Konkretów brak
Wtorek, 7 maja 2024 (21:45)Rozmowa z Beatą Kempą, posłem Suwerennej Polski do Parlamentu Europejskiego
Po blisko siedmiu latach od nałożenia Komisja Europejska ma zamknąć procedurę naruszeniową przeciwko Polsce. Co takiego się zmieniło, co takiego się stało, że Unia Europejska zmienia swoje podejście do Polski?
– Przez ostatnie cztery miesiące z okładem mieliśmy do czynienia przede wszystkim z popisem brutalnego łamania Konstytucji RP, brutalnego łamania praw, m.in. prawa do obrony, tak jak to widzimy w przypadku ks. Michała Olszewskiego, który został pozbawiony prawa do obrońców i uczciwego procesu. Byliśmy wszyscy świadkami wyłączenia sygnału i bezprawnego, siłowego przejęcia telewizji publicznej. Mieliśmy, mamy rządy „koalicji 13 grudnia” – dosłownie i w przenośni, mieliśmy też wygaszenie mandatów demokratycznie wybranym posłom Mariuszowi Kamińskiemu i Michałowi Wąsikowi oraz odwołanie bez wymaganej ustawowo zgody Prezydenta RP, Prokuratora Krajowego. Podsumowując, można powiedzieć, że mieliśmy festiwal łamania prawa i praworządności. Co więcej, zrobił to człowiek, który jest posłuszny liberałom i chadekom w Unii Europejskiej.
Jaki jest cel wizyty w Polsce Ursuli von der Leyen?
– Ursula von der Leyen przyjechała, aby tym rozpaczliwym gestem ratować notowania Koalicji Obywatelskiej. Ponadto szefowa Komisji Europejskiej zdaje sobie sprawę, że Europejskiej Partii Ludowej, do której należy formacja rządzona przez Tuska, notowania spadają i dotyczy to całej Europy.
Można powiedzieć, że rzuca koło ratunkowe ekipie Tuska przed wyborami do Parlamentu Europejskiego?
– Owszem, ale chce podać rękę nie tylko Koalicji Obywatelskiej, ale w ogóle słabnącym w sondażach chadekom, liberałom i socjalistom europejskim. Ośrodki decyzyjne, na czele których stoi von der Leyen, obawiają się, że rosnąca w siłę część konserwatywna Europy – w tym również w Polsce – może spowodować, że nawet kilkanaście głosów więcej w Parlamencie Europejskim, może zdecydować o wyrzuceniu do kosza Europejskiego Zielonego Ładu, czyli tego, o czym marzą wspomniane ośrodki.
Może się skończyć marzenie o centralistycznej Europie z 15-osobową egzekutywą, która z Brukseli ma zarządzać całą Europą. Dlatego widząc, że sprawa może się im wymknąć z rąk – zwłaszcza tu, w Polsce, gdzie Tusk przegrywa kolejne wybory mimo olbrzymiego wsparcia ze strony instytucjonalnej Unii Europejskiej, Ursula von der Leyen osobiście przyjechała, aby zaangażować się w kampanii wyborczej po stronie „koalicji 13 grudnia”, ale to może nie wystarczyć. Ponadto jej samej grunt pali się pod nogami, więc próbuje ratować własną skórę, ma bowiem świadomość, że jej marzenie, aby w nowej kadencji nadal stać na czele Komisji Europejskiej, może spalić na panewce. Stąd potrzebuje ludzi posłusznych, takich jak Donald Tusk.
Podczas odbywającego się w Katowicach Europejskiego Kongresu Gospodarczego swoje wystąpienia Donald Tusk i Ursula von der Leyen poświęcili powołaniu europejskiego komisarza do spraw obrony oraz o stworzeniu antyrakietowej kopuły nad Europą. Komu mogłaby przypaść w udziale funkcja europejskiego komisarza do spraw obrony, skoro taka decyzja jest ogłaszana w Polsce?
– Pewnie mają już jakiś plan i myślą może o Sikorskim, a być może o samym Tusku, ale to wie projektantka tego pomysłu Ursula von der Leyen. Natomiast wydaje mi się, że sprawa jest o wiele głębsza i bardziej niebezpieczna – mianowicie przygotowują grunt pod stworzenie wspólnej europejskiej (niemieckiej) armii. Nie wyobrażam sobie, żeby polska armia, która jest w zdecydowanie lepszej kondycji i wydaje więcej na zbrojenia, bo już cztery procent PKB, żeby polska armia była pod dowództwem jakichś unijnych – niemieckich generałów. To jest nie do przyjęcia w Polsce. Myślę, że właśnie na to zagrożenie powinniśmy zwracać uwagę, co polecam szczególnie polskim matkom, których synowie pełnią zaszczytną służbę w Wojsku Polskim.
Tymczasem Niemka przyjeżdża do Polski i de facto coś takiego ogłasza. Benefity z budowy wspólnej europejskiej armii czerpać będą Niemcy, a gdyby nie daj Panie Boże coś się wydarzyło, jakieś zagrożenie pojawiło się w czasie weekendu, to oni w Unii Europejskiej nie będą w stanie się zebrać i zadecydować czy zareagować. Przecież widzieliśmy, jak długo w Unii nakładano sankcje na Rosję i Rosjan winnych temu, co się dzieje na Ukrainie. Dlatego pomysł wspólnej europejskiej armii uważam za skrajnie niebezpieczny. Próba głaskania wyznawców Platformy, że to Polak może być europejskim komisarzem do spraw obrony jest po to, żeby spolegliwie wykonywał polecenia z Berlina i Brukseli. Uważam, że ktoś będzie próbował ugrać interes biznesowy na wspólnej europejskiej armii.
Czy to może poprawić nasze bezpieczeństwo?
– Absolutnie nie. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to Polska jest krajem przyfrontowym, to my jesteśmy wschodnią flanką Unii Europejskiej, to my graniczymy z Rosją i nie wyobrażam sobie, żeby jakaś wspólna europejska armia – zwłaszcza pod dowództwem niemieckim – była w stanie nas obronić w sytuacji zagrożenia ze strony Rosji. To jest w ogóle historycznie niewykonalne, bo jako Polacy mamy bardzo złe, tragiczne doświadczenia w tym zakresie, bo to Niemcy okupowali Polskę i wymordowali miliony Polaków, w znaczącej części znakomitą część naszego społeczeństwa. Stąd uważam, że właśnie w kampanii wyborczej musimy na to zwracać uwagę.
Niech więc Ursula von der Leyen robi sobie politykę u siebie, natomiast w sprawach bezpieczeństwa musimy stanowić sami o sobie. Mamy Sojusz Północnoatlantycki, mamy sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, a nie jest tajemnicą, że Niemcy chcą wyprzeć Amerykanów z tej części Europy, natomiast w sytuacji zagrożenia sami są w stanie – jak to było po napaści rosyjskiej na Ukrainę – wysłać walczącym z najeźdźcą Ukraińcom pięć tysięcy hełmów. I to jest wszystko, do czego Berlin jest zdolny. W tej grze chodzi raz – o wypchnięcie Amerykanów z Europy, a dwa – o biznes i zyski, jeśli chodzi o nakłady na zbrojenia.
Wcześniej jako pretendentów do stanowiska europejskiego komisarza do spraw obrony wymieniła Pani nazwiska Tuska i Sikorskiego. Ten drugi gościł ostatnio w Stanach Zjednoczonych, ale nie odbył spotkania z żadną znaczącą osobą z administracji amerykańskiej, a zwłaszcza z sekretarzem stanu Antonym Blinkenem…
– Moja ocena może być nieobiektywna, bo jak pan redaktor wie, mój stosunek do Radosława Sikorskiego jest bardzo negatywny z uwagi na jego zachowanie wobec mnie i w ogóle wobec kobiet. I już to jedno go dyskwalifikuje. Natomiast to, że w czasie pobytu w Waszyngtonie nikt znaczący z administracji prezydenta Bidena się z nim nie spotkał, jest oczywiste. Błędy dyplomatyczne, jakie ten człowiek popełnił – nie tylko jako obecnie sprawujący funkcję szefa dyplomacji, ale wcześniej, zwyczajnie go dyskwalifikują. Dyplomacja każdego państwa obserwuje zachowania polityków i ma prawo wyciągać wnioski oraz decydować, czy z danym politykiem się spotyka, czy nie, zwłaszcza kiedy artykułuje swoje poglądy – nawet prywatnie podczas rozmów nagranych w restauracji Sowa i Przyjaciele. Pamiętamy, jak się wyrażał o Stanach Zjednoczonych.
Jeśli do tego dodamy, jak się zachował, kiedy w swoim wpisie na portalu społecznościowym wyrokował, kto stał za wysadzeniem gazociągów Nord Streamu. To pokazuje, że jest to człowiek niepoważny, więc nic dziwnego, że przez administrację amerykańską został tak potraktowany. To jest tylko jego wina, to jest też kwestia umiejętności dyplomatycznych, które się w jego przypadku po prostu zużyły. Brakuje mu świeżości, nie ma otwartego umysłu. Wszystko wskazuje, że jakieś swoje wewnętrzne frustracje przekłada na wpisy na Twitterze, co sprawia, że jest politykiem mało poważnym.
A może Unia Europejska właśnie takiego człowieka potrzebuje?
– Dokładnie tak. Tam liczą się wierni, posłuszni woli Berlina i Brukseli. Ponadto jego skonfliktowanie ze Stanami Zjednoczonymi w oczach unijnych eurokratów może być wręcz zaletą. Taki polityk z pewnością będzie im pasował na brukselskich salonach.
W czym jeszcze Tusk mógł sprzyjać Brukseli w zamian za poparcie?
– Myślę o akceptacji dla Zielonego Ładu i centralizacji Unii Europejskiej. Tusk się nie sprzeciwi tym projektom. To jest cena, czyli suwerenność Polski, i to nie tylko w wymiarze niepodległościowym, ale również w wymiarze energetycznym, co jest równie ważne. Dlatego obawiam się myślenia Donalda Tuska i jego sposobu postrzegania Polski. Obawiam się także jego podejścia do obowiązków kierowania rządem, bo znany jest z nieprzepracowywania się. Takie jego podejście nie dziwi mnie, bo my go znamy. Możemy się więc spodziewać postawy wiernopoddańczej objawiającej się zgodą na unijne projekty, które PR-owo będzie próbował przykryć rzekomym sukcesem np. w postaci awansu jakiegoś polityka z jego grona na unijne stanowisko. Tylko że będzie to ochłap, z którego jako Polska i tak nic nie będziemy mieli, żadnych mocy decyzyjnych, bo te będą podejmowane w Berlinie i Brukseli i będą w gestii wspomnianej wcześniej unijnej egzekutywy. Moim zdaniem właśnie o to chodzi, żeby dopiąć projekt centralizacji Unii Europejskiej.
Czy Tusk z takim podejściem do polskich spraw ma szanse, żeby w fotelu premiera przetrwać całą kadencję?
– To jest rząd, który trzyma się na spinaczu pod tytułem PR i stołki. To jest „koalicja 13 grudnia” – i słusznie jest tak określana, jest to koalicja stołków. Zobaczymy, na ile te stołki okażą się spoiwem, kiedy przyjdzie weryfikacja wyborców. Taka weryfikacja już miała miejsce, kiedy przegrali wybory samorządowe, bo szli osobno, a to, jak się potem układają, składają razem, to jest inna sprawa. Natomiast w sposób jednoznaczny przegrywają ze Zjednoczoną Prawicą. I jeśli będą przegrywać kolejne wybory – mam nadzieję, że europejskie 9 czerwca – to będzie oznaczało, że wyborcy zaczynają ich rozliczać.
Ludzie chcą konkretów, a tych nie ma. Nie ma obiecanego podwyższenia do 60 tys. zł kwoty wolnej od podatku, nie ma też realizacji większości ze stu obietnic rzuconych pod publikę w kampanii przed wyborami parlamentarnymi. Jest zwijanie tego, co się Polakom podoba, i to niezależnie od poglądów, czyli Centralnego Portu Komunikacyjnego czy energetyki jądrowej, których Tusk nie chce kontynuować. Myślę więc, że ludzie to zweryfikują i „koalicja 13 grudnia” nie przetrwa do końca kadencji.
Co trzyma razem formacje tworzące z Tuskiem koalicję?
– Wspólne grzechy. To znaczy jeden drugiego szantażuje – tak sobie myślę. Skoro Szymon Hołownia jako marszałek Sejmu podpisał wygaszenie mandatów demokratycznie wybranym posłom Mariuszowi Kamińskiemu i Maciejowi Wąsikowi, a nie powinien tego robić, to w tym momencie Tusk ma już na niego haka i może powiedzieć – popatrz, też przekroczyłeś prawo. Podobnie prawo przekroczył Adam Bodnar, odwołując prokuratora krajowego bez zgody prezydenta, co jest w tym momencie deliktem ustawowym, a więc poważnym przekroczeniem prawa, co podchodzi pod Trybunał Stanu. I ta groźba wspólnej odpowiedzialności na tym spinaczu tę koalicję, tych ludzi jeszcze trzyma. Myślę jednak, że prędzej czy później to się rozpadnie. Szczególnie, że ten rząd nie ma żadnych sukcesów, poza działaniami na rympał nie widać żadnych efektów. I nie chodzi tu tylko, że ten rząd, jak każda władza Tuska, jest leniwy, szczególnie na poziomie decydentów, ale ta władza nie wypracowuje żadnych kierunków reform. Nie mają wspólnej wizji państwa, motają się, urzędnicy nie wiedzą, co mają robić, stąd cała ewentualna treść pracy Rady Ministrów nie jest wypełniona żadną treścią. Tam nie ma człowieka, który miałby wizję reform państwa, wyznaczał kierunki, który zadaniowałby swoich ministrów. I nic dziwnego, bo Tusk mężem stanu z pewnością nie jest. Może w knuciu jest dobry, ale jeśli chodzi o prowadzenie spraw państwa, to jest po prostu kiepski.