• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Św. Andrzej Bobola - Orędownik Polski w niebie

Kapłan według Serca Jezusowego

Poniedziałek, 29 kwietnia 2024 (15:02)

W proroczej wizji św. Siostra Faustyna widziała, jak św. Andrzej modli się za Polskę.

Wielce znamienne jest to, że św. Andrzej Bobola objawił się trzykrotnie samym tylko kapłanom. Za każdym razem przychodził z misją w sprawach Ojczyzny. Najprzód ukazał się współbratu jezuicie o. Marcinowi Godebskiemu w Pińsku w 1702 roku. Drugi raz – po 117 latach – objawił się w 1819 roku dominikaninowi Alojzemu Korzeniewskiemu w Wilnie. Po raz trzeci od 1983 roku zaczął objawiać się młodemu wtedy ks. Józefowi Niżnikowi w Strachocinie koło Sanoka, który obecnie jest tam proboszczem i kustoszem prężnie rozwijającego się na naszych oczach sanktuarium św. Andrzeja Boboli w miejscu jego narodzenia.

Wielki męczennik od czasów beatyfikacji (30 października 1853), a potem kanonizacji (17 kwietnia 1938) stawiany jest nam, jego rodakom, a księżom szczególniej, jako ideał i wzór kapłana. On przecież bezgranicznie poświęcił swoje życie głoszeniu Bożego słowa, obronie wiary i Ojczyzny zagrożonej wtedy przez Kozaków na polskich Kresach. Jego święte i ofiarne kapłańskie posługiwanie uwieńczone zostało straszliwym męczeństwem, jakiego dotąd nie zna historia prześladowań Kościoła. Po części podobną drogę przeszedł ks. Jerzy Popiełuszko 19 października 1984 roku, któremu ręcznikiem zakneblowano usta, a do nóg przywiązano 11-kilogramowy worek z kamieniami i z związanymi nogami wrzucono do Wisły.

Największą cnotą kapłana jest dozgonna wierność swojemu powołaniu. Z nią wiąże się posłuszeństwo, bo zawsze „trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5,29). W naszym neopogańskim świecie rozmytych wartości potrzeba nam kapłanów – świadków na wzór wielkiego męczennika Andrzeja Boboli. Takich, którzy karmią nas tym, czym sami żyją. Wymadlajmy też sobie – przez nasze dobre czyny, posty i umartwienia – oraz przyszłym pokoleniom rodaków duszochwatów. Takich, którzy na wzór Boboli podtrzymywać będą w trwaniu Polskę katolicką. Prośmy o takich kapłanów, którzy będą chcieli żyć i nauczać według ewangelicznej zasady: „Tak, tak; nie, nie” (Mt 5,37), bez światłocienia, bez kompromisów ze złem i marginesów tolerancji, bez ulegania duchowi tego świata i rozmywania Ewangelii.

Ozdoba Polski

Tak właśnie nazwał św. Andrzeja Bobolę Sługa Boży Papież Pius XII w pierwszej i jedynej w historii Kościoła encyklice „Invicti athletae Christi”, poświęconej wyłącznie jednemu tylko świętemu. Tak, jest ozdobą Polski, bo tylko jego ciało spośród naszych świętych nie uległo rozkładowi aż dotąd, choć od chwalebnego męczeństwa w Janowie Poleskim 16 maja 1657 roku minęło już 367 lat. Jest też jedynym spośród grona naszych polskich świętych, który w obecnych czasach objawia się i melduje nam, by nie powiedzieć, że wprost przynagla, a nawet naprasza się ze swoją pomocą dla wspólnej naszej ziemskiej Ojczyzny, jeśli sobie tylko tego życzymy. Nie ma jak dotąd drugiego takiego przykładu w świecie katolickim i w historii Kościoła, by święty stawiał się do dyspozycji i pomocy swojemu narodowi, z którego się wywodzi i któremu chce szczególnie służyć i patronować.

Niezwyciężony Mocarz Chrystusowy – jak proroczo nazwał świętego Pius XII, chce nas wspierać na tym właśnie szczególnym, tajemniczym etapie naszych dziejów. Objawienia w Strachocinie dobitnie ukazują, że wchodzimy w czas, który zdecyduje, „czyja będzie Polska”. Nakazem chwili jest więc zapraszanie św. Andrzeja do spraw ojczystych i rodzinnych. Zwyciężymy z Niezwyciężonym. On wie, jak uratować Ojczyznę i Naród z zagrożeń, które są przed nami. W proroczej wizji św. Siostra Faustyna widziała, jak św. Andrzej modli się za Polskę (por. Dz. 689). Módlmy się za Ojczyznę razem ze świętym męczennikiem. Przez jego wstawiennictwo przywołujmy miłosierdzia Bożego nad nami.

Wierny powołaniu

Drogę pójścia za sobą wytyczył nam sam Pan i Zbawiciel w słowach: „Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech mnie naśladuje” (Łk 9,23). To zaparcie, o którym mówi Chrystus, musiało młodego Bobolę, tak w nowicjacie, jak i w życiu zakonnym, wiele kosztować, skoro w opiniach przełożonych zapisano o nim, że był popędliwy, uparty, niecierpliwy i skłonny do zarozumiałości, co zapewne wiązało się z jego szlacheckim pochodzeniem. Jednak dzięki wieloletniej pracy nad swoim porywczym charakterem i (aż!) 11-letniej formacji seminaryjno-zakonnej (od 31 lipca 1611 roku do 12 marca 1622 roku) został dopuszczony do święceń kapłańskich. A miały one miejsce w szczególnie symbolicznych okolicznościach, gdyż jednocześnie tego samego dnia w Rzymie Papież Grzegorz XV (zm. 1623) kanonizował założyciela jezuitów św. Ignacego Loyolę (zm. 1556).

Po 35 latach wiernej i owocnej posługi kapłańskiej Pan obdarzył swego oddanego sługę Andrzeja Bobolę łaską męczeństwa, jakiego nie zna nowożytna historia Kościoła. Po okrutnych wielogodzinnych sadystycznych męczarniach swoją wierność Bogu i Kościołowi potwierdził wobec oprawców słowami: „Jestem katolickim kapłanem. W tej wierze się urodziłem i w niej też chcę umrzeć”. Można powiedzieć, że Andrzej Bobola urzeczywistnił w swoim życiu to, co św. Paweł powiedział sam o sobie: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20).

Patron kapłanów

Żarliwość i gorliwość apostolska Andrzeja Boboli, jego solidne studia filozoficzno-teologiczne i duchowa głębia w służbie i przepowiadaniu Słowa Bożego szybko zwróciły na niego uwagę zwierzchności zakonnej. Stąd też i prośba przeora warszawskiego konwentu jezuitów na Starówce, który tak pisał do swoich wyższych przełożonych zakonnych: „Koniecznie potrzebny jest nam tu [w Warszawie] kaznodzieja, który nadawałby się równocześnie do utrzymywania kontaktów z magnatami. Proszę przysłać nam ks. Andrzeja Bobolę”.

Święty Andrzej przybył do stolicy w 1636 roku. Pozostał jednak w Warszawie zaledwie przez jeden rok. Pociągała go bowiem bardziej ewangelizacja tych, którzy mieszkali daleko od miast, wśród pól i lasów, i mało znali naukę katolicką. Nasz dzielny duszochwat czuł się bardziej potrzebny ludziom biednym, prostym, zagubionym, bezradnym, doświadczonym trudnymi warunkami życia, z daleka od dobrobytu i rozrywek. Bobola widział, bo chciał widzieć, ludzką biedę. I kochał ludzi zdanych tylko na opatrzność Bożą i na siebie samych. Święty Andrzej wprost nas zdumiewa i zawstydza swoim zapałem i poświęceniem się w służbie ewangelizacji właśnie na peryferiach ówczesnej wielkiej, wielonarodowościowej Rzeczypospolitej. Przez swe talenty zwracał uwagę elit i mógł wśród nich brylować. Wybrał posługę wśród najbiedniejszych, jak później brat Albert Chmielowski (zm. 1916).

Od wieków w katolickiej teologii znane jest określenie, że kapłan to „alter Christus” – drugi Chrystus. To znaczy ten, który w zastępstwie Chrystusa i w posłudze sakramentalnej prowadzi nas do źródeł Bożej łaski w sakramentach świętych. W naszych modlitwach za kapłanów polecajmy ich szczególniej wstawiennictwu św. Andrzeja. „Panie, daj nam świętych kapłanów” – wołała św. Siostra Faustyna (Dz. 1052). A my dodajmy: „Jak św. Andrzej Bobola”. Niech to wołanie, wręcz krzyk do nieba, wydobywa się z naszych serc i dusz każdego dnia. Prosimy.

Sługa Maryi

Od lat dziecięcych i młodzieńczych Andrzej Bobola był wielkim czcicielem Maryi. Z domu rodzinnego w Strachocinie wyniósł głęboką miłość i nabożeństwo do Matki Najświętszej, już wtedy przecież nazywanej Królową Polski. Jezuita Giulio Mancinelli, przyjaciel św. Stanisława Kostki (zm. 1568) – przypomnijmy – już w 1608 roku przybył z Neapolu do Krakowa z wiadomością, że tak kazała mu się nazywać Matka Najświętsza: Królową Polski właśnie. Bobola od 17. roku życia, kiedy złożył ślubowanie sodalicyjne, pozostał skrupulatnie wierny sodalicyjnym ideałom, w tym, by być sługą, dzieckiem Maryi, sławić Ją i bronić Jej czci. Później przez całe swe kapłańskie życie nieustannie szerzył cześć Bożej Rodzicielki. Stąd też i zwierzchność zakonna, widząc serdeczne nabożeństwo Boboli, jakie od lat kleryckich miał do Maryi, delegowała go do prowadzenia i opieki nad wiernymi skupionymi w Sodalicjach Mariańskich. Pracę formacyjną wśród sodalisów przez całe lata prowadził kolejno w Nieświeżu, Wilnie, Płocku i Pińsku. Najdłużej – choć z przerwami – bo aż przez 12 lat, prowadził sodalisów w Wilnie. Z kolei w Nieświeżu dwa lata, w Płocku trzy i w Pińsku cztery.

Pamiętajmy, że za życia św. Andrzeja kwitła w Rzeczypospolitej cześć Maryi. Związana była z wielkimi zwycięstwami oręża polskiego, jak np.: pod Chocimiem w 1621 roku, Beresteczkiem w 1651 roku czy z obroną Jasnej Góry w 1655 roku podczas potopu szwedzkiego. Były to czasy, gdy Grzegorz XV nazwał Rzeczpospolitą „przedmurzem chrześcijaństwa”. A rodacy nasi zwali siebie własnością, sługami Maryi (mancipium Mariae). Idźmy dalej maryjną drogą św. Andrzeja Boboli.

Apostoł miłosierdzia

Towarzyszenie ludzkiej biedzie było jednym z wielkich charyzmatów świętego męczennika. Andrzej Bobola unikał salonów, po roku pracy opuścił Warszawę. Zawsze lgnął do ludzi biednych, zmarginalizowanych, lekceważonych. Ostatnie 10 lat swego ofiarnego życia oddał najbiedniejszym z biednych, na Pińszczyźnie, na Kresach Rzeczypospolitej. Szedł z pomocą żyjącym często w skrajnej biedzie. Do tych, którym brakowało nie tylko warunków do godnego życia, ale jakże często i codziennego chleba. Na ile mógł, wspomagał ludzką biedę. Rozwijał w ludziach duchowe aspiracje dość rzadko znane, upragnione i podejmowane przez pewnych siebie, sytych i bogatych. Do wielu siedlisk ludzkich docierał czasami furmanką, a najczęściej pieszo, przemierzając kilometry lasów i wydm poleskich.

W liście polskiego Episkopatu z 30 kwietnia 2002 roku, poświęconym ogłoszeniu św. Andrzeja patronem Polski, nasi pasterze napisali: „Nowy patron okazywał w swym kapłańskim życiu wielką wrażliwość na ludzką biedę. Podczas jednej z epidemii ratował tych, od których inni z lękiem uciekali; w apostolskiej pracy kierował się do najuboższych, stając się ich sługą. Dlatego jako patron oczekuje od nas, abyśmy uczcili Go nie tylko uroczystościami, ale konkretnymi czynami wyrażającymi naszą troskę o ludzi biednych”.

O taką gorliwość w służbie i świadectwie katolickiego życia módlmy się dla nas samych, jak i dla naszych pasterzy, abyśmy jak Bobola wychodzili i szukali zagubionych owiec, a nie czekali na ich przyjście. Byśmy odnajdywali zagubionych na bezdrożach współczesności i rozbudzali w nich głód Boga, bez którego – jak powiedział Jan Paweł II Wielki 10 czerwca 1979 roku na krakowskich Błoniach – „życie ludzkie nie ma korzenia ani sensu”. Największą z bied jest życie bez Boga, jak uczył święty Papież Polak.

Ks. Jerzy Banak, „Nasz Dziennik”