• Środa, 8 kwietnia 2026

    imieniny: Maksyma, Seweryna, Waltera

Najwyższy czas na realną politykę

Sobota, 15 czerwca 2024 (20:18)

Rozmowa z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości

Co, Pana zdaniem, zdecydowało o niewielkiej, ale jednak przegranej Zjednoczonej Prawicy w wyborach do europarlamentu?

– Przede wszystkim brak mobilizacji wewnątrz naszego elektoratu. Ludzie byli już bardzo zmęczeni maratonem wyborczym. Zresztą sygnalizowali to w trakcie rozmów m.in. ze mną, mówiąc, że są to już trzecie wybory
w stosunkowo krótkim czasie. Mówili też, że z ich punktu widzenia Unia Europejska nie jest aż tak ważna. Oczywiście staraliśmy się ich przekonywać, że tak nie jest, ale widać nie dość skutecznie. Zatem przyczyny tego stanu rzeczy upatrywałbym z jednej strony w słabej wierze, że coś można się zmienić w tej zbiurokratyzowanej machinie urzędniczej, jaką jest Unia Europejska, a z drugiej strony w znużeniu tempem wyborczym i wręcz inwazją billboardów, banerów, plakatów wyborczych i nazwisk kandydatów czy formacji, które reprezentują. Myślę, że trzeba z tego wyciągnąć wnioski, coś zmienić, a nade wszystko w jeszcze bardziej wytężony sposób pracować.

Co konkretnie ma Pan na myśli?

– Musimy przekonywać Polaków, jak bardzo dużo zależy od Unii Europejskiej, od tego, kto zasiada w europarlamencie, że nieobecni niestety nie mają racji i wpływu na decyzje, jakie tam zapadają, a dotyczą spraw ważnych także dla Polski. Jeśli 21 lat wstecz zapadła decyzja, że Polska będzie w Unii Europejskiej, a w maju 2004 roku staliśmy się formalnie jej członkiem, to musimy z tego korzystać możliwie jak najszerzej. Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć, że w tej skostniałej, biurokratycznej Unii jednak da się coś zrobić dla Polski, ale do tego trzeba mieć odpowiednią ilość mandatów, a najlepiej większość. Jeśli nie uzyskujemy tej większości, bo z prawej strony w wystarczający sposób nie przykładamy do tego ręki, to nie dziwmy się, że wybierani są kosmopolici, którzy mają układy w strukturach europejskich, którzy myślą o własnych biznesach, interesach, a więc nie o suwerenności Polski, tylko
o budowaniu superpaństwa europejskiego.

To superpaństwo jest już, niestety, blisko i jeśli nie będziemy nagłaśniać każdej z propozycji budowania tego europejskiego formatu, to możemy się obudzić w innej rzeczywistości. Wtedy będzie za późno, bo znajdziemy się w Europie, gdzie decydować za nas będą inni, a my nie będziemy mieli za wiele do powiedzenia. Te wybory pokazały, że część naszego elektoratu wciąż tkwi
w letargu, część jest zadowolona z tego, co jest, a część nie chce się uaktywniać, nie wierząc, że coś można zrobić. I trzeba ten stan zmienić.

Mówi Pan o wyborcach, a ze strony formacji, którą Pan reprezentuje, żadnych błędów nie było?

– Tego nie powiedziałem, bo błędy oczywiście były. Duże roszady, przenoszenie kandydatów z jednego do drugiego okręgu wyborczego, to – jak widać – nie pomogło. Ubolewam np., że do Parlamentu Europejskiego nie wszedł Jacek Saryusz-Wolski, który jest najbardziej doświadczony i najwięcej wie o Unii Europejskiej. Tak czy inaczej błędy też były, ale błędów nie popełnia tylko ten, który nic nie robi. Trzeba będzie przeprowadzić gruntowną analizę
i z popełnionych błędów wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Skąd taka słaba frekwencja wśród polskich rolników?

– Sądzę, że to też jest efekt popełnionych błędów, związanych chociażby z „piątką dla zwierząt”, co – jak myślę – zostało w pamięci wielu rolników. Jest to też efekt Europejskiego Zielonego Ładu wprowadzonego przez większość parlamentarną i Komisję Europejską. Nie udało się tego szkodliwego projektu zablokować, ale mam nadzieję, że nic straconego, bo ten Zielony Ład sam się wykolei, tylko do tego potrzeba trochę czasu. Jest to projekt z gruntu zły, nieefektywny, do tego jest drogi, co odczujemy wszyscy.

Dlatego ten skrajnie ideologiczny projekt musi się sam zablokować. Niechęć ludzi wynika też z tego, że nie udało się nam zablokować tego projektu, ale nie mieliśmy większości. Myślę jednak, że trzeba poczekać, aż skutki tego Europejskiego Zielonego Ładu dotrą do świadomości społeczeństwa, i wtedy ten projekt po prostu się nie ostoi. Zresztą uważam, że Zielony Ład już jest częściowo odrzucany, i następna kadencja Parlamentu Europejskiego nie będzie już pod hasłem Zielonego Ładu, który będzie coraz bardziej chowany.

Co zatem będzie teraz na unijnej agendzie? 

– Myślę, że hasło dopinania budowy superpaństwa europejskiego oraz wzmacniania bezpieczeństwa, czyli budowania armii europejskiej. Uważam, że elity unijne
i państwa wiodące będą szły teraz właśnie w tym kierunku.

Jeśli chodzi o wybory do europarlamentu, to wart podkreślenia jest dobry wynik ugrupowań prawicowych, a szczególnie Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen. Chyba jednak nie aż tak dobry, żeby mieć wpływ na decyzje w Parlamencie Europejskim. Tymczasem pozycja Europejskiej Partii Ludowej jest wciąż mocna, podobnie jak socjalistów
i demokratów…

– To prawda, ale to jest m.in. efekt tego, co już powiedziałem, mianowicie, że prawa strona elektoratu nie idzie do wyborów, bo nie wierzy w jakiekolwiek zmiany na lepsze albo zostaje w domu ze zwykłego wygodnictwa. Natomiast karny elektorat liberalno-lewicowy, który jest kupowany przez kandydatów, którzy ciągną rozmaite frukty z Unii Europejskiej, poszedł w niedzielę do urn
i efekt tego jest dzisiaj widoczny. Chcę też powiedzieć, że mimo wyniku, jaki osiągnęliśmy, gdyby udało się nam porozumieć między sobą, to w europarlamencie moglibyśmy mieć łącznie 160 mandatów, a to oznaczałoby, że jesteśmy drugą siłą i mamy dużo do powiedzenia. Jednak żeby się tak stało, musi być płaszczyzna współpracy.

Skoro mowa o roszadach, porozumieniach, to przechodząc na grunt polski, ostatnio słyszymy o coraz większych rysach, a nawet pęknięciach w „koalicji 13 grudnia”.
PiS wydaje się nieśmiało wyciągać rękę do PSL-u czy w ogóle Trzeciej Drogi. Taki alians jest w ogóle możliwy?

– Na pewno trzeba zrobić wszystko, żeby ta „koalicja 13 grudnia”, koalicja nieróbstwa, lenistwa, w końcu zaczęła coś robić. Minęło pół roku rządzenia Tuska i jego ekipy,
a jedyną rzeczą, jaką udało się im do tej pory zmajstrować, to wstrzymanie czy wręcz wykolejenie wszystkich ważnych projektów związanych z rozwojem gospodarczym Polski. Za to mamy próby odwetu, rozliczania przeciwników politycznych. Przecież te sejmowe komisje śledcze to jest obraz nędzy i rozpaczy. Zarabiają tylko doradcy posłów, natomiast parlamentarzyści tracą czas na siedzenie w komisjach, które szukają dziury
w całym i znaleźć nie mogą. Dlatego każda inna koalicja, która mogłaby powstać po załamaniu się grupy interesów, grupy nieróbstwa, będzie lepsza od tej, która od pół roku niszczy Polskę. Tak czy inaczej pole do działania, do zmiany tej władzy jest, ale PSL musiałoby się oderwać od Koalicji Obywatelskiej. Tymczasem widać, że są do tego niechętni – chyba że ich własny elektorat do tego ich zmusi.

