Neobalcerowiczowskie duszenie gospodarki
Wtorek, 14 maja 2024 (08:44)Rozmowa z prof. dr. hab. Wojciechem Polakiem, historykiem, zastępcą przewodniczącego Kolegium IPN
Ostatnio w Polsce gościła Ursula von der Leyen, która już wcześniej rozpływała się
w pochwałach nad Donaldem Tuskiem. Proszę powiedzieć, kto komu jest dzisiaj bardziej potrzebny: Ursula von der Leyen Donaldowi Tuskowi, czy Donald Tusk Ursuli von der Leyen?
– Doszło do sytuacji, że to Donald Tusk jest dzisiaj potrzebny Ursuli von der Leyen. Wprawdzie o tym, że kwestie dotyczące praworządności są już właściwie załatwione i Komisja Europejska nie ma do rządu Tuska żadnych zastrzeżeń, mówiono i pisano od kilku miesięcy. Sprawa była oczywista w zasadzie od samego początku, że KE i jej niemieckiej szefowej, wcale nie chodzi o praworządność, bo Polska za rządów Zjednoczonej Prawicy była – rzec trzeba – jednym z najbardziej praworządnych krajów na świecie. Natomiast chodziło o zaszkodzenie rządom Prawa i Sprawiedliwości, o zablokowanie środków europejskich z Krajowego Planu Odbudowy, aby całe odium zrzucić na PiS i zniechęcić ludzi do rządu premiera Mateusza Morawieckiego, a tym samym pomóc Tuskowi w dojściu do władzy. Wszystko po to, żeby opcja lewicowo-liberalna w Polsce rządziła, bo to by ułatwiło wiele spraw zarówno Brukseli, a zwłaszcza Berlinowi.
No właśnie, wizyta szefowej Komisji Europejskiej zbiegła się z informacją o zakończeniu procedury naruszeniowej przeciwko Polsce. Potrafi Pan wskazać jakiś przykład albo jakiś moment, od którego, za rządów Tuska praworządność powróciła, odrodziła się w Polsce?
– Zmiana władzy, i to wystarczyło. Fakt, że Ursula von der Leyen akuratnie teraz przyjechała do Polski oznaczał, że słynny artykuł 7 nie ma zastosowania, że Polska jest już krajem w pełni praworządnym. Było to zwieńczenie tego wszystkiego, co robiono do tej pory. Paradoks polega na tym, że dopiero za rządów Tuska w Polsce zaczęły być łamane prawa człowieka, i to na szeroką skalę. Tusk rządzi autorytarnie, żeby nie powiedzieć totalitarnie. Nie przestrzega przepisów prawa wewnętrznego, lekceważąc wszelkie zasady, a ludzie są szykanowani. Jak za PRL-u pojawili się więźniowie polityczni, aresztowani są duchowni, jak ks. Michał Olszewski, i wobec tego właśnie Unia Europejska powinna teraz zażądać od „koalicji 13 grudnia” przestrzegania zasad praworządności. Wiemy jednak, że nie o żadną praworządność chodzi, ale o to, by poprzeć lewicowo-liberalne rządy Tuska. Ursula von der Leyen przyjechała do Polski, dlatego że zbliżają się wybory do Parlamentu Europejskiego, coraz bliżej nowe rozdanie, a ona ma chrapkę na reelekcję na stanowisku szefowej Komisji Europejskiej. Jej rządy – nieudolne, amatorskie – wywołują krytykę z różnych stron, także ze strony ugrupowań wchodzących w skład europarlamentu. Kompetencje Ursuli von der Leyen są żadne, w dodatku jeśli czegoś się podejmuje, to przede wszystkim realizacji celów niemieckich, nie działa więc dla wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej. Donald Tusk, którego karierę polityczną mocno wsparła różnymi metodami wcześniej, a także w ubiegłorocznych wyborach do parlamentu RP, jest jej wdzięczny. Dzisiaj przed wyborami są jej potrzebni tacy sojusznicy i Ursula von der Leyen liczy na wdzięczność Tuska, że on, że Polska pod jego rządami, poprze jej kandydaturę.
Ale nie za darmo?
– Oczywiście, pewne konfitury w zamian też proponuje. To w Katowicach ogłosiła projekt utworzenia stanowiska unijnego komisarza do spraw obrony. Wszyscy spekulują, i chyba coś może być na rzeczy, że stanowisko to miałoby przypaść Radosławowi Sikorskiemu, który samozwańczo uważa się za wielkiego eksperta od spraw obronnych.
W zamian za poparcie Tuska dla Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej Radosław Sikorski miałby zostać unijnym komisarzem. Wydaje się, że tutaj ma być również pewne także psychologiczne poparcie Tuska dla von de Leyen. A mianowicie podobno to Donald Tusk ma zgłosić jej kandydaturę. Takie pogłoski też się pojawiają,
i wydaje się to dość prawdopodobny scenariusz.
Skoro Ursula von der Leyen – jak mówi – chce budować przyszłość Unii Europejskiej
z Tuskiem, to nic dziwnego, że taką oto mamy symbiozę...
– Tak, ta obopólna korzyść się zarysowuje. W dodatku na scenie pojawiły się nowe, czy raczej stare, ale na nowo wygrzebane koncepcje dotyczące budowy tarczy lub kopuły antyrakietowej nad Europą, która miałaby nas zabezpieczać przed ewentualną agresją ze wschodu, ze strony Rosji. Przypomnę, że rząd Zjednoczonej Prawicy nie chciał mieć nic wspólnego z tą inicjatywą i do tego projektu nie przystąpił. Odmiennie od Tuska, który niemal z miejsca oświadczył, że Polska oczywiście będzie brała udział we wszystkich tego typu poczynaniach. Sprawa jest oburzająca, zwłaszcza że Polska – budując swój system obronny – stawia na sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Nic więc dziwnego, że prezydent Andrzej Duda słysząc deklaracje zachwytu Tuska dla europejskiej kopuły, wyraził swoje stanowisko w tej sprawie bardzo jasno. Prezydent stwierdził, że w tej chwili jesteśmy na etapie budowy własnego systemu obrony przeciwrakietowej w oparciu o Stany Zjednoczone, że od Amerykanów kupujemy poszczególne elementy tej tarczy, w tym systemy Patriot,
i że to system Wisła ma być głównym filarem naszej obrony. System ten ma być uzupełniany systemami obrony średniego i krótkiego zasięgu, czyli Narew i Pilica. I to na tych systemach realizowanych z pomocą amerykańską, ale nie tylko, ten nasz system obrony przeciwrakietowej ma się opierać. Jest to bowiem dobry, sprawdzony system, bo na jakość amerykańskich patriotów nikt jakoś nie narzekał, ponieważ są one znakomite. Nie ma więc nad czym dyskutować, dlatego wszelkie odchodzenie od tego systemu, jakieś układy z Niemcami, są wręcz szkodliwe dla polskiej racji stanu.
Dlaczego więc Tusk tak optuje za tym niemieckim projektem?
– Pamiętajmy, że Niemcy forsują swój projekt, chcąc na tym zarobić, bo cała ta europejska kopuła obronna miałaby zostać oparta na ich broni, na ich rakietach. I to już na starcie nasuwa podejrzenie co do czystości intencji niemieckich. Po drugie, jakość niemieckiego sprzętu, w ogóle niemieckiej techniki, dołuje coraz bardziej, a wyroby niemieckiej produkcji stają się wręcz synonimem tandety. Tak już kiedyś było np. w XIX wieku, kiedy wyroby oznaczone Made in Germany mijały się z jakością. Biorąc to pod uwagę, w jakość niemieckiej broni zwyczajnie nie wierzę. Nie wiem też, czy cały ten niemiecki projekt tarczy antyrakietowej nie polegałby przede wszystkim na wzmacnianiu podupadającego, znajdującego się w kryzysie systemu gospodarczego Niemiec. Jest oczywiście trzeci aspekt – mianowicie Niemcy chcą wypychać Stany Zjednoczone z Europy także w sensie militarnym. Z punktu widzenia Europy, ale też samych Niemiec jest to nierozsądne, zważywszy, że obrona Europy ciągle opiera się na Amerykanach i bazach wojskowych, wprawdzie liczbowo okrojonych, ale ciągle wielkich, oraz na amerykańskich systemach przeciwrakietowych. Podobnie inne kraje Europy należące do NATO korzystają z tego parasola ochronnego. Amerykanie wprawdzie się obruszają, że Niemcy nie dają zbyt wielkiego wkładu w obronność, co podkreślał wiele razy Donald Trump, domagając się m.in. od Niemiec zwiększenia nakładów do minimum, czyli dwóch procent PKB.
I tutaj znów wzorem jest Polska…
– Tak, my przeznaczamy w tej chwili blisko cztery procent PKB na obronność i nic dziwnego, że prezydent Duda wystąpił z projektem, żeby pozostałe państwa NATO także zwiększyły swoje wydatki na obronność do trzech procent PKB, co powinno być minimum. To oczywiście wywołało wściekłość w Berlinie i nie tylko, bo nasi zachodni partnerzy uważają, że Stany Zjednoczone będą ich bronić za darmo. Jakiekolwiek spory by nie były, to jest jasne, że system obrony Europy opiera się na Amerykanach.
W związku z tym robienie Waszyngtonowi na złość w tej chwili poprzez szerzenie mrzonek o jakichś europejskich niesprawdzonych programach, niepewnych, a w dodatku mających być opartych na tandetnej broni niemieckiej, to wszystko jest działaniem kompletnie bez sensu. To de facto realizacja jakiejś antyamerykańskiej, lewackiej ideologii,
a nie działanie mające zapewnić bezpieczeństwo krajom Europy.
Jak rozumieć to podejście Niemców, którzy – jak Pan Profesor podkreślił – chcą wypchnąć Stany Zjednoczone z Europy.
Z drugiej strony zaś cały czas korzystają z parasola bezpieczeństwa, jaki zapewnia im Waszyngton i NATO. Ponadto chcą budować europejską kopułę obronną, sprzedając europejskim krajom swoją broń, co więcej mówią, że chcą brać odpowiedzialność za wschodnią flankę NATO?
– Tutaj, jak pan redaktor zauważył, nie sposób jest znaleźć jakiejś logikę. Jeśli bowiem Niemcy chcą brać odpowiedzialność za wschodnią flankę NATO, to nic dziwnego, że nas takie wypowiedzi bardzo denerwują. Mając przykre doświadczenia, my nie chcemy, żeby Niemcy brali odpowiedzialność za bezpieczeństwo Polski, bo wiadomo, jak to się może skończyć, jak w przeszłości się kończyła „przyjaźń” z Niemcami. To nas więc niepokoi. Forsują jakieś pomysły w rządzie niemieckim oraz w sferach elit europejskich, ale to może być kolejnym dowodem na to, że w Niemczech panuje chaos gospodarczy, i to straszliwy. Przykładem może być polityka wobec imigrantów, z którym to problemem Niemcy sobie kompletnie nie radzą. Teraz widać też, że zaczyna panować chaos w kwestiach długofalowych koncepcji politycznych – nasi zachodni sąsiedzi kompletnie nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą. Z jednej strony, występuje tam tradycyjny antyamerykanizm związany z lewackością. Przypomnę, że kiedy Sowieci jeszcze w latach 70. byli zagrożeniem nie tylko dla Niemiec, to w Niemczech organizowano marsze wielkanocne z żądaniem wycofania żołnierzy i likwidacji baz amerykańskich. Można się tylko domyślać konsekwencji, gdyby Amerykanie rzeczywiście te bazy opuścili. Z drugiej strony, w Niemczech są ludzie, którzy zachowywali wtedy i zachowują dzisiaj zdrowy rozsądek, mając świadomość, że bez Sojuszu Północnoatlantyckiego Niemcy jako państwo nie mają najmniejszych szans na obronę przed zagrożeniem ze strony Moskwy. Odnoszę wrażenie, że to się wszystko strasznie kotłuje, że trwają tam jakieś spory, dlatego o jakiejś jednolitej, jednoznacznej polityce ze strony Berlina – szczególnie w kwestiach obronnych – mowy raczej być nie może.
Z logicznego i gospodarczego punktu widzenia, biorąc pod uwagę nasze interesy, to widząc panujący w Niemczech chaos powinniśmy go wykorzystać – i pewnie tak zrobiłby rząd Zjednoczonej Prawicy. Tymczasem rząd Tuska rezygnuje z Centralnego Portu Komunikacyjnego, odkłada w czasie energetykę jądrową, wygasza inwestycje na Odrze... Co więcej, Tusk chce uruchomić system dopłat do zakupu używanych aut elektrycznych, sprowadzanych z Niemiec. Co to ma znaczyć?
– Pokazuje to absurdalność działań „koalicji 13 grudnia”. Natomiast rząd Tuska wychodzi z założenia, że skoro Niemcy są w kryzysie gospodarczym, i ten kryzys jeszcze się pogłębia, to władze w Berlinie chcą wychodzić z tego kryzysu, wykorzystując, blokując Polskę. Ale w tej sytuacji my tym bardziej powinniśmy iść do przodu – w sytuacji, gdy Niemcy są w regresie. I tak było za rządów Zjednoczonej Prawicy, gdzie dochód narodowy się powiększał, gospodarka się rozwijała. Tymczasem teraz wyhamowujemy, gospodarkę schładzamy, zatrzymujemy kluczowe dla naszej przyszłości inwestycje strategiczne.
Można odnieść wrażenie, że rząd Tuska robi wszystko, żeby nie szkodzić Niemcom?
– To jest coś niezrozumiałego, coś wręcz tragicznego. Zamiast wykorzystać to, że Niemcy są w stanie regresji
i działać w dobrzej pojętym polskim interesie, wchodząc na rynki, które Niemcy opuszczają, bo nie są w stanie ich zapełnić, to my się wycofujemy. To jest tragiczne, ponadto brak tego typu działań znajduje swoje odzwierciedlenie w sprawach wewnętrznych Polski. Proszę zwrócić uwagę, że pojawia się bezrobocie, są grupowe zwolnienia z zakładów pracy, kapitał zagraniczny zaczyna się wycofywać z Polski i przenosi produkcję tam, gdzie jest taniej, gdzie są bardziej dogodne warunki. Świadczy to, że zaczynamy się zwijać, a nie rozwijać. Wpływy z VAT-u maleją, a więc wchodzimy w fazę zastoju czy nawet kryzysu. Tu należałoby podejmować szybkie decyzje i działania ekonomiczne. Owszem, rządowi Zjednoczonej Prawicy można było wiele zarzucać – często sam byłem krytykiem niektórych posunięć, ale to, że rządy premierów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego pozwoliły na rozkręcenie polskiej gospodarki, to sprawiło, że rozwijaliśmy się, a inflacja spadała mimo kryzysu spowodowanego covidem. Duża emisja pieniądza na rynek – zwłaszcza w sytuacji, kiedy mamy własną walutę, co jest naszym ogromnym przywilejem – to wszystko dawało nam ogromne możliwości rozwojowe. Rząd PiS-u potrafił te możliwości wykorzystać. Teraz po pięciu miesiącach władzy Tuska zaczyna się neobalcerowiczowskie duszenie polskiej gospodarki, co przyniesie tragiczne skutki. Bez pewnej odwagi czy, nazwijmy to, nonszalancji, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu – jak zrobili to Grecy, którym wiele zarzucano, ale oni ryzykując, w sumie dobrze na tym wyszli, i dzisiaj zacierają ręce. Wynieśli konkretne korzyści, skok gospodarczy zanotowali olbrzymi, więc mogą sobie tylko gratulować. Tymczasem okazuje się, że rząd Donalda Tuska chce być świetny, wzorowy względem Unii Europejskiej i niczym uczeń realizuje wszystko, co nauczyciel w Brukseli czy Berlinie każe, ale nie ma w tym żadnej własnej inwencji, bo to może zostać w Unii odebrane negatywnie. Mamy więc politykę Tuska uległości wobec Niemiec, która jest polityką dla Polski bardzo szkodliwą.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki