Wpływy Tuska w Unii są żadne
Sobota, 22 czerwca 2024 (14:29)Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą KUL i AKSiM
Czy decyzja Komisji Europejskiej o umieszczeniu Polski w gronie siedmiu państw Unii, względem których zostanie uruchomiona procedura nadmiernego deficytu, jest dla Pana Profesora zaskoczeniem?
– Gdyby stać na gruncie buńczucznych zapewnień Donalda Tuska, że jest kimś, że jego w Unii Europejskiej nikt nie ogra i jeśli wierzyć temu politykowi, to rzeczywiście moglibyśmy być zaskoczeni. Natomiast jeśli podejdziemy do tego od strony realnej polityki, sprawczości, to wpływy Tuska w Unii są żadne. Jeśli patrzymy na to od strony czysto formalnej, w jaki sposób rząd „koalicji 13 grudnia” prowadzi państwo, gospodarkę i budżet, to poza uprawianiem negatywnego PR-u przez tą ekipę właściwie niewiele się dzieje. Spójrzmy na wydatki budżetowe, które na przestrzeni zaledwie paru miesięcy zostały rozdęte do niespotykanych rozmiarów. Weźmy na przykład podwyżki dla nauczycieli, dla strefy budżetowej, przekraczające to, co proponował rząd Zjednoczonej Prawicy, to podejmując takie działania, w parze muszą iść większe dochody. Tymczasem dochody – jak wiemy – nie są na tym poziomie, a wprost przeciwnie – maleją. Dlatego problem, który jest strukturalny, będzie tylko narastał. Chodzi o to, że polska gospodarka w tej chwili nie jest nakręcana poprzez strategiczne inwestycje państwowe, odchodzi się też m.in. od Centralnego Portu Komunikacyjnego, którego realizacja jest w zawieszeniu. Po drugie, zaczyna pojawiać się cały szereg patologii w sferze biznesu. Wracają czasy, kiedy różnego rodzaju mafie, na przykład paliwowe czy VAT-owskie działały bezkarnie, a pieniądze trafiały do oszustów a nie do Skarbu Państwa. Dzisiaj, jeśli do tego dodamy rozdęte wydatki, to taka polityka musi prowadzić do sytuacji, w jakiej znalazło się państwo polskie. Dla Donalda Tuska i jego rządu wyjście z tej sytuacji będzie niesamowicie trudne, ponadto będą musieli ciąć wydatki, a to przede wszystkim nie podoba się wyborcom.
Tusk lubi się chwalić swoją pozycją, jak chociażby przy okazji bulwersującej sprawy bezprawnego przywozu imigrantów do Polski przez niemiecką policję, kiedy we wtorek mówił, że o incydencie rozmawiał z kanclerzem Scholzem. Tyle że to nie jest do końca pewne, bo biuro niemieckiego kanclerza tego faktu nie potwierdzało…
– Tego typu tematy same w sobie są dla Donalda Tuska obciążające, ponieważ jest on nie partnerem, ale raczej klientem kanclerza Olafa Scholza. Przypomnijmy, że został w dużym stopniu wypromowany przez Niemcy – najpierw na szefa Rady Europejskiej, a przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi w Polsce był mocno promowany i wspierany przez Niemcy za pośrednictwem Brukseli. Poza tym jeśli Tusk chce, a zdaje się, że cały czas ma to z tyłu głowy, kolejny raz uciec do Brukseli, to nie może dzisiaj być problemem dla Niemców. Dlatego nie zgłasza niczego, co mogłoby być problemem dla Berlina. Chce być postrzegany jako układny, który nie będzie o nic walczył, a potulnie wykonywał polecenia. Natomiast na gruncie polskim to, co robi to tylko mistyfikacja. Chce w oczach Polaków uchodzić za kogoś ważnego w Europie, kim nie jest. Przejawem tej jego pozycji ma być to, że ktoś go poklepał po plecach, że wymienił uprzejmości z szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen itd. Natomiast w sensie realnym, w porównaniu z premierem Viktorem Orbanem, to Tusk wygląda jak dziecko we mgle. I w tym sensie wpływy Orbana – pomimo że jest on sekowany – są w Europie dużo większe niż Tuska. Tak naprawdę Tusk nie jest politykiem, który osiągałby jakieś cele, ale jest politycznym wyrobnikiem, który chce płynąć po medialnych falach, zadowalać tym samym emocje swojego elektoratu, który europejskość ceni bardziej niż polskość. Stąd wmawia im, że są Europejczykami, że Niemcy nas lubią, że będziemy jak Niemcy, dlatego upodabniajmy się do nich, a więc przyjmujmy nielegalnych imigrantów tak jak oni. Jak widać, ta jego pozycja wśród elektoratu jest budowana na kompleksie – zwłaszcza ludzi z wielkich miast, którzy uchodzą za wykształconych. To są tak naprawdę prymitywne odruchy, ale tak to wygląda. I to jest cała polityka Tuska. Natomiast w realu nie ma tam nic, po prostu nic, zbiór jest pusty.
Jeśli sprawa wyboru szefa Komisji Europejskiej będzie się przedłużała, a zdaje się, że promowana przez Tuska Ursula von der Leyen nie ma zbyt mocnych kart i szans na reelekcję, bo Włosi mają też chrapkę na to stanowisko, i jeśli będzie pat, to nie można wykluczyć, że może się pojawić kandydatura Tuska jako wyjście awaryjne?
– Być może, że w sytuacji patowej jako kompromis pojawi się nazwisko Donalda Tuska. Jak wspomniałem dla brukselskich i niemieckich elit to jest idealna kandydatura, bo Tusk nikomu nie zaszkodzi, nie będzie walczył o interesy swojego kraju. Inni mogą walczyć o interesy swoich państw, natomiast Donald Tusk na arenie unijnej prezentuje się – moim zdaniem – celowo jako ktoś, kto nie przeszkadza, markuje działania i swoją sprawczość, natomiast jest i będzie bezwolnym wykonawcą woli Berlina. Dlatego też był wspierany przez ośrodki zewnętrzne jako kandydat na premiera Polski, ale nie jako ten, który będzie dbał o nasze interesy. I w tym sensie kandydatura Tuska może być brana pod uwagę. A już na pewno jest jego marzeniem, żeby z powrotem wejść na europejskie salony. Oczywiście zostawiłby ten cały polski bałagan, bo przecież jego Polska nudzi. Dla Koalicji Obywatelskiej ucieczka Tuska byłaby polityczną katastrofą, ale przecież on, stworzony do rzeczy wyższych – tak mu się przynajmniej wydaje – takimi drobnostkami nie będzie się przejmował.
Zakładając taki scenariusz, komu Tusk mógłby zostawić stery partii władzy?
– To jest dobre pytanie, bo kogoś takiego jak Ewa Kopacz, trudno mu będzie znaleźć, kogoś kto doprowadzi do klęski. Ewentualni następcy zdobyli mandaty posłów do Parlamentu Europejskiego i nie za bardzo jest komu powierzyć partyjne stery. To musi być ktoś, kto będzie Tuskowi powolny.
Może Tomasz Siemoniak?
– Kto, wie… Tomasz Siemoniak, to nie jest żaden lider, to jest polityk bez charyzmy. Tusk swoim cwaniactwem jeszcze trzyma jakoś cały ten polityczny biznes, odpowiednio pociąga za sznurki, jednak każdy jego następca będzie na tym tle słaby. Ale też o to Tuskowi chodzi, żeby się jawić jako samiec alfa, jako ten jedyny, od którego wszystko zależy.
A jeśli chodzi o stery rządowe to Kosiniak-Kamysz, czy ktoś z Koalicji Obywatelskiej?
– Po co przekazywać stery rządowe komuś z małej partyjki, która przy słabym poparciu społecznym coraz bardziej niknie w oczach. Gdyby Donald Tusk zdecydował się na taki ruch, to w jego szeregach oraz w elektoracie pojawiłby się naturalny opór, co generowałoby konflikty wewnętrzne. Jak widać, to nie są ani proste, ani oczywiste decyzje, nie jest też tak, że wszyscy bezkrytycznie zaakceptują to, co wymyśli Tusk.
Czy PSL będzie tkwił w „koalicji 13 grudnia”, czy może wyjść i związać się ze Zjednoczoną Prawicą? Wśród posłów, nawet z otoczenia Kosiniaka-Kamysza, podobno są różne zdania na temat jego bardzo uległej postawy wobec Tuska. Czy politycy oraz partyjne doły są w stanie wymóc na Kosiniaku-Kamyszu, że trwanie w układzie z Tuskiem tylko szkodzi, nawet już nie Polsce, co pozycji PSL?
– Koalicja PSL z PiS w tej kadencji jest niemożliwa. Musiałoby dojść do przedterminowych wyborów parlamentarnych. Moim zdaniem ludowcy nie wyjdą z rządu, ponieważ zbyt dużo mają do stracenia. Myślę o profitach z zajmowania stanowisk, apanażach – to wszystko trzyma działaczy na dole przy „koalicji 13 grudnia”. Natomiast wewnętrzne wstrząsy, tarcia, z pewnością będą narastać. I nie wykluczone, że rozpadnie się Trzecia Droga.
Ostatnio Trybunał Konstytucyjny w sprawie zaskarżonej przez prezydenta nowelizacji ustawy o Narodowym Centrum Badań i Rozwoju orzekł, że przyjęta przez Sejm ustawa bez udziału posłów Wąsika i Kamińskiego, których marszałek Hołownia nie dopuścił do pracy, jest niekonstytucyjna. Jeśli Trybunał będzie szedł tą drogą, to może się okazać, że niekonstytucyjna jest też ustawa budżetowa, a to dawałoby prezydentowi prawo do rozwiązania parlamentu i rozpisania nowych wyborów…
– Oczywiście taka ewentualność istnieje, ale nie sądzę żeby na tym etapie prezydent Andrzej Duda zdecydował się na tak radykalny krok. Żeby do tego doszło, najpierw musiałby się pojawić jakiś duży wstrząs społeczny i radykalny spadek poparcia dla Platformy i całej tej władzy Donalda Tuska. Owszem, wszystko jest możliwe, patrząc na logikę zdarzeń politycznych, ale oceniając realnie stan na dzisiaj, to nie sądzę, żeby takie rozwiązanie miało nastąpić.
Czy ta dynamika zdarzeń i niezadowolenie społeczne mogą przyśpieszyć, zwłaszcza w sytuacji kiedy w ślad za wszczętą przez Komisję Europejską procedurą nadmiernego deficytu, rząd Tuska będzie musiał podjąć działania naprawcze, co wiązałoby się z tzw. przykręceniem śruby Polakom?
– To rzeczywiście mogłoby spowodować bardzo duże konflikty społeczne, i to na różnych piętrach. Będą wymogi unijne, a jako państwo nie będziemy mogli wspierać społeczeństwa, bo nie będzie z czego dawać rekompensaty. I taka sytuacja bezwzględnie nie tylko może, ale musi wywoływać wstrząsy.
Grozi nam likwidacja programów społecznych, a może też podniesienie wieku emerytalnego?
– Wszystko jest możliwe. Donald Tusk i Władysław Kosiniak-Kamysz mają w tych działaniach antyspołecznych spore doświadczenia z lat wcześniejszych. Z całą pewnością pojawią się ograniczenia, bo inaczej to wszystko nie będzie miało szans się spiąć. Jednocześnie mogą być też ograniczenia w inwestycjach, co jest już sytuacją bardzo niebezpieczną.
Czy wszczynanie procedury nadmiernego deficytu wobec Polski i włączenie do wydatków nakładów na obronność, w sytuacji kiedy Europa jest na granicy wojny, nie jest totalną głupotą ze strony Komisji Europejskiej?
– Jak widać, ośrodkom decyzyjnym w Brukseli wcale to nie przeszkadza. Oni potrafią działać na granicy absurdu. Dlatego upominać się o racjonalność Brukseli jest przeciwskuteczne, bo tam dominuje ideologia, rządzą układy, a zasady nie obowiązują.
Tusk, który jest tak uległy wobec Brukseli, też chyba nie ma za dużo szczęścia, bo – dla przypomnienia – ostatni raz Polska była objęta unijną procedurą nadmiernego deficytu w latach 2009-2015, a więc za rządów koalicji PO–PSL?
– Nie ma szczęścia, to po pierwsze. Po drugie, ta sytuacja obnaża samego Tuska, bo okazuje się, że wcale nie jest tym, na kogo się kreował. On sam, a także jego polityczne zaplecze kreowało Tuska na osobę, która rzekomo jest kimś w Brukseli i w kręgach unijnych. Sztandarowym argumentem za taką tezą jest fakt, iż piastował stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Prawda jest jednak zgoła inna, mianowicie na tym stanowisku został posadowiony dzięki swojej protektorce, ówczesnej kanclerz Niemiec Angeli Merkel. Jako „król Europy” Donald Tusk był chłopcem na posyłki, który strofował Polskę. Nic dla swojego kraju dobrego nie zrobił, za to uczynił wiele dla naszych zachodnich sąsiadów. I te fakty są powszechnie znane, obnażając rzekomą pozycję Donalda Tuska w Europie.