A Hołownia z Polską 2050?     

– Myślę, że Szymon Hołownia będzie z Platformą
i Donaldem Tuskiem na dobre i na złe.

Jaką rolę w europarlamentarnej układance może odegrać Konfederacja – formacja, której wynik w niedzielnych wyborach na poziomie 12,1 procent chyba jest niemałym zaskoczeniem?

– Konfederacja rzeczywiście odniosła sukces. Zobaczymy, jaka będzie ich obecność w Parlamencie Europejskim, czy będzie to obecność konstruktywna, czy też nie.

A jeśli chodzi o Konfederację, ale na naszym rodzimym podwórku, czy jest możliwość, żeby z tą formacją się dogadać, czy taka koalicja jest możliwa? Jeden z liderów Konfederacji, Krzysztof Bosak, stanowczo odrzuca taką ewentualność…

– Nie rozumiem takiego podejścia liderów tej formacji. Dla mnie Konfederacja nie jest wrogiem, jest formacją, której kilka założeń programowych mógłbym zaakceptować. Może więc czas, żeby zrobić koalicję programową i iść dalej,
a nie stać w miejscu, wymachiwać szabelką, czekając, że może ktoś się potknie, wywróci, ktoś z prawicy przegra, a wtedy Konfederacja będzie mieć nie 18, ale np. 28 posłów. Mądrość, dalekowzroczność i realizm w działaniu – to jest w polityce najważniejsze. Natomiast obrzucanie się epitetami, wypominanie błędów, zrażanie się do siebie niczemu nie służy i z całą pewnością nie doprowadzi nas do sukcesu.

Czy podgryzanie, a właściwie już chyba konsumowanie przez Tuska kęs po kęsie jego politycznych przystawek i eliminowanie Hołowni z gry o prezydenturę może wskazywać, że Tuskowi wciąż marzy się być prezydentem RP i to on będzie kandydatem Koalicji Obywatelskiej w przyszłorocznych wyborach?       

– Nie sądzę. Myślę, że Donald Tusk jednak szykuje się do powrotu na europejskie, unijne salony. Uważam, że jego prezydentura w Polsce nie bardzo interesuje, zresztą jest też świadomy, że ma potężny negatywny elektorat
i wyborów prezydenckich nie wygrałby. Natomiast w Brukseli, dopóki rządzą jego partyjni koledzy – swoi – ma zawsze miejsce. Dlatego skłaniałbym się do tego, że zgodnie ze swoją zasadą kolejny raz skłamie, jak to ma
w zwyczaju, i jednak pojedzie do Brukseli.

Jego polityczni kolesie w uznaniu zasług za to, co zrobił dla Niemiec i dla Unii Europejskiej, z całą pewnością znajdą mu jakąś posadę. Nie można wykluczać, że jeśli Francuzi
z Niemcami nie będą się w stanie dogadać, to przy którymś podejściu może zdecydują się na Donalda. I on oczywiście nie odmówi ratowania tzw. chadecji europejskiej czyli Europejskiej Partii Ludowej. Sądzę, że Tusk marzy o Brukseli, a nie o Warszawie czy w ogóle o Polsce. Zresztą wielokrotnie mówił, że w polskim Sejmie jest nudno, że upiorna jest dla niego już sama myśl, że znów będzie musiał zasiadać w ławach poselskich na Wiejskiej. 

Jeśli zaś chodzi o przystawki tworzące „koalicję 13 grudnia”, to właściwie są już zjedzone. PSL może się jeszcze ostać na poziomie 5-6 procent, Polski 2050
i Hołowni za chwilę może nie być, bo poszczególni posłowie, widząc, że okręt nabiera wody, już zaczynają się rozglądać za szalupą ratunkową. Wszystko wskazuje na to, że razem z Szymonem Hołownią mogą szukać schronienia  w objęciach Platformy, bo tylko tam mają jakąś nadzieję na przetrwanie. W innym wypadku w ogóle może ich nie być na głównej politycznej scenie w Polsce.

                  Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki