Najważniejsza jest polska racja stanu
Niedziela, 5 maja 2024 (19:16)Rozmowa z prof. dr. hab. Wiesławem Janem Wysockim, historykiem, prezesem Instytutu Józefa Piłsudskiego oraz wiceprezesem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej
Prezydent Andrzej Duda podczas obchodów 3 Maja w sposób dosadny mówił o konieczności realizacji m.in. takich inwestycji, jak Centralny Port Komunikacyjny czy port morski w Elblągu. Jednak po minach uczestników uroczystości – marszałka Szymona Hołowni czy wicepremiera Władysława Kosiniaka-
-Kamysza – nie widać było aplauzu…?
– Rzeczywiście, słuchanie słów prawdy, o faktach nie było przyjemne ani dla marszałka Szymon Hołownia, ani dla wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza. Przy okazji wychodzi, że ta władza jest przeciwna wszystkiemu, co było inicjatywą rządu Prawa i Sprawiedliwości. W przypadku Tuska negacja wszystkiego, co zrobiło PiS, jest oczywiście świadomym wyborem, ale jeśli chodzi o jego koalicjantów, to chcąc, nie chcąc, nie mają innego wyjścia, jak przytakiwać. Z drugiej strony przecież nie są ubezwłasnowolnieni, mają wybór i nie powinni dawać sobą manipulować. Nie powinni więc sprzeciwiać się projektom podnoszącym znaczenie Polski. Jeśli zaś godzą się na politykę Tuska, to w sposób świadomy wybierają opcję niemiecką i de facto swoje własne interesy. Ta pokrętna postawa sprawia, że stawiają siebie w pozycji nie do pozazdroszczenia, bo historia może ich surowo ocenić za szkodzenie interesom własnego kraju. Politycy „koalicji 13 grudnia” chcą, aby wspomniane przez pana redaktora strategiczne inwestycje, jak Centralny Port Komunikacyjny, w obronie których stanął prezydent Duda, zostały wykreślone z realizacji. Tymczasem Polska ich potrzebuje, bo jest to droga do czołówki państw europejskich i nie wolno tego nikomu zaprzepaścić. W innym wypadku będzie to działanie wbrew polskiej racji stanu.
Teraz to właściwie tylko prezydent Andrzej Duda spośród wszystkich ośrodków decyzyjnych w Polsce stoi na straży strategicznych inwestycji ważnych także ze względów bezpieczeństwa i próbuje nie dopuścić do ich zaprzepaszczenia…
– Prezydent Andrzej Duda, który ma też swój osobisty udział w tych inwestycjach, bo były z nim konsultowane – zwłaszcza gdy chodzi np. o kwestie rozbudowy i dozbrojenia polskiej armii, to robił i robi wszystko, żeby poziom bezpieczeństwa Polski był jak najwyższy. Nic więc dziwnego, że tego typu przedsięwzięcia gwarantujące Polsce pełną samodzielność, jeśli chodzi o kwestie obronne, jak i energetyczne, są dla niego ważne. Dzisiaj w prezydencie Andrzeju Dudzie widzimy też człowieka, który ma stawać w obronie Polski. Natomiast jeśli chodzi o obecnie rządzących, to mamy do czynienia z ludźmi, którzy robią wszystko, żeby Polsce zaszkodzić. I to jest przerażające, zwłaszcza że rodowód niektórych z nich jest naprawdę porządny. Dlatego zaskoczenie, że tacy ludzie pozwalają sobą manipulować, co więcej, na własne życzenie weszli do gry, w której stawką na pewno nie jest dobro Polski i Polaków.
Rząd Tuska podważa decyzje inwestycyjne poprzedników – inwestycje naprawdę ważne ze strategicznego punktu widzenia. Zastanawiał się Pan Profesor nad przyczyną takiego podejścia obecnej władzy, dlaczego Tusk nie chce, żeby Polska się rozwijała?
– Zastanawiałem się nad statystyką – mianowicie, jak wynika z badań, ok. 60 procent Polaków jest za budową Centralnego Portu Komunikacyjnego, czyli 40 procent jest przeciwnych tej strategicznej inwestycji. Oczywiście wszystko ostatecznie zależy od tych, którzy rządzą, którzy dyktują taki czy inny przekaz, tym niemniej dla mnie jest to groźne, jeśli 40 procent społeczeństwa jest przeciw inwestycji, która może postawić Polskę na nogi i sprawić, że będziemy w czołówce najbardziej rozwiniętych państw europejskich. Jednak są też inne statystyki, gdzie np. połowa polskiego społeczeństwa deklaruje, że w przypadku zagrożenia, nie daj Boże wojny, weźmie nogi za pas i wyjedzie z Polski jak najdalej. Taka postawa musi budzić i budzi przerażenie. To nie jest jakiś margines, ale to jest połowa polskiej społeczności, która deklaruje, że nie będzie bronić swojej Ojczyzny. Takie postawy dawniej, w historii, byłyby nie do pomyślenia. To pokazuje, że coś niedobrego stało się z nami. To jest tak samo, jakby pytać o to, dlaczego mamy dzisiaj puste kościoły. W statystykach dotyczących Pomorza Zachodniego swoje związki z Kościołem deklaruje jedynie 15 procent ludzi. To świadczy o ogromnym regresie, który ja nie bardzo potrafię wytłumaczyć – zwłaszcza po epoce św. Jana Pawła II Wielkiego, kiedy wydawałoby się, że katolicyzm, wiara w polskim Narodzie stała się niezwykle ważnym elementem w życiu publicznym, definiującym nas, Polaków. Z czasów komunistycznych przeszliśmy do czasów wolności, gdzie właściwie nie trzeba już było się kryć ze swoimi przekonaniami religijnymi, co więcej, byliśmy dumni z naszego przywiązania do Boga i wartości chrześcijańskich.
Skąd zatem ten nagły regres?
– To jest trudne do wytłumaczenia, podobnie jak postawy polityczne, postawy de facto antypolskie. Przyznam, że nie potrafię sobie tych zachowań wytłumaczyć w racjonalny sposób. Epatujemy tym, że takie postawy polityczne to jest ocieranie się o zdradę, ale to nie tłumaczy wszystkiego, bo motywy zdrady mogą być też różne. Próbuję to zrozumieć i być może w takich postawach, takich zachowaniach jest też jakieś podejście egoistyczne, żeby móc się samemu jakoś urządzić, ale to też nie wyjaśnia, a tym bardziej nie tłumaczy wszystkiego. Jest to też dla mnie temat trudny – mianowicie jak wytłumaczyć takie działania, które charakteryzują tak wielu polityków? Przecież nie wszystko da się wytłumaczyć niechęcią, czy wręcz wrogością wobec Zjednoczonej Prawicy. Myślę, że jest to problem, który powinien być przedmiotem bardzo poważnych analiz socjologicznych i politologicznych. Sądzę też, że powinna nastąpić jakaś refleksja wszystkich tych Polaków, którzy starają się myśleć i działać racjonalnie.
Czy jest jakiś moment, który Pan Profesor widzi – moment, od kiedy rozpoczęło się nasze odchodzenie od zasad, które obowiązywały, które były żywe w polskim Narodzie, które wpajał i przypominał nam św. Jan Paweł II, kiedy podczas jednej z pielgrzymek zwrócił nam uwagę i mówił: „Przestańcie mi klaskać, zacznijcie mnie słuchać”?
– Wydaje mi się, że ten czas rozpoczął się, kiedy zaczęliśmy budować to, co się nazywa III Rzeczpospolitą. To są oczywiście moje refleksje, moje spostrzeżenia. Tak czy inaczej wydaje mi się, że do roku 1990 – niezależnie od tego, że stan wojenny wprowadził w Narodzie wielkie zamieszanie, swoisty kipisz w naszym myśleniu, to wtedy – mimo wszystko – jasny był podział na naszych i tamtych. Wiedzieliśmy, kto jest kim w Polsce. Po 1990 roku to wszystko się niestety wymieszało, zatarło. Co więcej, pojęcia, które do tej pory były bardzo jednoznaczne, przestały takie być i zaczęła panować swoista mimikra, a więc skłonność do upodabniania się do osób, z którymi się wchodzi w interakcję. Zatem to, co do tej pory było stałe, m.in. poglądy, przekonania, to wszystko przestało takim być i pojawił się swoisty kameleonizm. To, że nie odcięliśmy pępowiny łączącej nas z PRL-em i że tak wielu poszło na współpracę ze starym reżimem – też może być jakimś wytłumaczeniem tego odejścia od zasad, które dzisiaj wytrącają się w czynach i postawach. Nastąpił swoisty mezalians wartości i antywartości, co sprawiło, że dzisiaj niektórzy na dobrą sprawę nie bardzo wiedzą, gdzie jest prawda, a gdzie jest kłamstwo, fałsz, gdzie jest białe, a gdzie czarne.
A może właśnie chodzi o zatarcie tej granicy między dobrem a złem?
– To potwierdzałyby działalność niegdyś opiniotwórczej gazety z Czerskiej czy działalność George’a Sorosa i jeszcze paru innych organizacji, które wprowadzały w ludzkie umysły mętlik, próbowały oddziaływać na psychikę, i być może to działanie okazało się skuteczne. W efekcie mamy przecież postawy, których nie da się wytłumaczyć w sposób racjonalny, skąd się biorą. Być może jest to też podyktowane rodowodem poszczególnych osób i czasem słusznie minionym.
Czy to odejście od zasad, od wartości nie świadczy o tym, że były one w nas słabo ugruntowane, płytko zakorzenione, skoro tak łatwo można było je wyrwać?
– To też. Nasze społeczeństwo do pewnego stopnia rzeczywiście było swoistą magmą, która się rozlała i wymieszała. Jednak przykład tego rozmycia poszedł też z góry, kiedy okazało się, że ci, których uważaliśmy za przywódców, jak się wydawało: autorytety, nagle zawiedli nasze oczekiwania. I tutaj casus Wałęsy jest oczywisty. Przywódca, którego najpierw noszono na rękach, okazał się człowiekiem małego formatu, co i tak jest określeniem nad wyraz łagodnym. To wpłynęło na demoralizację bardzo wielu, a że byliśmy też w jakiś sposób rzeczywiście słabi i mało odporni, że w wielu wypadkach łatwo było nam zrobić wodę z mózgu, to spotęgowało efekt, który widzimy dzisiaj. Trzeba też sobie powiedzieć, że II wojna światowa i okres powojenny – mam na myśli Żołnierzy Niezłomnych – bohaterów naszej polskiej wolności, to było też wytrzebienie polskiej elity. Zostały resztki elit, ale to było za mało, żeby się w pełni odrodzić, utrzymać kurs. Natomiast zaczęła się pojawiać nowa elita. Z tym że aby dostać się do kręgu elitarnego, żeby stać się autentyczną elitą, to jest tak jak z angielskim trawnikiem, który trzeba przycinać i pielęgnować dwieście lat, aby był efekt. U nas wielu wypadkach stajenni – ludzie bez korzeni – dostali się na salony i stąd dzisiaj jest im stosunkowo łatwo ponownie wrócić do funkcji stajennych. To jest uproszczony schemat naszego i ostatnich pokoleń, ale faktem jest też, że ponieśliśmy olbrzymie straty intelektualne, a ci, którzy ocaleli, zostali za granicą i tam dopełnili swojego życia, nie oddziałując albo w niewielkim stopniu wpływając na to, co działo się w kraju. Wypadkową tego wszystkiego jest społeczność, jaką mamy teraz, z którą czasami trudno się utożsamiać, bo w wielu wypadkach jest ona po prostu obca polskiej kulturze.
Jak to wszystko nadrobić i jak odbudować prawdziwe elity w polskim Narodzie?
– To jest praca mozolna i pokoleniowa, ale możliwa do wykonania. Tylko nie należy się zniechęcać i trzeba podejmować pracę, która da efekty. Dobrze, że mamy jeszcze takiego prezydenta, ale do wyborów pozostał rok i są zakusy, żeby ten bastion polskości, który prezydent Duda utożsamia, zburzyć. Ufam jednak, że po wyborach następca prezydenta Andrzeja Dudy będzie równie mocno i godnie reprezentował nurt patriotyczny. Niemniej to pragnienie, to oczekiwanie jest podszyte lękiem i wielką troską, co może nas czekać, jeśli Polska się nie obudzi i nie przejrzy na oczy, bo to, że musimy się jako Naród odrodzić, jest więcej niż pewne.