ponad 57 mld zł…   

– To jest – jak rozumiem – chęć wyrażona w piśmie, które MON, a więc ci cywile, którzy obecnie kontrolują polskie siły zbrojne, skierowali do Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Z tego, co widzimy, szef Sztabu Generalnego gen. Wiesław Kukuła nie akceptuje tego stanu rzeczy, wskazując, jakie konsekwencje grożą, jeśli ten projekt, ta rekomendacja MON doczekałaby się realizacji, a więc jeśli założyć cięcia o 25 proc. środków, które mają być przeznaczone w prognozie na najbliższe lata. To nie są pieniądze, które twardo znajdują się w budżecie, ale jest to założenie, że tyle i tyle środków trzeba będzie wyłożyć od 2025 do 2028 roku, żeby zrealizować założenia rządu Zjednoczonej Prawicy w związku z modernizacją polskich Sił Zbrojnych.

Szef Sztabu Generalnego tego nie zaakceptował i na szczęście ta propozycja MON, za pośrednictwem niezależnych mediów, trafiła do opinii publicznej. Jest więc pytanie, co teraz zrobi z tym MON.

Kosiniak-Kamysz jeszcze wczoraj mówił, żeby nie rozpowszechniać fake newsów, ale nie zaprzeczył, że upowszechniony dokument jest prawdziwy…

– Tyle tylko, że ten fake news – jak go określa Kosiniak-Kamysz – został zapisany w dokumencie MON skierowanym do szefa Sztabu Generalnego. Idąc tokiem tego rozumowania, w MON wyprodukowano dokument skierowany do szefa Sztabu Generalnego, minister obrony tego pisma nie widział, w związku z tym nazywa go fake newsem. To jakieś pomieszanie z poplątaniem. Niestety, obawiam się, i to wychodzi coraz częściej, że minister Kosiniak-Kamysz jest osobą niekompetentną, jeśli chodzi o resort, którym zarządza, bo wygląda, że kto inny pociąga tam za sznurki. Przecież komentując całą sprawę, nie opieramy się na jakiejś plotce powstałej nie wiadomo gdzie, tylko opieramy się na treści pisma, które ujrzało światło dzienne, które MON, a więc jak rozumiem minister Kosiniak-Kamysz, wysłało do szefa Sztabu Generalnego. Ten z kolei wyraził, co o tym projekcie myśli. Z tego wniosek, że będą próbowali jakoś z tego wyjść i będą dymisje, ale nie tam, gdzie trzeba. Nie wykluczałbym, że stanowisko może stracić szef Sztabu Generalnego zgodnie z porzekadłem: cygan zawinił, a kowala powiesili.

To, że pismo, nie jest żadnym fake newsem, udowodnili posłowie PiS, którzy byli dzisiaj z kontrolą poselską w MON i od dyrektora generalnego resortu obrony uzyskali potwierdzenie dotyczące istnienia dokumentu wysłanego do Sztabu Generalnego o cięciach finansowych w wysokości 25 procent w dziedzinie obronności…

– To kolejne źródło potwierdzające, że to nie jest fake news, jak mówi minister Kosiniak-Kamysz, ale istniejący dokument. To jest fakt. 

Prezydent Duda stwierdził, że jeśli będzie jakakolwiek próba redukcji wydatków na obronność, to będzie temu przeciwny…

– I bardzo dobrze, tylko że kadencja prezydenta Andrzeja Dudy kończy się w sierpniu przyszłego roku i jeśli wybory zakończą się porażką sił prawicowych, to przyznam, że czarno widzę przyszłość rozwoju i modernizacji polskiej armii. Wówczas proces redukcji nakładów na obronę zostanie przeprowadzony. Nie wykluczam, że wtedy cięcia mogą być znacznie ostrzejsze od tych, których założenia poznajemy dzisiaj. Jeśli spojrzeć na ten plan zakładający obniżenie wydatków na obronność, co oznacza, że z każdym rokiem począwszy od 2025 r. nakłady mają się zmniejszać: o 9 proc. w 2025 r., przez 11 proc. w 2026 r., o 30 proc. w 2027 r., aż do 44 proc. w roku 2028, wygląda to tragicznie. Trzeba się też zapytać, na co środki z cięć mają pójść i dlaczego takie kwoty zostały zaprognozowane.

Co mogą oznaczać te ograniczenia?

– Po pierwsze, jest obawa – bardzo poważna – konfliktu zbrojnego Europy z Rosją. Przy czym my jako wschodnia flanka jesteśmy na pierwszej linii, co więcej, do takiego konfliktu może dojść wcześniej niż się komuś wydaje. Analitycy mówią, że taki konflikt może nastąpić w ciągu pięciu lat, a szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, minister Siewiera, uważa, że może to nastąpić nawet wcześniej, w ciągu trzech najbliższych lat. Oczywiście jednym z elementów realizacji takiego scenariusza musiałby być upadek Ukrainy. Biorąc pod uwagę obecne wsparcie, jakie Kijów otrzymuje ze strony Zachodu, może niestety okazać się to prawdziwe. Wtedy – jeśli założyć ten mniej optymistyczny scenariusz – mamy trzy lata, a więc do roku 2027.

Rząd Zjednoczonej Prawicy, resort obrony i wojskowi, którzy się do tego przygotowywali, po pierwsze, zarysowali plan – jaka armia powinna być w czasie pokoju, a więc trzystutysięczna i jakim uzbrojeniem powinna dysponować, żeby ewentualne zagrożenie skutecznie odeprzeć. Stąd pojawił się plan zakupu dużej liczby czołgów, jest program Kołowych Transporterów Opancerzonych „Borsuk”, w lotnictwie jest realizacja kontraktu na wielozadaniowe myśliwce F-35 i FA-50, jest rozpoznanie satelitarne, a do tego programy zakupu artylerii dalekiego zasięgu, a także rozbudowa struktur Obrony Terytorialnej na terenie całego kraju.

Co więcej, było założenie, żeby te zakupy zrobić możliwie jak najszybciej, bo ten plan zakładał realizację do roku 2028, a więc na pograniczu scenariusza ewentualnej agresji ze strony Rosji. Czasu jest bardzo mało i stąd rząd Prawa i Sprawiedliwości bardzo się sprężył. Poszukiwano więc dostawców nowoczesnego uzbrojenia, którzy dostarczyliby nam sprzęt wysokiej jakości i w miarę szybko. Przypominam, że jeśli chodzi o czołgi, to zwracaliśmy się do Niemców, którzy, owszem, wyrazili gotowość dostarczenia nam czołgów, tyle tylko, że 12 sztuk rocznie. Zatem na przestrzeni czterech lat z tych dostaw można by skompletować batalion, co z pewnością nie przeraziłoby Putina. Stąd pojawiła się kwestia dostawców ze Stanów Zjednoczonych oraz Korei Południowej, które mają możliwości i zobowiązały się, żeby ten niezbędny sprzęt nam dostarczyć w miarę szybko i w terminie, o którym powiedziałem.  

Czy ten plan wzmacniania armii za rządów Tuska jest zagrożony?

– Pamiętamy, jak odnośnie do tych planów rozwijania armii odnosiła się „ekipa 13 grudnia”, która mówiła, że to za dużo, a po przejęciu władzy rozpoczęła audyty, sprawdzanie. Nie wiem, co z tego sprawdzania im wyszło, natomiast okazuje się dzisiaj, że chcą obcinać nakłady na obronność, a więc ograniczać także zakupy.

Do tego w dokumencie skonstruowanym w MON jest mowa o zredukowaniu środków na obecność sojuszniczą wojsk w Polsce. Czy to nie jest zaproszenie dla Putina?

– To jest absolutnie skandaliczne. Natomiast rzecz najważniejsza dotyczy ograniczenia środków na program amunicyjny, na rozwijanie możliwości produkcji amunicji. Jeżeli w ciągu roku – obecnie – Polska produkuje tyle amunicji, ile Rosjanie wystrzeliwują na froncie ukraińskim w ciągu dwóch czy trzech dni, to chyba nie muszę mówić, w jakim jesteśmy położeniu. Nawet najlepsza armata jest nic nie warta bez amunicji, nie mówiąc już o karabinach itd. Oczywiście byłyby potrzebne także rakiety itd. Pamiętajmy, że wciąż niedokończony jest program budowy wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej, który zapowiadał minister Mariusz Błaszczak i który zaczęto realizować. Teraz nagle okazuje się, że Donald Tusk spotkał się z kanclerzem Olafem Scholzem i zaczął opowiadać o budowie jakiejś Europejskiej Tarczy Powietrznej, czyli kopuły gwarantującej bezpieczne niebo. Tylko że kanclerz stwierdził, że Niemcy nie zamierzają tego finansować. Po co więc pchamy się do jakiegoś mglistego projektu, skoro tam nie ma ani pieniędzy, ani zdaje się żadnych konkretów. Dlatego powinniśmy rozwijać nasz program obrony przestrzeni powietrznej, który jest bardzo zaawansowany i trzeba go dokończyć. Jeśli „koalicji 13 grudnia” brakuje dudków, jak mawiają górale, bo tam, gdzie rządzi Tusk, zawsze brakuje pieniędzy, to sytuacja staje się jeszcze trudniejsza.

Czy to, co robi rząd Tuska, nie jest stawianiem na szali bezpieczeństwa Polski?

– Jak najbardziej. To, co robi Tusk i cała ta jego ekipa, to hazard, czyli ryzykowanie bezpieczeństwem narodowym. To jest coś, za co w warunkach wojennych grozi kara śmierci. Tymczasem wygląda na to, że ekipa rządząca będzie próbowała eliminować przeciwników politycznych. Tam rządza zemsty jest ogromna. Zresztą ten proces eliminacji już się rozpoczął. Dlatego czas najwyższy, żeby Polacy się obudzili, przejrzeli na oczy. Część, która nie interesuje się polityką na co dzień, albo o tym nie wie, albo też wie i świadomie łyka bezkrytycznie to wszystko jak powietrze. Nic więc dziwnego, że szalupa napędzana przez te fale płynie dalej. Skoro nie ma sprzeciwu, to widzimy, że odbywa się przywracanie praworządności przy pomocy łomu, jak ostatnio w Krajowej Radzie Sądownictwa. Księdza Miachała Olszewskiego do kryminału, wcześniej posłów wyciąga się siłą z Pałacu Prezydenta RP i wsadza do więzienia, do Prokuratury Krajowej wprowadza się jakieś osoby bez umocowania prawnego itd. Ponieważ widać, że trwa odbieranie immunitetów kolejnym posłom, tym razem z Suwerennej Polski. Można założyć, że rozgrzani zwolennicy obecnej władzy Tuska będą się domagali, żeby PiS oraz Suwerenną Polskę zdelegalizować, a być może będą chcieli pójść jeszcze dalej.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki