• Środa, 8 kwietnia 2026

    imieniny: Maksyma, Seweryna, Waltera

Odwracanie się od USA to błąd

Czwartek, 23 maja 2024 (19:26)

Rozmowa z prof. Romualdem Szeremietiewem

John Kirby, rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego, powiedział, że w tej chwili Stany Zjednoczone nie rozmawiają z Polską o Nuclear Sharing. Zastanawiam się, z czego może wynikać to obecne stanowisko amerykańskie?

– O ile rząd Zjednoczonej Prawicy, także zwierzchnik sił zbrojnych prezydent Andrzej Duda, deklarował gotowość udziału w projekcie NATO Nuclear Sharing, to rząd Donalda Tuska, który nie ukrywa swoich proniemieckich sympatii, nic z tym nie robi. Co więcej, obecny rząd w wypowiedziach kilku różnych oficjeli stwierdza wyraźnie, że nie czas na broń jądrową w Polsce. Wobec powyższego trudno, żeby strona amerykańska wciskała nam na siłę broń atomową. To pokazuje, że od czasu przejęcia władzy przez koalicję dowodzoną przez Donalda Tuska, wiele się w Polsce zmieniło, także jeśli chodzi o politykę obroną.  

We wczorajszej informacji przedstawionej w Sejmie przez ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza na temat stanu bezpieczeństwa państwa, niewiele było odniesień do naszej współpracy z Amerykanami w ramach NATO, co zauważył także prezydent Andrzej Duda.

– I trudno się dziwić, że taki jest stan rzeczy, skoro nasza współpraca ze Stanami Zjednoczonymi nie jest na rękę Niemcom. Przecież już dawno Europa – ustami Niemiec, a przedtem Francuzów – mówiła, że trzeba się pozbyć Amerykanów ze Starego Kontynentu. Stany Zjednoczone przeszkadzają Niemcom w polityce wielkomocarstwowej, którą w założeniu ma prowadzić superpaństwo europejskie pod dominacją niemiecką. W tej optyce Stany Zjednoczone są rywalem Niemiec, a nie sojusznikiem, z którym należy współpracować.    

Jeśli taka będzie polityka obecnych polskich władz, to na naszej wschodniej granicy jako zapora przed ewentualną wrogą agresją zostaną nam rowy, okopy i bunkry.

– Zakładając, że w ogóle coś takiego powstanie, bo na razie ze strony Tuska i Kosiniaka-Kamysza mamy opowieści dziwnej treści. Są one tyle samo warte, co mrzonki o żelaznej kopule, którą Europa podobno ma sobie zafundować, tyle że na razie nic o tym nie wiadomo. Nie widzę żadnych konkretnych planów. Podobnie jest z ogłaszaną przez Tuska i Kosiniaka-Kamysza „Tarczą Wschód”. To jest hasło rzucone w przestrzeń publiczną, ale są już tacy, którzy uważają, że jest to wielkie, przełomowe wydarzenie, które ma już miejsce. Zakładając, że ktoś na serio zamierza przeprowadzić takie ufortyfikowanie granicy wschodniej, to najpierw muszą być bardzo konkretne plany, to znaczy, w jaki sposób, gdzie, jak itd. Na razie słyszymy, że gdzieś będą zalesienia, co też jest jakąś mrzonką, bo przecież żeby powstał las, potrzeba wielu lat. Mamy więc bajki, które opowiadają panowie udający, że rządzą Polską. Swoją drogą, słuchając tej informacji przedstawionej w Sejmie, nie jestem pewien, czy piastujący funkcję ministra obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz do końca wie, o czym mówi i co chce zrobić.  

Zdaje się, że stawia na plecak ewakuacyjny, a szef MSWiA Tomasz Siemoniak na mokradła i bagna…

– To są niepoważni ludzie. Fortyfikowanie granicy, biorąc pod uwagę, że Polska jest na wschodniej flance NATO, jest właśnie z tego powodu bezsensowne.

Skąd zatem ten pomysł?

– Fortyfikowanie granicy nie na wiele się zdaje, co już kilka razy w przeszłości zostało udowodnione. Tymczasem obecnie rządzący myślą, że skoro Rosjanie ufortyfikowali tereny okupowane na Ukrainie i Ukraińcy nie są w stanie ich przełamać, to sprawdzi się to też u nas. Tymczasem to nie jest współczesna forma prowadzenia wojny. Zasadą w tego typu sytuacjach – jeśli chodzi o wojsko – jest, że nie szturmuje się umocnień, tylko się je obchodzi. Klasycznym przykładem jest Linia Maginota, którą w 1940 roku dywizje Wehrmachtu obeszły i bez problemu wkroczyły i zajęły Paryż. I ta linia umocnień budowana z takim mozołem na nic się nie przydała. Ukraińcy nie dlatego szturmują linie obrony rosyjskiej, że mają taką fantazję, tylko dlatego, że nie wolno im wejść na terytorium Federacji Rosyjskiej i obejść te umocnienia. Z kolei próba obejścia od południa, w kierunku Morza Azowskiego się nie powiodła. Z różnych powodów, m.in. dlatego że jest tam duża rzeka, która uniemożliwia tego typu manewry. Zatem jedyną drogą, którą można by te umocnienia rosyjskie obejść, to jest droga północna w rejonie Charkowa i wejście na tereny Federacji Rosyjskiej. Słyszymy jednak, co na ten temat ma do powiedzenia Zachód – łącznie ze Stanami Zjednoczonymi – mianowicie, że Ukrainie nie wolno tego zrobić. W rezultacie ukraińska armia została postawiona w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony Ukraińcom brakuje amunicji, nie mają jej tyle, ile powinni posiadać, aby skutecznie działać na froncie, a po drugie są zmuszeni szturmować umocnienia, których zdobywać nie powinni. Zatem jeśli chodzi o wojnę na Ukrainie, to jesteśmy świadkami komedii pomyłek, która wynika z rozmaitych powodów, niekoniecznie militarnych.

To dlaczego rząd „koalicji 13 grudnia” brnie – na razie w sferze planów – w fortyfikowanie granicy z Rosją i Białorusią?

– Wygląda na to, że ktoś w Warszawie naczytał się komunikatów z walk na froncie ukraińskim i wydaje mu się, że zbuduje umocnienia nie do przejścia na granicy Polski i tym samym stworzy gwarancję naszego bezpieczeństwa. To jest kompletna bzdura. To jest nic innego jak wyrzucanie pieniędzy w błoto, czy używając słownictwa obecnego szefa MSWiA Tomasza Siemoniaka, raczej w bagno.

W czyich rękach jest dzisiaj obronność i bezpieczeństwo Polski i Polaków?   

– Jest w rękach lekarza pediatry, co i tak lepiej, niż było onegdaj, kiedy nasza obronność była w rękach lekarza psychiatry. Poważnie to nie wygląda – zważywszy na sytuację geopolityczną i grożące nam realnie niebezpieczeństwo ze strony rosyjskiej. Przyznam, że tego wczorajszego wystąpienia ministra obrony i wicepremiera w jednej osobie, Władysława Kosiniaka-Kamysza, słuchałem ze zdumieniem, nie kryjąc emocji, zwłaszcza kiedy opowiadał on o wzmocnieniu wspólnoty i tożsamości narodowej. Aż dziw bierze, że słowa te wypowiada polityk obozu, który w tę naszą tożsamość narodową uderza i to na wszelkie możliwe sposoby, m.in. w media publiczne, w prokuraturę czy w edukację. Nie sposób też nie wspomnieć o tym, co ostatnio wyczynia w Warszawie Rafał Trzaskowski, który będzie usuwał krzyże z urzędów podległych ratuszowi. Co ciekawe, tłumaczy, że tym samym będzie wzmacniał wspólnotę i tożsamość narodową. Do tego jeszcze słyszymy o języku miłości i apele, żeby się nie kłócić. To jest jakieś pomieszanie z poplątaniem. Zamiast opowieści o niczym – także w sferze obronności – należy bezwzględnie i jak najszybciej zrealizować zamówienia, które składał jeszcze rząd Zjednoczonej Prawicy. Szczególnie jeśli chodzi o ciężkie uzbrojenie – mam na myśli broń pancerną, artylerię rakietową i lufową oraz wzmocnienie sił powietrznych. To wszystko jest nam potrzebne jak najszybciej, jeśli Polska ma być najważniejszym elementem flanki wschodniej NATO.

Cały czas mówimy o broni defensywnej, a co z bronią ofensywną?

– Oczywiście, że jest nam potrzebny także zbrojeniowy sprzęt ofensywny, a więc inaczej niż to było wcześniej, kiedy będąc członkiem NATO paktu obronnego, skupialiśmy się tylko na obronie naszych granic. Teraz w związku z agresją rosyjską sytuacja się zmieniła, dlatego koncentrowanie się wyłącznie na obronie własnych granic to już za mało. Po prostu jest inna sytuacja geopolityczna. Swoją drogą kiedyś sam podnosiłem, że powinniśmy się przygotowywać do obrony naszych granic, stąd ważny element Wojska Obrony Terytorialnej, system defensywny itd. Kiedy to mówiłem, nie było szans na to ani potrzeby zaangażowania się Polski w tę przestrzeń w środkowo-europejskim wymiarze. Teraz jest taka sytuacja i od czasu, kiedy istnieje wschodnia flanka NATO i rośnie zagrożenie rosyjskie w tym rejonie, także zagrożenie na Ukrainie, to potrzebna, niezbędna jest obecność ofensywnych sił polskich. Sama Obrona Terytorialna – choć bardzo istotna – już nie wystarczy. Dlatego chwaliłem działania, jakie podejmował rząd Zjednoczonej Prawicy, ale teraz trzeba pójść szerzej.

Co do zasady, to pełna zgoda, ale czy nie można było wcześniej podjąć tego typu działań?             

– To prawda, że rząd Prawa i Sprawiedliwości zaczął późno to robić, bo dopiero, kiedy poleciały bomby w stronę Ukrainy, ale lepiej późno niż wcale. Okazuje się jednak, że ci, którzy zaczęli rządzić 13 grudnia 2023 roku, tego nie chcą. Wolą mówić o rozliczeniach, o audytach i opowiadają – przepraszam za wyrażenie – dyrdymały o fortyfikacjach. W poprzednim stuleciu mieliśmy słynną Linię Maginota, a teraz zdaje się będziemy mieli linię Kosiniaka-Kamysza.

Biorąc pod uwagę zmianę w podejściu do kwestii obronnych ekipy Tuska, jak wygląda dzisiaj stanowisko Waszyngtonu – w końcu Amerykanie to nasz strategiczny partner?          

– Ośrodek amerykański zdaje się zastanawiać, w którym kierunku obecna „koalicja 13 grudnia” pomaszeruje. Przypomnę, że Stany Zjednoczone początkowo myślały, że jeśli chodzi o Europę i politykę bezpieczeństwa w tym regionie, to postawią na Berlin, że swoją politykę oprą na Niemcach. Taki był zamysł, ale Niemcy się odcięły na tego typu rozwiązanie, zaczęły forsować tzw. autonomię strategiczną Europy i wyraźnie zgłosiły postulat, żeby Amerykanie się wynosili z Europy. I wtedy w Waszyngtonie pojawiła się opcja polska. Natomiast teraz, po zmianie władzy w Polsce i objęciu rządów przez Donalda Tuska, okazuje się, że ta opcja polska w planach amerykańskich też zawodzi. Polska rządzona przez Tuska podobnie jak Niemcy wypina się na Stany Zjednoczone i na całą politykę bezpieczeństwa, którą w Europie – w dobrze pojętym naszym interesie – chcieli realizować Amerykanie. Skoro tak wygląda sytuacja, to nic dziwnego, że Amerykanie się przyglądają, co z tego wszystkiego wyniknie i w jakim kierunku to wszystko się przełamie. A może się przełamać już niedługo, bo skoro do Polski przyjeżdża szef Bundeswery i ogłasza, że Niemcy przejmują odpowiedzialność za wschodnią flankę Sojuszu Północnoatlantyckiego, to brzmi to nie inaczej jak: Amerykanie wynoście się z Europy, bo to my od tej pory będziemy zarządzać bezpieczeństwem Starego Kontynentu.

Perspektywa bardzo nieciekawa…

– Ciekawe to rzeczywiście nie jest, ale w Polsce były wybory i ludzie sobie wybrali, jak wybrali. Niestety, ale wciąż jako naród nie możemy się uporać z demonami przeszłości, ze spadkiem, jaki nam pozostawiła komuna. Nic więc dziwnego, że wszystkie klony po tamtym słusznie minionym okresie w historii Polski wciąż funkcjonują i to zarówno w polityce, w administracji państwowej, w mediach, w wymiarze sprawiedliwości, jak również w gospodarce. I te klony rodem z poprzedniej epoki robią dzisiaj swoje, wpływając na działania i decyzje polityczne dotyczące Polski także w wymiarze bezpieczeństwa.

                Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki