Zatrzymajmy zieloną ideologię
Wtorek, 7 maja 2024 (11:20)ROZMOWA / z Piotrem Dudą, przewodniczącym Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”
NSZZ „Solidarność” stała się najbardziej aktywnym krytykiem polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Dlaczego?
– Znaleźliśmy się już w takim punkcie historii, że nie możemy milczeć. Jeśli polityka klimatyczna zostanie chociaż częściowo zrealizowana, cofnie naszą gospodarkę
o dobre kilka dekad – w najlepszym przypadku do początków lat 90. XX wieku. Proces naszego wejścia do Unii Europejskiej rozpoczął się 8 kwietnia 1994 roku
w Atenach, kiedy to złożyliśmy wniosek o członkostwo. Nasze starania trwały 10 lat, przeszliśmy wielką transformację i od 20 lat jesteśmy członkami UE. Ciężko zapracowaliśmy na swoją pozycję. W tym czasie, dzięki naszej pracy i możliwościom, jakie daje wspólny rynek, nasza gospodarka wystrzeliła. Poziom wynagrodzeń znacznie wzrósł, poprawiliśmy warunki pracy. Jesteśmy wiodącą gospodarką Europy, gdyż jesteśmy narodem innowacyjnym i bardzo pracowitym. To obudziło rządzące Unią Europejską elity liberalnych komunistów. Na to,
co dzieje się w Polsce, patrzą z niepokojem. Z ich punktu widzenia problemem jest to, że nie jesteśmy już dostarczycielem taniej siły roboczej dla gospodarek niemieckiej, francuskiej czy niderlandzkiej. Polacy potrafią wykorzystywać swoje atuty. Rozwijamy się, oni popadają
w stagnację. Potrzebują czegoś, co zapewni im dominację na następne dekady. Polityka klimatyczna pasuje do tego idealnie. My widzimy to, co się dzieje, i nie możemy milczeć.
I dlatego też nazywa Pan politykę klimatyczną „nową religią”?
– Już w 2007 roku zwracaliśmy uwagę na to, że wymierzono w polską gospodarkę duże działo – i jest to właśnie polityka klimatyczna. Podnosiliśmy alarm, ale politycy nie chcieli nas słuchać. Udowadnialiśmy, że każdej polskiej rodzinie zagraża duże niebezpieczeństwo.
Nie było odzewu. Politycy nas ignorowali, obywatele również. Polacy zachłysnęli się wzrostem płac, wskaźnikami ekonomicznymi. Co jest zrozumiałe, bo żyło się społeczeństwu coraz lepiej. Pamiętam te rozmowy,
gdy tłumaczyliśmy ludziom, czym jest system EU ETS i jak nas zrujnuje. Odpowiadano, że skoro dotyka elektrowni
czy ciepłowni, to nie ich, nie ich rodzin. Takie myślenie było zgubne! Świadomość ludzi została opanowana przez elity UE. Stworzono im „nową religię”, w którą wierzyli i którą wyznawali. Ludzie byli święcie przekonani, że w polityce klimatycznej chodzi o planetę, że zmiany są dla ich dobra
i zostaną przeprowadzone bezboleśnie. I kiedy polskie rodziny upajały się myślą, że Unia Europejska zadba o nas i zapewni nam nieograniczony rozwój, Frans Timmermans produkował kolejne dokumenty prawa klimatycznego. Rzucono pakiet „Fit for 55”. Potem przyjmowano do niego kolejne rozwiązania. Polityka klimatyczna stała się religią, gdyż zasady tejże traktowane są przez tych ludzi jak dogmat, z którym nie można polemizować. To prawda objawiona, podana nam przez urzędników brukselskich,
a każdy, kto jej zaprzecza, jest reakcjonistą, oszołomem itd.
Co było takim wydarzeniem, że stwierdził Pan, iż „Solidarność” nie może już dłużej
na to pozwolić?
– Prace nad polityką klimatyczną i toczące się dyskusje śledzimy uważnie od samego początku. Jesteśmy obecni na każdej Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (COP) i wyróżniamy się aktywnością. Nie jesteśmy przeciwni temu, aby gospodarka uwzględniała rozwiązania proekologiczne. Uważamy, że byłoby czymś naprawdę dobrym, gdybyśmy oddychali czystym powietrzem, a w naszych miastach byłyby parki i ścieżki spacerowe, gdzie moglibyśmy wypocząć po pracy. To jest bardzo dobre! Pan prof. Jan Szyszko tłumaczył jednak,
że zeroemisyjność oznacza emitowanie gazów cieplarnianych, ale też ich pochłanianie. Wystarczy, żebyśmy więcej pochłaniali, niż emitowali. To jest racjonalne. Ale pana profesora już nie ma. Komuniści
z UE nie mówią o pochłanianiu, tylko o rezygnacji z paliw kopalnych. Zaczęło królować myślenie sekciarskie, szkodliwe dla polskiej gospodarki. Do pewnego momentu uważaliśmy jednak, że jest jeszcze pole do rzeczowej dyskusji.
Gdy wybuchła wojna na Ukrainie, zwróciłem się do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen z prośbą o zawieszenie na czas wojny funkcjonowania systemu EU ETS. Tłumaczyłem, że mamy o wiele poważniejsze problemy, chociażby musimy odbudować gospodarki po COVID-19. Wojna też miała swoje znaczenie. Polacy mocno zaangażowali się w pomoc Ukraińcom. To kosztowało nas miliardy złotych. Przewodnicząca odpisała, że na zawieszenie systemu nie ma szans. W jej ocenie pobieranie opłat z tytułu emisji gazów cieplarnianych jest tak samo ważne jak pomoc walczącej Ukrainie i zmaganie się z epidemią COVID-19. Już nie widzimy szans na refleksję przy rzeczowej dyskusji. Nie możemy czekać, gdy oni wprowadzają przepisy, które osłabiają konkurencyjność naszej gospodarki. Odkuliśmy się po ciężkich latach 90. XX wieku i teraz próbują cofnąć nasz rozwój. Na to naszej zgody nie będzie.
Polityka klimatyczna dotyczy wszystkich. Europa Zachodnia również traci na tych przepisach…
– Mam wielkie wątpliwości, czy dotyczy ona wszystkich… Ten system został tak opracowany, aby wzmacniać bogate kraje kosztem tych biedniejszych. Gdyby nie chodziło
o biznes i politykę, to nie robiono by z tego religii. Zwróćmy uwagę na konstrukcję systemu EU ETS. Dzięki węglowi moglibyśmy mieć najtańszą energię w Europie. Zamiast tego jej ceny są sztucznie zawyżane. Stosowanie tych samych przepisów na różnych etapach rozwoju sprawia, że silni się wzmacniają, a słabsi tracą. My płacimy za emisję gazów cieplarnianych ze spalania węgla,
a Francuzi mają mocno rozbudowany atom i są bezemisyjni. Gdy oni spalali masowo węgiel, tego systemu nie było. Im ciągle jest mało. W 2027 roku ma wejść nowy system EU ETS 2, a więc będziemy karani dodatkowymi opłatami za ogrzewanie własnych domów i mieszkań piecami węglowymi, gazowymi czy na olej opałowy.
To jest kuriozum.
To wpłynie na sytuację społeczną
w Europie?
– System EU ETS 2 będzie miał wpływ też na indywidualnego odbiorcę. To, że system EU ETS dotykał bezpośrednio głównie hutników, branżę energetyczną
czy też ciepłownictwo, to my to wiedzieliśmy, a ludzie nie chcieli o tym słuchać. Informowaliśmy o tym związkowców w setkach zakładów w Polsce. Oni też przyjmowali te ostrzeżenia z przymrużeniem oka. Dzisiaj dzieje się to, przed czym przestrzegaliśmy. Dochodzi do zamykania produkcji i zwalniania ludzi z pracy. Gdyby wtedy zareagowali na nasze ostrzeżenie, sytuacja byłaby inna. Dzisiaj przeciwko polityce klimatycznej protestują rolnicy
i my. Wkrótce będą nas miliony.
Kto miał największy wpływ na pisanie polityki klimatycznej Unii Europejskiej?
– Niemcy i Francuzi. To oni odniosą największe korzyści finansowe z tej polityki. Posłużę się przykładem pieca gazowego. Dwa lata temu był on najbardziej pożądanym sposobem ogrzewania domów i mieszkań w UE. Dlaczego? Ponieważ Niemcy prowadziły interesy z Rosjanami, opierając się na gazociągach Nord Stream 1 i 2.
Po wybuchu wojny na Ukrainie okazało się, że gaz już
nie jest strategicznym surowcem, a jego stosowanie stoi
w sprzeczności z zasadami ochrony klimatu. Polska
to nie Portugalia. Zimą musimy ogrzewać nasze domy
i mieszkania, a rachunki za ogrzewanie stanowią znaczną część rodzinnych budżetów. Nie możemy godzić się
na niespodzianki w postaci EU ETS 2. Gdyby intencje zwolenników „zielonej religii” były uczciwe, daliby nam czas na dostosowanie się do nowych zasad i przekazali
na ten cel odpowiednie środki. Zamiast tego brakuje zachęt i wsparcia, a dominują groźby i kary. Nakreślony plan jest szkodliwy, ponieważ w ciągu kilku dekad nie będziemy w stanie poradzić sobie bez węgla. Samo OZE nie wystarczy, jeśli zabraknie pewnych źródeł produkcji energii elektrycznej. NSZZ „Solidarność” nie zgodzi się
na to. Kiedy my mamy olbrzymie problemy, Niemcy
i Francuzi liczą zyski.
Dlaczego to rolnicy wyszli na ulice pierwsi?
– Przekonanie członków związków zawodowych do tak zdecydowanych działań było bardzo trudne, także dla mnie. Od 2007 roku wyrażałem sceptycyzm wobec polityki klimatycznej. W związku pojawiały się również opinie,
że w obecnej sytuacji politycznej w Europie należy
dążyć do porozumienia. Choć ten pogląd był dla mnie nieakceptowalny, cieszył się dużym poparciem. I nagle wszystko się zmieniło. Przyjęte przepisy zaczęły realnie uderzać w ludzi. Już zamyka się zakłady pracy w Polsce,
bo ceny energii są zbyt wysokie. Następuje ewakuacja przemysłu. Pierwszym poszkodowanym przez politykę klimatyczną byli rolnicy. Nie koncerny produkujące żywność, ale realni ludzie, którzy mają rodziny na utrzymaniu i swoje marzenia. Przekroczeniem granicy
było to, gdy urzędnicy zaczęli dyktować rolnikom,
co mają robić, jak mają to robić i co mają jeść. Wtedy NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność” zwrócił się do nas o pomoc. Byłem na to przygotowany, bo – jak już podkreślałem – od lat dostrzegałem pewne problemy
i ukazywałem je również kolegom związkowcom.
Także związkowcom poza Polską?
– Ostrzegałem przed polityką klimatyczną Unii Europejskiej podczas każdego posiedzenia Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych. Jesteśmy tam osamotnieni. Kiedy podejmowana jest kwestia wydania stanowiska w danej sprawie, głosujemy przeciw. Związkowcy z krajów Europy Zachodniej popierają Europejski Zielony Ład. Są za tą polityką, bo wiedzą, że osłabia ona naszą gospodarkę,
a Polska jest dla nich konkurentem.
Po drugiej stronie stoi Donald Tusk
i Komisja Europejska. Bierze Pan pod
uwagę możliwość, że ten spór będzie
trwać miesiącami?
– Bardziej prawdopodobne jest, że będzie on trwać on latami. Zdaję sobie sprawę, że po drugiej stronie stoi przeciwnik wagi ciężkiej. Nie możemy jednak stać
w miejscu i załamywać rąk. Pamiętamy, co działo się
w latach 80. XX wieku. Wtedy również wiedzieliśmy,
że mamy do czynienia z silnym przeciwnikiem. Najważniejsze jednak było to, że byliśmy razem
– wygraliśmy właśnie dzięki solidarności. Dzisiaj również mam świadomość, że walka będzie długa. Przypomnę jeszcze rok 2012. Wówczas toczyła się walka o wiek emerytalny, a po drugiej stronie stał ten sam przeciwnik
– Donald Tusk. Mało kto wierzył w sukces. Kraj był ogarnięty protestami, a Komisja Europejska pozostawała bierna. Zebraliśmy prawie 3 miliony podpisów pod referendum, ale koalicja PO i PSL odrzuciła nasz wniosek. Odchodząc spod Sejmu, powiedziałem, że i tak wygramy. Czekaliśmy trzy lata, byliśmy konsekwentni. Przegraliśmy bitwę, ale wygraliśmy wojnę. Teraz również będzie tak samo. Teraz również miliony Polaków buntują się przeciwko dyktowaniu im przez Brukselę sposobu życia. Uważamy,
że droga będzie długa i bardzo ciężka, ale zakończy się
dla nas pomyślnie.
I dzisiaj również gracie kartą referendum?
– Tak, mamy zaplanowane dwa kroki do przodu. Pierwszy to demonstracja 10 maja. Drugi to właśnie referendum. Rolnicy teraz zajęli się pracami polowymi, aby nigdy
nie zabrakło chleba z polskiej mąki. Intensywność ich protestów spadła. Dlatego zaproponowaliśmy referendum. Każdy rolnik znajdzie czas, aby podpisać się pod wnioskiem i zebrać podpisy wśród znajomych. Liczymy
na 12 milionów osób, które wzięły udział w referendum
15 października. Wiemy, że nie było to łatwe, bo nagonka na referendum ze strony ówczesnej opozycji była bardzo duża. Te 12 milionów osób wystraszyło Donalda Tuska. Dzisiaj rządząca koalicja nie mówi nic o tym, że do
urn poszła tak duża rzesza Polaków, ale twierdzi,
że referendum jest nieważne, bo wzięło w nim udział raptem 40 proc. wyborców. Oni się boją ludzi. I jestem przekonany, że dzisiaj jest nas więcej niż 12 milionów. Każdy Polak drży o przyszłość. Nawet ludzie, którzy zarabiają duże pieniądze, wiedzą, że i oni będą musieli słono zapłacić za pomysły Brukseli. Wszyscy jedziemy
na tym samym wózku.
To będzie największa inicjatywa referendalna w historii, z największą
liczbą złożonych podpisów?
– Tak, uważam, że tak. Nie ogranicza nas czas. Ustawa
o referendum wskazuje, że możemy zbierać podpisy bezterminowo. Inaczej jest w ustawie o inicjatywie ustawodawczej, gdzie jest określony termin – 3 miesiące. Nie ukrywam, że chciałbym, aby miliony podpisów udało się zebrać jak najszybciej. Gdy będziemy mieli dużą liczbę podpisów, wybierzemy odpowiedni moment na złożenie ich na ręce marszałka Sejmu Szymona Hołowni. Mam wielki zaszczyt reprezentować komitet referendalny. Chcemy,
aby proces zbierania podpisów był również wielką akcją informacyjną. Polacy już wiele wiedzą o polityce klimatycznej, ale nadszedł czas, aby każdy z nas dowiedział się, co nam grozi. To ogromne zagrożenie. NSZZ „Solidarność” powołała grupę ekspertów, wybitnych specjalistów, którzy ciężko pracują nad analizą Europejskiego Zielonego Ładu. Efekty ich prac będą konsekwentnie przedstawiane społeczeństwu. To będzie nasze paliwo. My to wygramy. Druga strona nie ma żadnych argumentów. Minister klimatu, Paulina Hennig-
-Kloska, nie wie, o czym mówi. W każdej wypowiedzi kompromituje się również wiceminister Urszula Zielińska. Sprawami związanymi z energetyką kierują osoby, które nie znają podstawowych pojęć. Rzucają jedynie polityczne hasła.
Wniosek o rozpisanie referendum trafi
do Sejmu jeszcze przed wakacjami?
– Nie chcę na razie podawać konkretnych dat. Dostaję również pytania, czy zdążymy przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Te wybory są dla nas bardzo ważne. Ludzie, którzy w ostatnich latach szkodzili Polsce, wybierają się teraz do Brukseli i Strasburga, gdzie będą przyjmować kolejne szkodliwe dla naszego kraju dyrektywy. Jako obywatel jestem o tym przekonany. Chcemy, aby to referendum się odbyło. Musimy jednak wybrać odpowiedni moment. Bardzo istotne jest również to, kiedy odbędzie się debata referendalna w Sejmie.
O terminie rozpatrzenia naszego wniosku i skierowania
go do dalszych prac zdecyduje Szymon Hołownia. Chcę jednak, żeby zainteresowały się nim miliony. Proszę wyraźnie podkreślać kluczowy cel naszej kampanii referendalnej: poprzez zbieranie podpisów chcemy aktywizować Polaków.
Będziemy informować społeczeństwo o prawdziwych konsekwencjach Europejskiego Zielonego Ładu. Gdyby
EZŁ był takim dobrodziejstwem, jak twierdzi Bruksela, to nie trzeba by było ludzi do niego zmuszać karami. Dlatego uważam, że dzisiaj mamy do czynienia z taką samą ideologią jak kiedyś, z tą różnicą, że kiedyś była ona oficjalnie czerwona, a dzisiaj jest zielona.
Nie obawia się Pan, że do manifestacji
10 maja będą próbowali podpiąć się politycy?
– Mogę zapewnić, że żaden polityk nie wejdzie na scenę, żaden nie będzie przemawiał. To będzie manifestacja społeczna, bez polityki. Organizatorami są „Solidarność” rolnicza i pracownicza. Zapraszamy również polskie rodziny, każdego, kto czuje się pokrzywdzony polityką gospodarczą UE. Z pewnością nie będzie to show polityczne. I powiem to wprost – bardzo proszę to często podkreślać – każdy z polityków, który miał wpływ na to,
co dzieje się w Polsce, odpowiada za to, że teraz musimy
z rolnikami walczyć o normalność, o przyszłość naszego kraju. Jedni głosowali za tymi zmianami, a drudzy byli lekkomyślni i nie dopilnowali podstawowych spraw.
Sprawa polityki klimatycznej obciąża tak samo Platformę Obywatelską, jak i Prawo i Sprawiedliwość.
Ostrzegaliśmy poprzednie rządy, czym skończy się uległość względem Brukseli. Zwracaliśmy uwagę na niebezpieczne zapisy Europejskiego Zielonego Ładu. A oni machali na
to ręką. Twierdzili, że się czepiamy, że nie rozumiemy polityki, nie jesteśmy wizjonerami. Twierdzili, że Brukseli zależy tylko na górnictwie, niczym innym. A dzisiaj nikt
nie jest pewny przyszłości. UE wyciągnęła rękę po każdego obywatela tego kraju. Składam oficjalną deklarację: żaden z polityków nie zabierze głosu na naszej demonstracji.
To nie oznacza, że nie może wziąć w niej udziału. Zapraszam każdego obywatela tego kraju. Jeżeli czuje się pokrzywdzony przez UE, to niech przyjdzie i też protestuje. Tego dnia odbywa się jednak posiedzenie parlamentu,
więc zakładam, że będą wówczas w Sejmie, bo po to zostali wybrani, aby głosować. A więc 10 maja będą siedzieć po drugiej stronie uśmiechniętych barierek.
Pod względem frekwencji będzie
to rekordowa manifestacja?
– Nie patrzę na to w ten sposób. Nie będę nikogo zmuszał do udziału w niej. Kto będzie chciał, ten przyjdzie. Znam też trochę życie i sposób uprawiania polityki. Nawet gdyby przyjechało nas setki tysięcy, nawet milion, to wyszedłby urzędnik delegowany przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego i ogłosiłby, że jest nas niecały tysiąc. Szkoda nam życia na to, abyśmy kłócili się z urzędnikami
o cyferki. Najważniejsze, żebyśmy się tego dnia spotkali
i od tego momentu czuli się wielką wspólnotą osób, które chcą normalności, chcą żyć szczęśliwie w swoim własnym kraju. Jestem tego pewien, że każdy, kto nie zgadza się na to, aby urzędnik z Brukseli wchodził z butami w jego życie, będzie wtedy z nami i podpisze się pod wnioskiem
o rozpisanie referendum.
Tego dnia zaczynacie wielką akcję zbierania podpisów?
– Na portalu tysol.pl uruchomimy podstronę ze szczegółowymi informacjami o naszej akcji. Będą tam nawet mapy, aby każdy wiedział, gdzie można je składać. Tam też będzie można pobrać listy potrzebne do ich zbierania. Wiemy, jak zrobić to skutecznie. Mamy to już wszystko przygotowane i przećwiczone. Tych podpisów będą miliony. Nie ma wyższej formy demokracji w naszym kraju. Swoją determinacją zmusimy polityków do tego, aby przeprowadzili potrzebne zmiany. Nikt – nawet Donald Tusk – nie będzie nam mówił, kiedy można, a kiedy nie, zorganizować referendum obywatelskie. W 2003 roku zorganizowano dwudniowe referendum w sprawie naszego wejścia do Unii Europejskiej. Do wzięcia w nim udziału namawiali wszyscy. Ramię w ramię szedł Episkopat
z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. I to przełożyło się
na 17 milionów ludzi, którzy wzięli w nim udział. Jestem pewien, że jeżeli nasze referendum zostanie rozpisane
– a zostanie – to pobijemy i ten rekord.
A jeżeli nie wyrażą zgody na referendum?
– To mamy już opracowany plan B. I bardzo ich zaskoczymy. O tym na razie nie będę mówił. Obecnie skupiamy się na przygotowaniach do manifestacji 10 maja.
Kiedy uzna Pan, że walka jest już wygrana, że już można zejść z barykady?
– Gdy polityka klimatyczna UE w dotychczasowej formie zostanie wyrzucona do kosza. Ale nie poprzez deklaracje, lecz przez konkretne przyjęte rozwiązania prawne. Drugi warunek to zakończenie wojny, którą Unia Europejska wypowiedziała naszej gospodarce. Nie zgodzimy się na dalsze ataki na kopalnię i elektrownię „Turów”. To Niemcy są zainteresowani zamknięciem „Turowa”, a Bruksela
działa na ich zlecenie. Podczas ostatniego posiedzenia Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie
w sprawie „Turowa” było więcej niemieckich dziennikarzy niż polskich. To o czymś świadczy. Spotkałem się kilka
dni temu z przewodniczącym Wojciechem Ilnickim i ze związkowcami. Zapewnili mnie, że są zdeterminowani, będą bronić „Turowa”, bo to aż 8 proc. produkcji energii
w naszym kraju. Polityka Unii Europejskiej jest niezrozumiała i szkodliwa. Na Ukrainie trwa wojna – byłem tam i widziałem ogrom tej tragedii. Na Bliskim Wschodzie tysiącami umierają cywile. Chiny odpowiadają za ponad
30 proc. światowej emisji gazów cieplarnianych. UE raptem 8 proc. Komisja Europejska zamiast prowadzić negocjacje z wielkimi trucicielami – Chinami, Indiami czy Stanami Zjednoczonymi – wzięła się za zmuszanie Polaków
z Podkarpacia czy Kujaw do wymiany okien i zamiany samochodu spalinowego na elektryka. Wszystkie szczyty klimatyczne ONZ są żartem. Tam nie zapadają żadne przełomowe decyzje. Każdy gra na siebie. Komisja Europejska używa terminu „sprawiedliwa transformacja”. Ale jej nie ma. Nie ma żadnej sprawiedliwej transformacji. Nie przestawimy w ciągu dekady polskiej gospodarki na zeroemisyjność. Niemcy i Francuzi mieli na to czas. My
nie mamy. Niemcy robili to na ruskim gazie i swoim węglu. Nam zabierają to, co mamy. Nie dano nam nawet czasu. Dlatego liczę na nową Komisję Europejską. Jeżeli Europejczycy w czerwcu wybiorą osoby, które rozumieją powagę sytuacji, to wówczas i KE będzie całkiem inna. Znajdą się w niej osoby, które poważnie traktują sprawy społeczne. Osobiście nie wierzę w to, że rząd Donalda Tuska zrobi to, czego chcą Polacy. Oni teraz się boją, bo zbliżają się wybory. Ale po wyborach będą dalej bierni.
Nie zrobią nic, żeby zatrzymać to zielone szaleństwo.