Mamy do czynienia z reżimem autorytarnym
Piątek, 14 czerwca 2024 (12:32)Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem
Polska nie zgodziła się na przekazanie Ukrainie stacjonującej w Polsce baterii Patriot. Czy to zrozumiałe stanowisko
i z czego wynika tak stanowcza postawa?
– To jak najbardziej zrozumiała decyzja, podjęta także
z obawy przed tym, że na wyjazd baterii Patriot na Ukrainę mogłaby zareagować opinia publiczna. Chodzi o odzew społeczny, gdyby wyszło na jaw, że nie będzie już bezpośrednio chroniony Port Lotniczy Rzeszów-Jasionka,
a więc lotnisko, które ze strategicznego punktu widzenia odgrywa kluczową rolę, przez które dociera większość uzbrojenia, ekwipunku wojskowego i wszelkiej innej pomocy – także humanitarnej – dla walczącej Ukrainy.
W związku z tym polskie władze, które mają niemało kłopotów w związku z wydarzeniami na polsko-białoruskiej granicy, uznały, że to mogłoby być już za dużo, dlatego podjęły taką, a nie inną decyzję o utrzymaniu status quo w sprawie patriotów chroniących Port Lotniczy Rzeszów-
-Jasionka.
Z czego mogła wynikać decyzja prezydenta Bidena, zważywszy, że dotyczyła baterii Patriot, które służą ochronie – jak Pan Profesor zauważył – logistycznego hubu w Rzeszowie, skąd na Ukrainę trafia większość pomocy, m.in. wojskowej?
– Trudno zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Owszem, pojawiło się uzasadnienie, że Joe Biden w ten sposób chciał wzmocnić czy bardziej wesprzeć ochronę przestrzeni powietrznej Ukrainy przed atakami ze strony Rosji. A skoro nie ma do dyspozycji za dużo baterii Patriot, w związku z tym jeśli sprzęt stacjonujący w Rzeszowie wyśle na Ukrainę, a więc niedaleko Podkarpacia, to zagrożenie dla lotniska ze strony rosyjskiej wcale nie musi wzrosnąć.
To trochę naciągana argumentacja, bo brak osłony dla bądź co bądź strategicznego lotniska mógłby, wprost przeciwnie, zachęcić Putina do jakichś nieprzewidzianych, agresywnych działań?
– Dokładnie. Tym bardziej zdziwiony jestem, że Zachód,
w tym również Stany Zjednoczone, nie dysponują odpowiedniej ilości środkami obrony, które mogliby natychmiast przekazać Ukrainie, a nie zabierać uzbrojenie, które jest niezbędne z punktu widzenia portu lotniczego, przez który płyną wszystkie, a przynajmniej ogromna większość, dostawy na Ukrainę. Muszę przyznać, że jest to dla mnie niezrozumiała sytuacja. Nie wiem, jakie kalkulacje zostały sporządzone i skąd takie, a nie inne wnioski i w konsekwencji decyzja.
Sekretarz obrony Lloyd Austin zresztą kolejny raz mówi, że Stany Zjednoczone nie pozwolą upaść Ukrainie, że stawką tej wojny jest przetrwanie Ukrainy i bezpieczeństwo na świecie. Czy to może oznaczać jakieś zabiegi dotyczące zakończenia wojny
w sposób zgodny z prawem międzynarodowym i odzyskanie przez Ukrainę kontroli nad terenami okupowanymi obecnie przez Rosję, czy może przeciwnie, jakieś ustępstwa Kijowa wobec Moskwy?
– Z całą pewnością Stanom Zjednoczonym zależy, żeby ta wojna się zakończyła, co więcej, żeby się zakończyła w sposób niekompromitujący dla Zachodu. To znaczy, żeby to nie była oczywista wygrana Rosji. Swoją drogą nietrudno sobie to uzmysłowić, bo było to jasne właściwie od samego początku tego konfliktu, od napaści rosyjskiej na Ukrainę. Jeżeli w tej sytuacji może być coś pocieszającego, to fakt, że Waszyngton nie zmienia tej swojej optyki
i amerykańskie władze nadal chcą pomagać Ukrainie, żeby ten konflikt z Rosją wygrała. Widać też, że ofensywa, którą podjęły wojska rosyjskie, nie bardzo się im udała, więc być może ponownie pojawia się szansa, że wsparcie ze strony Zachodu w postaci uzbrojenia, amunicji – i to na czas – będzie na tyle wystarczające, że pozwoli Ukrainie odwrócić losy tej wojny. Tak czy inaczej bez skoordynowanej pomocy będzie to niemożliwe.
O ile Stany Zjednoczone są gotowe i chcą wspierać Ukrainę, o tyle Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy wolą debatować
o jej odbudowie i czerpać z tego zyski.
W Berlinie z udziałem Wołodymyra Zełenskiego, ale także szefów wspomnianych państw, ja również szefowej Komisji Europejskiej, odbyła się konferencja poświęcona odbudowie, reformom
i modernizacji Ukrainy. Dlaczego nie
w Warszawie?
– To nic nowego. Wiemy przecież, w co grają Niemcy wspomagani przez Francuzów. Natomiast nie bardzo wiem, niby dlaczego taka konferencja miałaby się odbywać w Warszawie.
W końcu to my wsparliśmy Ukrainę jak żaden inny kraj, to my otworzyliśmy swoje granice dla uchodźców wojennych z Ukrainy, przekazując niezbędnaą broń, podczas gdy Berlin czekał, kiedy wojska rosyjskie przemaszerują przez Kijów, a oni będą mogli powrócić do interesów z Putinem.
– To prawda, takie są fakty. Natomiast sytuacja się zmieniła. Po pierwsze, w Polsce od pół roku rządzi „koalicja 13 grudnia”, która jest posłuszna temu, co zostanie postanowione w Berlinie i Brukseli. Dlatego nie ma sensu przyjeżdżać do Warszawy i tu robić tego typu konferencje, skoro można to zorganizować w Berlinie. Inna sprawa, że Polska w ukraińskiej układance – pod rządami obecnie panującej ekipy z Donaldem Tuskiem na czele – po prostu przestaje się liczyć. Zresztą i tak jest pewne, że Tusk zrobi wszystko, co każą Niemcy, więc po co się rozdrabniać.
Tymczasem Paweł Kowal, który razem
z Radosławem Sikorskim uczestniczył
w konferencji w Berlinie, uważa, że mamy bardzo dużo do powiedzenia, pokazania, mamy dużo propozycji. Czy aby na pewno?
– Słowa, słowa, słowa…
Tak czy inaczej nie jesteśmy już dzisiaj tak cenionym strategicznym partnerem dla Kijowa, jak to było na początku konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Kijów już nas tak nie potrzebuje?
– Owszem, nie jesteśmy dziś na tej samej pozycji, nasze relacje z Ukrainą nie są dzisiaj aż tak bliskie jak na początku wojny, kiedy zaangażowaliśmy się jako państwo
i społeczeństwo w niesienie wsparcia na różnych poziomach walczącym Ukraińcom. Różne są tego przyczyny. Myślę, że zwłaszcza dzisiaj decyduje o tym to, kto rządzi w Polsce, i jak mówił Bartłomiej Sienkiewicz w 2018 roku, przedstawiając filozofię rządzenia Platformy, że Polska to peryferia Europy z marginalną rolą, którą de facto wyznaczają potrzeby niemieckiej gospodarki. Przy okazji warto może zacytować tego polityka, który teraz będzie reprezentował Polskę w Parlamencie Europejskim,
a który na łamach Klubu Jagiellońskiego w 2018 roku stwierdził: „Polska zawsze będzie krajem peryferyjnym.
W naszym interesie jest rezygnacja ze snów o podmiotowości. Tylko wówczas w spokoju będziemy mogli korzystać z dobrodziejstw naszego peryferyjnego położenia. Jesteśmy wewnętrzną gospodarką Niemiec, wywijanie szabelką to samobójstwo”. Nic dodać, nic ująć.
Skoro o rządzie mowa, to porozmawiajmy jeszcze o nowelizacji ustawy o obronie Ojczyzny. Otóż Tusk chce mieć możliwość użycia wojska na terytorium Polski bez konieczności ogłaszania stanu wyjątkowego czy wojennego. Czemu to ma służyć?
– To jest bardzo ciekawy pomysł. Wydaje mi się, że rozumiem, o co Tuskowi tutaj chodzi, sięgnijmy więc
w przeszłość. Mianowicie w czasach PRL-u w ówczesnej konstytucji było określone, w jakich wypadkach można użyć wojska. Jednym z wymienionych przypadków był stan wojenny na terytorium kraju. Można było ten stan wojenny wprowadzić dekretem Rady Państwa, przy czym, żeby wszystko było lege artis w tym komunistycznym państwie, dekret ten musiał być jeszcze zatwierdzony przez Sejm. Kiedy jednak już po 1989 roku doszło do procesu generałów, którzy ten stan wojenny wprowadzali, to sąd stwierdził, że ci panowie stanowili zbrojną grupę przestępczą, ponieważ stan wojenny, który wprowadzili
13 grudnia 1981 roku, był nielegalny, ponieważ dekret Rady Państwa nie został zatwierdzony przez Sejm. Jak wiemy, Jaruzelski i WRON tak się spieszyli, że to ominęli, choć Sejm w tym czasie obradował i nie byłoby żadnej przeszkody, żeby ten wymóg spełnić. To spowodowało, że można było autorów stanu wojennego sądzić, że nielegalnie wprowadzili stan wojenny. Inna sprawa, że główni aktorzy z Jaruzelskim na czele i tak nie zostali osądzeni i nie trafili do więzień. I teraz, zgodnie z zamysłem Tuska, można będzie bez zgody Sejmu, bo wystarczą, dajmy na to, postanowienie np. Rady Ministrów czy jakieś inne regulacje, żeby bez ogłaszania stanu wojennego czy wyjątkowego móc oddziały wojska wyprowadzić na ulice. Mało tego, jeśli ktoś chciałby później tych decydentów sądzić, to nie będzie za co.
Czy to może oznaczać, że Tusk w walce
z oponentami politycznymi ma zamiar posługiwać się wojskiem?
– Nie wiem, czy ma taki zamiar, natomiast widać wyraźnie, że chce utrzymać się przy władzy, co więcej, chce represjonować politycznych przeciwników. Zresztą już takie przymiarki były – mam na myśli wtargnięcie do Kancelarii Prezydenta RP i aresztowanie posłów Mariusza Kamińskiego oraz Macieja Wąsika. Swoją drogą mieliśmy też lekceważenie Prezydenta RP – głowy państwa polskiego i zwierzchnika Sił Zbrojnych, bo czym innym jest nieinformowanie prezydenta o sytuacji na polsko-
-białoruskiej granicy, o zatrzymaniu i zakuciu w kajdanki przez Żandarmerię Wojskową żołnierzy broniących naszych granic. To jest jeden z dowodów na to, że obecny prezydent Andrzej Duda „koalicji 13 grudnia” nie odpowiada, tak jak Donaldowi Tuskowi wcześniej nie odpowiadał prezydent Lech Kaczyński. W związku z tym ekipa Tuska robi wszystko, żeby ignorować, marginalizować prezydenta Dudę. Tak czy inaczej, zbierając to wszystko do kupy, można wysnuć wniosek, że tej ekipie potrzebna jest możliwość użycia sił zbrojnych wedle potrzeb, co wydaje się oczywiste.
Chce Pan powiedzieć, że rośnie nam dyktator?
– Czy dyktator? Niewątpliwie jednak tworzy się jakiś autorytarny reżim, który – jak widać – nie chce przestrzegać Konstytucji RP, nie chce się stosować do obowiązującego prawa, a stosować prawo tak, jak oni je rozumieją. Jeśli tak, to jest oczywiste, że mamy do czynienia z reżimem autorytarnym, którego polityka coraz bardziej rozchodzi się z potrzebami państwa, potrzebami Polaków, a więc z interesem narodowym i oczekiwaniami polskiego społeczeństwa. Niestety, znacząca część polskiego społeczeństwa tego nie dostrzega, a nawet, co pokazują wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, jest z rządzenia „koalicji 13 grudnia” zadowolona. Zwolennicy Koalicji Obywatelskiej, jak mówią, są zadowoleni, że Tusk dobiera się „pisiorom” do skóry. I to jest według mnie problem tego całego galimatiasu, z jakim przyszło nam się mierzyć. Reżim PRL, kiedy nie mógł sobie poradzić z protestami i rosnącą siłą NSZZ „Solidarność”, nie zawahał się użyć sił zbrojnych do spacyfikowania społeczeństwa. Można antycypować, że także obecny reżim, „koalicja 13 grudnia”, jeśli nie będzie mogła sobie poradzić z rosnącą falą niezadowolenia społecznego, też sięgnie po bardziej stanowcze, radykalne środki. Zresztą Donald Tusk wielokrotnie powtarzał, że będzie bezwzględny, że jak będzie trzeba, to zastosuje terror praworządności. Swoją drogą Jaruzelski – jeśli spojrzeć wstecz – też stosował terror praworządności, tak jak on na owe czasy tę praworządność rozumiał, czyli po PRL-owsku. Dzisiaj rządzący też stosują terror praworządności, tak jak oni ją rozumieją, na miarę swoich czasów.