ROZMOWA
Pozwólcie pracować
Środa, 8 maja 2024 (08:50)ROZMOWA ze Szczepanem Wójcikiem, prezesem Instytutu Gospodarki Rolnej, przedsiębiorcą rolnym
Już w piątek kolejna wielka manifestacja przeciwko polityce klimatycznej Unii Europejskiej. Rolnicy i pracowniczy NSZZ „Solidarność” wychodzą razem na ulice Warszawy.
– Razem z nami będą tysiące przeciwników ekologicznego szaleństwa, które konsekwentnie wprowadza Unia Europejska. Piątkowy protest jest kolejną odsłoną tego, co trwa już od miesięcy – my nie rezygnujemy z walki o szczęśliwą przyszłość naszego kraju oraz całej Europy. Nasz protest nigdy się nie zakończył. Pomimo tego, co twierdzą Komisja Europejska oraz środowiska związane z rządem Donalda Tuska, nasze postulaty nigdy nie zostały zrealizowane. Przypomnę, że walczymy o odrzucenie polityki klimatycznej UE w proponowanym kształcie – nie zgodzimy się na likwidacje rolnictwa pod jakimkolwiek pozorem, nie zgodzimy się na to, aby w Polsce likwidowany był przemysł, a na obywateli tego kraju były nakładane nieracjonalne obciążenia. Chcemy też, aby osoby odpowiedzialne za losy Europy w końcu uszczelniły granice zewnętrzne i nie pozwoliły na to, aby wewnętrzne rynki Unii były zalewane żywnością z krajów spoza UE. Trzeci postulat to pełna ochrona hodowli zwierząt w Polsce. Cieszy nas to, że nie idziemy sami, że nowe organizacje przyłączają się do nas. Budujące jest to, że zaczynają mieć już miejsce zmiany w świadomości społeczeństwa. Coraz więcej osób podkreśla, że skoro zmiany, które wprowadza UE dotyczą ich bezpośrednio, to popierają nasz protest, a są też tacy – nie jest ich mało – którzy twierdzą, że będą razem z nami protestować do skutku.
Toczy się spór między stroną społeczną a politykami, urzędnikami o wizję funkcjonowania Unii Europejskiej, a w szczególności gospodarki i energetyki. Jak czynne włączenie się NSZZ „Solidarność” w protest zmienia układ sił?
– Jest to z pewnością wyraźny sygnał, że polityka klimatyczna nie dotyczy tylko rolników, ale dotknie każdego z nas, każdego obywatela tego kraju. Pracowniczy NSZZ „Solidarność” jest największym związkiem zawodowym w kraju, który zrzesza przedstawicieli wielu branż. A skoro nawet oni się włączają w protest, to pokazuje, że problem dotyczy całej gospodarki. Usłużne rządzącym media próbowały relacjonować nasz protest tak, jakoby dotyczył on tylko jednego sektora – rolnictwa. Nie. My od samego początku podkreślaliśmy, iż polityka klimatyczna zmiecie z planszy wszystkich. Teraz Komisja Europejska i rząd mają duży problem. Jedną grupę – nawet tak liczną jak rolnicy – można było ignorować. Teraz jest to niemożliwe. To całkowicie zmienia układ sił. Już nie mogą nas ignorować. Teraz to oni muszą się z nami liczyć.
Ostatnie dni obfitowały w informacje na temat hodowli zwierząt na futra. Opublikowany został kolejny materiał śledczy, a w tle już słychać nawoływanie do wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt na futra. Czy to kolejny atak na ten sektor?
– Sektor chowu i hodowli zwierząt futerkowych jest od lat najbardziej atakowanym elementem polskiego rolnictwa. Kilka lat temu mógłbym powiedzieć, że nie ma innego sektora, wobec którego nieustannie prowadzona jest nieuczciwa kampania, której celem jest ukazanie go jako czegoś złego i wątpliwego moralnie. Aktualnie mogę stwierdzić, że jest to branża, która w gronie całej listy atakowanych branż polskiego rolnictwa wiedzie prym, ale muszę zaznaczyć, że jest ich coraz więcej.
Mamy więc wysyp zmanipulowanych zdjęć i filmów w sieci, które nie zawsze pochodzą z Polski i bardzo często nie mają nic wspólnego z praktykami realizowanymi na polskich fermach. Mamy też tysiące wypowiedzi pseudoekspertów, którzy z rolnictwem i wsią, weterynarią czy zootechniką nie mają nic wspólnego.
Poparłby Pan więc pomysł zaostrzenia kar za znęcanie się nad zwierzętami?
– Według mnie sprawa jest prosta – każde niewłaściwe traktowanie zwierząt powinno być dotkliwie karane. Dobrostan zwierząt jest wartością niekwestionowaną, na której każdemu rolnikowi i hodowcy bezwzględnie zależy. Powinniśmy prowadzić rozmowy na temat zwiększenia dotkliwości kar za przestępstwa wobec zwierząt. Od lat jako hodowcy i rolnicy podnosimy, że państwowe służby, których celem jest nadzór nad chowem zwierząt, powinny zostać dofinansowane, aby jeszcze skuteczniej móc pełnić swoją rolę. Niestety, dyskusja w tym obszarze nie jest prowadzona. Społeczeństwu jednak próbuje się narzucić zgoła odmienną narrację. Próbuję się przedstawić przypadki łamania prawa jako powód do delegalizacji całego sektora. To absurd. To tak, jakby w związku z tym, że ktoś złamał prawo, znacząco przekraczając dozwoloną prędkość, zakazać wszystkim przemieszczać się autami. Niestety, taka narracja jest serwowana społeczeństwu.
Skąd zatem ataki właśnie na tę branżę?
– Prawda jest taka, że jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Pewne grupy interesu sprawnie wprowadzają w błąd, manipulują przekazem i starają się dowodzić, że działanie tego konkretnego sektora powinno zostać zdelegalizowane.
Grupy interesu? Kto mógłby zyskać, jeżeli sektor zostanie zamknięty?
– Może nie wszyscy pamiętają, ale jakiś czas temu nagrano rozmowę ówczesnej szefowej jednej z organizacji antyhodowlanych, która chwaliła się tym, jak doskonale wygląda ich współpraca z firmami utylizacyjnymi. Model jest prosty – podczas pozyskiwania i przetwórstwa mięsa część produktów – ta nieprzydatna do spożycia przez ludzi lub ta nie do końca pożądana przez konsumentów – zostaje i stanowi uboczny produkt pochodzenia zwierzęcego (UPPZ). Elementy te muszą zostać zutylizowane przez ubojnie, które stają przed wyborem – albo sprzedają UPPZ zakładom produkującym karmę dla norek, albo muszą zapłacić za utylizację tego surowca.
Produkcja karmy, a nie utylizacja pozytywnie wpłynie na konkurencyjność polskich przetwórców i rolników?
– W pełni się z tym zgadzam. Łatwo też powiedzieć, że przecież futer nie potrzebujemy, że możemy chodzić w plastikowych kurtkach. Wspaniały przykład ekologicznego podejścia do tematu, ale abstrahując już od tego, to do czego doprowadzi nas taka narracja? Dziś ktoś uważa, że możemy żyć bez futer, a jutro usłyszymy, że bez mięsa i mleka też powinniśmy. Są przecież „etyczne” zamienniki mięsa i mleka – roślinne lub te związane z ogromnym finansowaniem – produkowane w laboratoriach. Ataki na hodowlę zwierząt futerkowych, producentów drobiu oraz bydła i trzody niestety będą się nasilać. I wkrótce obejmą też inne sektory.
Ale to przecież konieczność zwiększania konkurencyjności rolnictwa jest jednym z postulatów protestujących rolników.
– Dokładnie. O ile staram się zrozumieć, co kieruje młodymi, niedoświadczonymi ludźmi, którzy wiedzę o rolnictwie czerpią wyłącznie z krótkich filmików w sieci, o tyle naprawdę trudno jest mi wyjaśnić, co kieruje politykami, którzy w swoich wypowiedziach podnoszą temat zakazu. Od polityków, przynajmniej tych, którzy mieli dotychczas coś wspólnego z rozsądkiem, wypadałoby wymagać odpowiedzialności. Niestety, mówią o tych zakazach bez obawy o zbyt ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego, o zbyt zboża, bez strachu o ludzi, którzy stracą pracę, i bez chwili zastanowienia nad przyszłością kolejnych branż. Sektor hodowli zwierząt na futra to dopiero początek.
Pewne zapisy w projekcie ustawy zakazującej hodowlę rzeczywiście mogą niepokoić.
– Autorzy projektu ustawy piszą jasno, że: „Wejście w życie proponowanej ustawy przyniesie pozytywne skutki prawne poprzez wprowadzenie do polskiego porządku prawnego regulacji zapewniającej sprawiedliwą transformację w ramach wygaszanej branży poprzez stworzenie stabilnych oraz jasnych zasad przyznawania odszkodowań i odpraw, przy jednoczesnym wystarczająco długim okresie przejściowym. Ustawa ta będzie mogła stanowić wzór dla przyszłych ustaw regulujących transformację innych sektorów gospodarki”. Twórcy projektu nie ukrywają już, że prawdziwą intencją podejmowanych przez nich działań będzie zamykanie kolejnych sektorów produkcji rolnej.
Ustawa zakłada odszkodowania dla hodowców. To zaspokoi ich roszczenia?
– Mityczne odszkodowania. To tylko po raz kolejny dobitnie pokazuje, jak bardzo oderwani od rzeczywistości są autorzy projektu. Ludzie zaciągnęli kredyty, które wciąż spłacają, na kwoty wyższe niż to, co proponuje im rząd. Ale powiem więcej – państwo potrzebuje pieniędzy na zbrojenia, na wsparcie rolników, którzy są na skraju bankructwa. Mamy na co wydawać pieniądze. Nie traćmy ich na fanaberie ludzi, którzy nie zarobili w swoim życiu uczciwie ani jednej złotówki. Ten sektor się nie zwija i może w dalszym ciągu się rozwijać, ściągać pieniądze do Polski, dawać zatrudnienie. My nie potrzebujemy publicznych pieniędzy. Potrzebujemy spokoju legislacyjnego. Sami spłacimy swoje kredyty. A na koniec politykom chciałbym przypomnieć, że pieniądze i dobrobyt w państwie biorą się z pracy rolników, przedsiębiorców, a nie z danin socjalnych. Pozwólcie ludziom pracować i budować bogactwo tego kraju. Pieniądze pochodzące z tego sektora i tak zasilą budżet jakiegoś państwa. Zakazując hodowli w Polsce, pomagacie Rosji i Chinom, które tylko czekają, żeby przejąć nasz interes.