Szef MON nie powinien straszyć
Piątek, 10 maja 2024 (20:13)Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem
Na Białorusi trwają rosyjskie ćwiczenia z bronią jądrową. Jak podaje Kreml, celem tych manewrów jest zwiększenie gotowości niestrategicznych sił jądrowych. Po co Putin to robi?
– Zwiększenie gotowości niestrategicznych sił jądrowych, to inaczej mówiąc, zwiększenie gotowości taktycznej broni jądrowej. To jest oczywiście element straszenia – jeden z wielu. Rosja oddziałuje na otoczenie, na swoich sąsiadów, w ogóle na świat różnymi sposobami. W tym oddziaływaniu główną rolę odgrywają groźby, które oznaczają, że może stać się coś złego, ale nie musi. W związku z tym, za pomocą takich gróźb, za pomocą zastraszania Rosja chce osiągać swoje cele w polityce międzynarodowej, przy czym to nie musi oznaczać, że chce je osiągnąć za pomocą środków militarnych.
Natomiast zrobi to, jeśli groźby i zastraszanie nie poskutkują. Istnieje rosyjska doktryna, instrukcja użycia broni nuklearnej, w której jest zapisane, co zresztą Rosjanie mówią oficjalnie, że Rosja rezerwuje sobie prawo użycia broni jądrowej – również w stosunku do państwa, które taką bronią nie dysponuje. Może to zrobić w sytuacji, kiedy uzna, że zachowanie danego państwa zagraża w sposób istotny Federacji Rosyjskiej. I tak to w dużym skrócie wygląda. Tak czy inaczej jest to instrumentarium używane przez Putina od lat, więc nic w tym nadzwyczajnego nie ma, może poza tym, że dotyczy to taktycznej broni jądrowej.
Czy istnieje jakieś realne zagrożenie? Słyszymy, że minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz ma w domu spakowany plecak ewakuacyjny i mówi, że trzeba być gotowym na każdą okoliczność. Nie brzmi to uspokajająco.
– Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz to nie jest żołnierz, nie jest też profesjonalnie przygotowany do pełnienia roli ministra obrony i to w sytuacji, kiedy za naszą wschodnią granicą toczy się regularna wojna, ale z tego, co wiem, jest lekarzem pediatrą. Oczywiście każdy żołnierz powinien mieć przygotowany taki plecak z najbardziej potrzebnymi rzeczami, które w sytuacji zagrożenia pomogą mu przetrwać. I taki ekwipunek nazywa się bardzo różnie. Jedni nazywają go plecakiem ewakuacyjnym, co zakłada użycie go w trakcie wycofywania się, ale inni idą jeszcze dalej i nazywają go plecakiem ucieczkowym. W sytuacji, kiedy człowiek znajduje się w pewnym zagrożeniu i usiłuje się ratować, to z całą pewnością powinien mieć pod ręką zestaw różnych przedmiotów czy rzeczy, które pomogą mu przetrwać najtrudniejszy czas. I to jest pewien standard, to jest oczywiste. Natomiast jest nieoczywiste, że konstytucyjny minister, który odpowiada za obronność, za stan armii, ogłasza wszem i wobec, że coś takiego posiada.
No cóż, ma, to ma…
– Nie chodzi o to, że ma taki plecak, ale o to, jak taka informacja oddziałuje, rezonuje w społeczeństwie. Kiedy zwykły człowiek słyszy, że szef resortu obrony chwali się posiadaniem plecaka ewakuacyjnego, inaczej mówiąc –ucieczkowego, to nie wygląda to dobrze. Tak czy inaczej wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz powiedział coś, czego nie powinien. Jednak dzieje się tak, jeśli do resortu obrony trafiają ludzie, którzy nie mają pojęcia, czym są kwestie, obszary, którymi z nominacji politycznej mają zarządzać. Nic więc dziwnego, że takie słowa padają.
Wracając jeszcze do wątku zagrożenia nuklearnego, warto przypomnieć wczorajsze słowa Putina podczas defilady z okazji Dnia Zwycięstwa w Moskwie, kiedy powiedział, że rosyjskie siły nuklearne są zawsze w gotowości bojowej. Co to znaczy?
– Putin specjalnie się nie wysilił, mówiąc te słowa, bo nie jest to żadna nadzwyczajna wiadomość. Jeśli dysponuje się jakąś bronią jądrową, a Rosja takową broń posiada, to powinna być ona w gotowości. Zastanawiam się tylko, co słowo „gotowość” oznacza, biorąc pod uwagę stan państwa rosyjskiego i armii rosyjskiej.
Patrząc na oficjeli, przywódców, którzy towarzyszyli Putinowi na trybunie, szefowie państw: Białorusi, Kirgistanu, Kazachstanu, Tadżykistanu, Turkmenistanu, Laosu, Gwinei Bissau czy Kuby, aż chce się powiedzieć, że same „mocarstwa” były reprezentowane w Moskwie…
– To rzeczywiście było żałosne przedstawienie. Ale tak funkcjonuje upadłe mocarstwo, które nie chce się z tym pogodzić i za wszelką cenę próbuje dowieść, że nadal jest mocarstwem. Tylko że takie udowadnianie na siłę zawsze jest godne politowania.
Rosja straszy nie tylko atakiem na ziemi, ale też w kosmosie. Jak słyszymy, ma opracowywać broń, która zniszczyłaby wszystkie satelity w jednej eksplozji…
– To też jest stały element zastraszania, oddziaływania Moskwy na otoczenie, którego propaganda rosyjska używa na każdym kroku, przy każdej okazji. Myślę, że świat już się do tego typu retoryki przyzwyczaił.
Czym w ogóle może się skończyć cała ta rewolucja technologiczna, wykorzystywanie sztucznej inteligencji także wojsku itd.?
– Nowe rozwiązania, które się pojawiają, rozwijają możliwości oddziaływania na rzeczywistość. Z jednej strony otwiera to wielkie szanse rozwoju, ale z drugiej użyte do niewłaściwych celów stwarza zagrożenia. Tak jest m.in. z energią atomową, gdzie z jednej strony mamy elektrownie atomowe w służbie człowieka, ludzkości, ale atom może być też bronią przeciwko człowiekowi, przeciwko ludzkości. Tak bywa z różnymi wynalazkami, zdobyczami technicznymi, które można wprzęgnąć w czynienie dobra albo zła. Wszystko zależy od człowieka, który tymi instrumentami dysponuje. Klasycznym przykładem jest nóż kuchenny, którym można kroić chleb, ale można też ranić, a nawet zabić. Wszystko zależy od tego, w czyim ręku jest dane narzędzie.
Emerytowany amerykański generał Mark T. Kimmitt uważa, że poziom obecnej pomocy oferowanej Ukrainie przez Zachód nie wystarczy, aby wygrać wojnę z Rosją, że potrzebna jest zmiana strategii, która obejmowałaby trzy elementy: stałą dostawę uzbrojenia, wsparcie wywiadu i prowadzenie szkoleń żołnierzy. Wojna na Ukrainie trwa już ponad dwa lata. Na co Zachód czeka? Czy tak trudno wspólnie to zrealizować?
– Proszę zwrócić uwagę, że słowa te wypowiada wojskowy, który siłą rzeczy podejmuje aspekt militarny trwającego na Ukrainie konfliktu. Jednak konfliktem militarnym zarządzają nie tylko wojskowi, bo kto inny decyduje o dostawach uzbrojenia walczącym Ukraińcom – chodzi o czynniki polityczne. Stany Zjednoczone cały czas stoją w obliczu problemu, dylematu: czy rozbić Rosję do końca, a to oznaczałoby, że Ukraina dostanie każdy niezbędny sprzęt, uzbrojenie, odpowiednio silne wsparcie i rozbije rosyjską armię na polu walki. To było i to wiąż jest możliwe. Co więcej, w ubiegłym roku był moment, kiedy wydawało się, że ten cel jest blisko. Tylko że konsekwencją klęski armii rosyjskiej na Ukrainie byłoby załamanie się reżimu kremlowskiego, reżimu Putina, a załamana, rozbita, zdezorganizowana Rosja mogłaby się stać zależna od Chińskiej Republiki Ludowej.
Zatem byłoby to wzmocnienie pozycji Chin w trwającej rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi. Dlatego Waszyngton nie jest zainteresowany tym, żeby pozycja Chin się umacniała, a słaba Rosja to właśnie by oznaczała. W związku z tym elity amerykańskie odpowiadające za politykę mają problem pod tytułem: jak głęboko Rosję dobić. Jedno z tego rozumowania wynika na pewno – mianowicie, że nie należy Rosji dobijać do końca.
A gdzie w tym wszystkim są lawirujący Niemcy?
– Niemcy to są Niemcy. Wszędzie widzą swoje interesy. Do tej pory bardzo starały się i zabiegały o współpracę z Rosją. Przez długi czas po napaści rosyjskiej na Ukrainę uważały, że Kijów jest skazany na klęskę, że jest to tylko kwestia czasu, że nie warto w obronie Ukrainy występować. Ostatecznie władze w Berlinie chyba doszły do wniosku, że mogą budować swoją potęgę i siłę, wykorzystując własną europejską pozycję i nie licząc się już z Rosją, ale rozszerzając swoje wpływy również na Ukrainie i dalej na wschód – nawiązując współpracę partnersko-rywalizacyjną z Pekinem.
W tym układzie Rosja właściwie ginie z optyki Berlina. Nie jest to do końca jeszcze przesądzone, bo w strategii bezpieczeństwa narodowego, którą Niemcy uchwalili w ubiegłym roku, nie ma żadnej współpracy od Władywostoku po Lizbonę, a Ukraina ma być w ich retoryce bezpieczna. To ma spowodować (i to jest zapisane w tej strategii), że zagrożenie, jakie niesie Rosja, zostanie odsunięte. Pokłosiem tej strategii i pomysłów obecnie rządzących Niemcami są deklaracje, które usłyszeliśmy po wizycie generalnego inspektora Bundeswery w Polsce Carstena Bauera i jego spotkaniu z polskim odpowiednikiem gen. Wiesławem Kukułą, co ogłosił Viktor Elbling ambasador Niemiec w Polsce – mianowicie, że Niemcy przejmują odpowiedzialność za wschodnią flankę NATO. Zastanawiam się tylko, czy Waszyngton coś o tym wie, czy to zostało jakoś uzgodnione między Niemcami a Amerykanami… W każdym razie tak to wygląda.
Widać, że sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana, niż to się może wydawać generałowi Kimmittowi?
– Tak. Swoją drogą nie bez powodu, w czasie I wojny światowej premier Francji Georges Clemenceau powiedział, że wojna to jest zbyt poważna sprawa, żeby zostawiać ją w rękach wojskowych.
Strasznie to wszystko jest skomplikowane?
– Owszem, sytuacja geopolityczna, cały ten układ jest tak skomplikowany, że może się zdarzyć, że jakiś, nazwijmy to, kamyczek może polecieć nie tak jak trzeba i będzie to skutkowało uruchomieniem rakiet z głowicami jądrowymi. I to się, niestety, też zdarzyć może. Przed wrześniem 1939 roku też byli tacy, którzy twierdzili, że wojna nie wybuchnie, że Niemcy się nie odważą zaatakować. Tymczasem, jak to się zakończyło, dobrze wiemy. Swoją drogą ostatnio przeglądałem gazetę, gdzie jest duży artykuł mówiący, że przed Polską jest piękna przyszłość, że Polska wspaniale się rozwija i że będzie super i w ogóle, naj itd. To było w styczniu 1939 roku. I nie pisał tego ktoś niepoważny.