• Środa, 8 kwietnia 2026

    imieniny: Maksyma, Seweryna, Waltera

Żeby tylko nie zaszkodzić Niemcom

Środa, 3 lipca 2024 (09:07)

W Unii Europejskiej liczą się tylko ci, którzy popierają główny układ, ci, którzy płyną w głównym, berlińsko-
-brukselskim nurcie, uważa dr Bogdan Więckiewicz.

Najważniejsze stanowiska w kierowniczych unijnych kręgach rozdane. Przewodniczącą Komisji Europejskiej wciąż będzie Ursula von der Leyen, stanowisko szefa Rady Europejskiej obejmie Portugalczyk António Costa, a unijną dyplomacją pokieruje była premier Estonii Kaja Kallas.  Wygląda, że kierunek, w jakim będzie kroczyć Unia pod niemieckim kierownictwem, będzie ten sam?

– Pierwotnie wydawało się, że po wyborach do Parlamentu Europejskiego wiatr zmian powieje mocniej i przewietrzy brukselskie korytarze. To, że tak może być, wskazywały wyniki wyborów parlamentarnych chociażby we Włoszech, czy w innych krajach europejskich. Tymczasem widać, że jest inaczej. Jeśli chodzi o przywództwo w Unii Europejskiej, to widzimy, że w zasadzie większych zmian nie ma – dalej będzie rządziła Ursula von der Leyen, która wraz ze środowiskami lewicowymi będzie zapewne chciała forsować programy, które zaczęli wdrażać w poprzedniej kadencji europarlamentu. Z tym że może im być trudniej dlatego, że więcej głosów zdobyły ugrupowania niekoniecznie związane z Ursulą von der Leyen. Może być więc większy opór, ale dopiero w praktyce zobaczymy, jak to się ułoży, bo negocjacje środowisk politycznych w Parlamencie Europejskim ciągle jeszcze trwają. W tej sytuacji nie wykluczałbym, że może być jeszcze interesująco, ciekawie. Pomimo że Ursula von der Leyen będzie nadal rządziła w Komisji Europejskiej, to wciąż nie wiadomo, jak to wszystko będzie się kształtowało w trakcie kadencji europarlamentu. Może być więc jeszcze kilka niespodzianek.    

Włosi też chyba się przeliczyli, żeby nie powiedzieć, iż premier Meloni została oszukana przez brukselsko-berlińskich cwaniaków?

– Wydawało się, że premier Włoch Giorgia Meloni będzie w Unii Europejskiej mocno stała na gruncie konserwatywnym, że powstanie szeroka koalicja sprzeciwu wobec lewicowo-liberalnego obozu. Tymczasem widzimy, że nie do końca tak jest, że jest pewien podział, jest kilka środowisk prawicowych, natomiast stanowisko Meloni nie do końca było zrozumiałe. Zapewne jej założenie było takie, aby Włochy odgrywały większą rolę na arenie europejskiej, w Parlamencie Europejskim, tymczasem widzimy, że nie zostały dopuszczone do ważniejszych stanowisk i faktycznie możemy mówić, że Meloni została przez wytrawnych graczy z Brukseli i Berlina oszukana. Zdaje się, że premier Meloni w swojej naiwności wierzyła, że środowisko liberalno-lewicowe może być wiarygodne, może być uczciwe. Okazało się jednak, że tak jak w Polsce czy innych państwach, także na unijnych szczytach rządzą interesy, a wspomniane środowiska decyzyjne dbają przede wszystkim o swoje interesy. Liczą się tylko ich własne partykularne sprawy, natomiast uczciwość, dotrzymywanie słowa – to wszystko nie ma dla tych ludzi znaczenia. Widzimy to na każdym kroku – także w Polsce, gdzie obecnie rządząca „koalicja 13 grudnia” w kampanii wyborczej wiele obiecywała, a rządząc, niewiele z tego realizuje. Tak jest też w całej Unii Europejskiej, że środowiska, które dużo mówią przed wyborami, z chwilą przejęcia władzy realizują zupełnie inną politykę. Giorgia Meloni chyba się przekonała dosyć gorzko, że nie warto wchodzić w układy z politykami nie do końca wiarygodnymi.

Giorgia Meloni była przeciwna wyborowi Costy i Kallas, a i Viktor Orbán nie poparł wyboru Ursuli von der Leyen. Dodatkowo włoska premier wstrzymała się od głosu w sprawie von der Leyen, a premier Orbán – w sprawie premier Estonii Kallas. Meloni wprawdzie wykluczyła, że za swój sprzeciw Włochy mogłyby być karane osłabieniem ich pozycji w Unii, ale sam fakt, że mówi, iż „byłoby to haniebne, gdyby kazali nam za to zapłacić”, pokazuje, że coś może być na rzeczy?

– To dowodzi, że w Unii Europejskiej liczą się tylko ci, którzy popierają główny układ, ci, którzy płyną w głównym, berlińsko-brukselskim nurcie. Natomiast pozostali członkowie Unii – wbrew zapewnieniom o równości, o demokracji, o pluralizmie – zwyczajnie się nie liczą. Widać, że zasady głoszone szumnie, w praktyce nie mają potwierdzenia, a słabsze państwa czy te, które są przeciwne berlińsko-brukselskiej dominacji, są odsuwane na boczny tor, są też karane finansowo. To jest próba autorytaryzmu w Unii Europejskiej. Układ rozdaje karty i eliminuje każdego, kto ma inne poglądy. To jest tak naprawdę bardzo niebezpieczny trend, który zagraża demokracji. Wydaje mi się, że większość społeczeństwa europejskiego nie do końca zdaje sobie sprawę z zagrożeń z tego płynących. Mamy pewne niebezpieczne procedury – stosowane oczywiście w imię szlachetnych, pięknie brzmiących haseł, pod którymi narzuca się zarówno sposób myślenia i postępowania. Natomiast nie dopuszcza się do głosu, co więcej – stygmatyzuje się każdego, kto ma inne zdanie.

O tym, że na unijnych szczytach władzy źle się dzieje, świadczy fakt, że Francja nie chciała się zgodzić na przedłużenie dominacji niemieckiej, ale Francuzi nie mieli wystarczająco mocnego kandydata na szefa Komisji Europejskiej. Macron też chyba się przeliczył w polityce wewnętrznej.

– Francja od jakiegoś czasu ma kłopoty wewnętrzne, a tym bardziej sam prezydent Emmanuel Macron, który – zbyt pewny siebie – przegrał rywalizację. Zdaje się, że obrał złą strategię, bo najpierw chciał w Europie dominować razem z Niemcami. Tymczasem Niemcy w osobie Ursuli von der Leyen wysunęli się na czoło – mimo iż jej przywództwo w Unii Europejskiej w ostatniej kadencji było słabe, było krytykowane przez znaczną część państw członkowskich. Nie sprawdziła się zarówno w czasie pandemii COVID-19, a także w momencie ataku Rosji na Ukrainę. Niewiele więc osiągnęła, co więcej, przylgnęły do niej wciąż niewyjaśnione kwestie dotyczące negocjacji i zakupu szczepionek przeciw covidowi. Natomiast pozycja Niemiec jest silna w Unii Europejskiej, to Niemcy rozdają karty i Macron też można powiedzieć, że został ograny w tym układzie, choć liczył, że razem z Niemcami będzie dominował. Problemy Macrona nie dotyczą tylko przegranej czy przegrywanej rywalizacji z Niemcami, gdzie pozycja Francji spada, bo również sam Macron ma kłopoty. Jego wizerunek na krajowym gruncie jest kiepski, obóz prezydencki Razem dla Republiki skupiony wokół partii Odrodzenie zajął dopiero trzecie miejsce z wynikiem 21,3 proc. Wygląda, że Francuzi się zastanawiają, jak odzyskać pozycję w Unii Europejskiej. Francja to duży, silny, bogaty kraj i ludzie, którzy dobrze życzą swojemu państwu, chcą podnieść je także gospodarczo. Niestety na Macrona, który mimo sporych ambicji jest kiepskim politykiem, nie mogą za bardzo liczyć, bo nie potrafił on wykorzystać korzystnej dla Francji koniunktury.

Francja, żeby zdziałać cokolwiek więcej na europejskiej arenie, musi szukać sojuszników. Na pewno nie znajdzie ich po stronie obecnie rządzących Polską, bo rząd Tuska właściwie na każdym kroku wspiera Niemcy? Swoją drogą kanclerz Scholz gości dzisiaj w Polsce, wszystko wskazuje, że Niemcy chcą wykorzystać spolegliwy rząd Tuska, aby zamknąć sprawę reparacji wojennych…      

– Wpisy Donalda Tuska o niemieckim przewodnictwie budzą uzasadnione kontrowersje. Widać, że Tusk cały czas jest zauroczony Niemcami i ich przywództwem w Unii Europejskiej, podobnie jak Radosław Sikorski, który w swojej pamiętnej wypowiedzi z 2011 roku stwierdził, że bardziej się obawia niemieckiej bezczynności niż niemieckiej siły. Tusk uważa, że tylko pod przywództwem Niemiec Europa będzie się rozwijać. Donald Tusk, o ile wcześniej mogło się wydawać, że jest politykiem sprawnym, inteligentnym, samodzielnym, o tyle dzisiaj na każdym kroku forsuje przywództwo Niemiec. Jest to tym bardziej niezrozumiałe, kiedy widzimy, iż wiarygodność Niemiec jest dzisiaj zerowa.

Nie można liczyć na wsparcie Niemiec i to właściwie dotyczy każdego obszaru…

– Władze w Berlinie wyłącznie kalkulują, co się im opłaca, co jest dobre dla ich interesów. Natomiast jeśli chodzi o jakieś wsparcie z ich strony, to ono będzie podyktowane wyłącznie interesem Niemiec. Pamiętamy, jak po rosyjskiej agresji na Ukrainę Niemcy oferowali walczącym Ukraińcom słynne pięć tysięcy hełmów, licząc, że Rosja szybko zajmie Ukrainę, a oni będą mogli powrócić do interesów gazowych. Biznes i interesy były ważniejsze niż wsparcie dla napadniętej Ukrainy. Nic w tym jednak dziwnego, bo Niemcy tacy są, w ten sposób myślą. Natomiast jestem zaskoczony, że Donald Tusk tego nie widzi i forsuje proniemiecką politykę. Kto wie, być może jest jakieś drugie dno, i stąd się bierze ten jego zachwyt nad przywództwem Niemiec w Unii Europejskiej. Jeśli zaś chodzi o relacje polsko-niemieckie, to nie widzimy nic, nie ma jakichkolwiek działań Niemiec, które we wzajemnych relacjach byłyby korzystne dla Polski. Mamy cały szereg przykładów dotyczących chociażby „Turowa”, gdzie nowoczesna polska Kopalnia Węgla Brunatnego oraz Elektrownia „Turów” miały być zamknięte jako szkodliwe dla środowiska krajów ościennych, a kilka podobnych kopalń znacznie mniej zaawansowanych technologicznie po stronie niemieckiej jakoś nie przeszkadzały nikomu. W Niemczech kopalnie mogą się rozwijać, a w Polsce Unia Europejska chce je zamykać. Podobnie rzecz ma się ze zmianą koncepcji, a de facto ze wstrzymywaniem budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Mglisty projekt  przedstawiony przez obecną władzą ma być podrzędny wobec portów lotniczych w Niemczech. Do tego mamy ograniczenie budowy linii kolejowych czy wstrzymanie rozwoju żeglugi na Odrze. Wszystko, żeby nie zaszkodzić Niemcom. To Niemcy zamiast Polski będą się rozwijać i czerpać z każdego możliwego źródła, ale nie my. Natomiast my chyba będziemy się powoli zwijać, bo coraz częściej słyszymy, że nie ma pieniędzy na inwestycje, więc jeśli będą, to bardziej na zasadzie trwania, a nie rozwoju.

                        Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki