Święty Andrzej Cudotwórca
Poniedziałek, 8 kwietnia 2024 (09:48)Spieszy z pomocą wszystkim, którzy oddają się mu w opiekę.
W historii Kościoła mamy wielu świętych, których nazywano cudotwórcami. Wymieńmy choćby: Grzegorza Cudotwórcę (biskupa Cezarei, zm. 272), któremu jako pierwszemu w historii objawiła się Matka Najświętsza. I dalej: Mikołaja Cudotwórcę (arcybiskupa Myry, zm. 343), Piotra Cudotwórcę (biskupa Argos na Peloponezie, zm. 922). Tytułem Cudotwórcy obdarza się też bliskiego nam św. Antoniego z Padwy (zm. 1231). Stara pieśń, która od grobu-relikwii św. Antoniego Cudotwórcy przybyła do nas z Padwy, zaczyna się od słów: „Jeśli cudów szukasz, idź do Antoniego”. Czy zatem nie powinniśmy też mówić, śpiewać: „Jeśli cudów szukasz, idź do św. Andrzeja Boboli”?
Spośród znanych nam cudów patrona Polski zacznijmy od cudów warszawskich, które od przybycia jego relikwii w 1938 r. dokonują się w stolicy nieustannie. Szczególnie przejmujące są niewytłumaczalne zdarzenia z czasów ostatniej wojny. Przypomnijmy zaledwie trzy.
Cud na Mokotowskiej 40
„Podczas niemieckiej okupacji ulica Mokotowska należała do tzw. dzielnicy niemieckiej i Niemcy postanowili wysiedlić z niej mieszkańców, a ich mieszkania oddać folksdojczom. Nasze mieszkanie oglądały dwie kobiety, które rozmawiały po polsku i naradzały się, jak ustawią w pokoju swoje meble. My z siostrą, małe dziewczynki, zaczęłyśmy myśleć, by obrzydzić im to mieszkanie – siostra nożem dziobała ścianę. Zatrwożeni mieszkańcy oddali się w opiekę św. Andrzeja Boboli. W kościele Ojców Jezuitów na Starym Mieście mieszkańcy domu Mokotowska 40 uczestniczyli we Mszy św., w której błagali św. Andrzeja Bobolę o opiekę oraz modlili się przy jego relikwiach, które w tym czasie tam się jeszcze znajdowały. Na pamiątkę uczestnictwa w tej Mszy św. wierni otrzymali medaliki z wizerunkiem świętego. Medalik ten jest w moim posiadaniu i stanowi cenną rodzinną pamiątkę.
Gorące modlitwy zostały wysłuchane. Po kilku miesiącach Niemcy odstąpili od zamiaru wysiedlenia mieszkańców. Chciałabym dodać, że opiekę św. Andrzeja Boboli odczuliśmy także w czasie Powstania Warszawskiego i później, ponieważ nikt z naszego domu nie zginął, kamienica jako jedna z nielicznych ocalała, a po wojnie powrócili do niej prawie wszyscy dawni lokatorzy”. (Świadectwo Elżbiety Ruszkowskiej w książce Joanny i Włodzimierza Operaczów „Boży wojownik. Opowieść o św. Andrzeju Boboli”).
Weź swoje dziecko
Wśród setek cudownych warszawskich interwencji św. Andrzeja Boboli wspomnijmy choćby tę, która wydarzyła się w stolicy w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego. „Zostałam bezdomna – opowiada matka – wraz z czteroletnim dzieckiem. Musiałam opuścić mieszkanie przy ul. Chłodnej 26, zanim hitlerowcy zaczęli podpalać domy i rozstrzeliwać ludność. Doszłam aż do ul. Śliskiej, gdzie cudownie spotkał nas mąż, który w chwili wybuchu Powstania był w zupełnie innej dzielnicy miasta. Zatrzymaliśmy się w domu przy ul. Śliskiej, w którym mieszkał kolega męża. Od 15 sierpnia nasza kamienica była zaciekle atakowana przez Niemców. Górną część budynku zniszczyły pociski. Były to tak zwane przez warszawiaków ’krowy’. Stąd całe dnie przebywaliśmy w piwnicach.
W dniu poprzedzającym zdarzenie mój mąż – będąc w zrujnowanym mieszkaniu – potrącił nogą o jakiś przedmiot leżący wśród gruzu. Schylił się i podniósł mały, prymitywnie oprawiony chyba ręką dziecka obrazek św. Andrzeja Boboli. Powiesiliśmy go w naszej piwnicy, która teraz była naszym jedynym mieszkaniem. I odtąd nasze modlitwy kierowaliśmy do św. Andrzeja Boboli. Na węglu zrobiliśmy posłanie dla naszej czteroletniej córki Danusi. Następnego dnia wcześnie rano, gdy córka jeszcze spała, zaczęły się znowu naloty. Bombardowano najbliższe okolice naszego domu. W pewnym momencie, gdy stałam w pobliżu córki, usłyszałam wewnętrzny głos: ’Weź swoje dziecko’. Natychmiast wzięłam ją na ręce i cofnęłam się o dwa kroki. W tym samym momencie sąsiednia kamienica zwaliła się na nasz budynek i po ułamku sekundy w miejscu, gdzie poprzednio leżała Danusia, były tylko zwały gruzu. Został jedynie kawałek bocznej ściany, na której wisiał obrazek św. Andrzeja Boboli. Odczuliśmy to wszystko jako cudowne ocalenie przez św. Andrzeja Bobolę. W wielu sąsiednich piwnicach wśród zwałów gruzu byli zabici i ranni, a od miejsca za ścianką, na której wisiał obrazek św. Andrzeja, wszyscy się uratowali. Ewakuując się z tego miejsca, zabraliśmy obrazek św. Andrzeja jako cenną, świętą pamiątkę naszego cudownego ocalenia. Obrazek jest do dziś w posiadaniu naszej córki Danuty, mężatki, która w dowód wdzięczności dla św. Andrzeja Boboli pierwszemu synowi na Chrzcie świętym dała imię Andrzej”. (Świadectwo zamieszczone w biuletynie parafialnym „Sanktuarium św. Andrzeja Boboli”, nr 9 (45), 1992 r.).
Święty Andrzej objawia się niemieckiemu oficerowi
Wśród wielu różnych zjawień św. Andrzeja Boboli szczególnie intrygujące jest to, które zdarzyło się w czasie II wojny światowej. Nie mamy żadnych powodów, by wątpić w jego prawdziwość. Opowiedział je przecież sam ks. Louis Gallagher TJ (zm. 1972), który wraz ze swoim współbratem zakonnym Edmundem Walshem (zm. 1956) przewiózł z Moskwy do Rzymu (listopad 1923) relikwie św. Andrzeja. Podał on do publicznej wiadomości fakt niezwykłego spotkania się pewnego nieznanego nam oficera niemieckiego z naszym świętym na ulicach Warszawy. Ta fascynująca historia opublikowana została później w angielskim tygodniku katolickim „The Universe”.
Oficer hitlerowski – jak opisał ojciec Louis, jezuita – wszedł do klasztoru Ojców Jezuitów w Warszawie na ul. Rakowieckiej i zażądał widzenia się z ojcami. Wyjaśnił, że jakiś jezuita, zapewne z tego domu, zatrzymał go poprzedniego dnia na ulicy i mówił mu z całą siłą przekonania, że Niemcy przegrają wojnę i że Polska będzie wolna.
Oficer oświadczył, że perorę tę uznaje za buntowniczą oraz za prowokację ze strony jezuitów. Będąc katolikiem, nie chciał jednak robić zamieszania na ulicy i zdecydował się odłożyć tę sprawę do wyjaśnienia w klasztorze. Dla identyfikacji przedstawiono Niemcowi twarze wszystkich duchownych aktualnie przebywających w warszawskim domu na Rakowieckiej. Ten zaś natychmiast wskazał wiszący na ścianie portret św. Andrzeja Boboli, wykrzykując, że to jest ten właśnie jezuita, którego szuka.
Świadectwo 22. generała jezuitów
Młody Holender, kleryk z jezuickiego kolegium w Połocku, Jan Philipp Roothaan (1785-1853), późniejszy 22. generał Towarzystwa Jezusowego, tak pisał o św. Andrzeju Boboli do swoich rodziców, nawróconych z kalwinizmu i mieszkających w Amsterdamie: „Mamy tu, w kolegium Połockim, drogocenny skarb. Święte, nienaruszone ciało Wielebnego Męczennika Andrzeja Boboli… Jak droga była przed Bogiem męczeńska śmierć tego Wyznawcy, to stwierdzają cuda tak liczne, że nosi on tu powszechne miano polskiego Cudotwórcy. Owszem, tyle już jest cudownych wysłuchań i łask, że ludzie przestają się im nawet dziwić, ale za to zewsząd, nawet z daleka się schodzą, czy to żeby sobie łaski potrzebne uprosić, czy też żeby za otrzymane Bogu podziękować”.
Już wtedy – jak widzimy z powyższego świadectwa – ludzie schodzili się zewsząd do trumny zakonnika, by o łaski różne upraszać i za otrzymane dziękować. A przecież – dopowiedzmy – beatyfikacja Boboli odbyła się dopiero ponad 40 lat po liście młodego holenderskiego kleryka, który opisał swoje spostrzeżenia o kulcie i cudach św. Andrzeja Boboli. Relator i autor powyższych zdarzeń, a później sam generał jezuitów zmarł właśnie w roku beatyfikacji Andrzeja Boboli, w 1853 r. Tak więc sam generał jezuitów zaświadczył o tytule Cudotwórcy, jaki wtedy już nadawano Boboli.
Święty zrodził świętego
Wśród wielu młodych świętych, którymi raduje się Kościół, jest św. Gabriel (Francesco) Possenti (1838-1862), urodzony w szlacheckiej rodzinie w Asyżu. Śmiało możemy powiedzieć, że nie byłby świętym, gdyby już w młodości nie poznał historii życia i męczeństwa św. Andrzeja Boboli. Francesco, jako syn Sante Possentiego, gubernatora ówczesnego Państwa Kościelnego, w wieku 13 lat zaczął naukę w prestiżowym kolegium jezuickim w Spoleto. Tam właśnie poznał niezwykłą historię życia i męczeństwa Andrzeja Boboli. Zaimponował mu radykalizm księdza męczennika z dalekiego kraju.
W wieku 14 lat Francesco poważnie zachorował – kroniki milczą, na jaką chorobę – i był bliski śmierci. Dopuścił wtedy do siebie zagłuszaną po wielekroć myśl o powołaniu do życia zakonnego. Obiecał Bogu, że jeśli wyzdrowieje, poświęci swe życie służbie Bożej. Wyzdrowiał, ale obietnicy nie wypełnił. Przez dwa lata szalał. Rzucił się w wir zabaw towarzyskich. Nazywano go nawet il damerino, czyli bawidamek. Po dwóch latach dopadła go druga choroba. Tym razem była to ciężka angina, która spowodowała tak poważny obrzęk gardła i szyi, że Francescowi groziło uduszenie. Pamiętajmy, że w tamtych przedantybiotykowych czasach nie było skutecznego lekarstwa na choroby bakteryjne.
Franciszek podczas serdecznej modlitwy obiecał Bogu, że jeśli wyzdrowieje, to tym razem wstąpi już do zakonu. Podczas choroby miał przy sobie obrazek ze św. Andrzejem. Zwrócił się więc do niego z serdeczną modlitwą o pomoc.
Kładąc się spać – jak to zapisano w jego życiorysie – przyłożył sobie do gardła obrazek świętego i obwiązał go szalikiem. Na drugi dzień rano ze zdumieniem zobaczył, że opuchlizna ustąpiła, a ból gardła minął. Już jako zakonnik opowiadał później wielu współbraciom tę historię. Jego kierownik duchowy i współbrat, o. Norbert, zaświadczył w procesie kanonizacyjnym, że Gabriel do śmierci był wdzięczny św. Andrzejowi Boboli za wymodloną łaskę zdrowia. Przechowywał ze czcią obrazek świętego i całował go z serdecznym uczuciem.
Corocznie przez Spoleto przechodzi procesja z cudownym obrazem Matki Bożej z miejscowej katedry. Był 22 sierpnia 1856 r., 18-letni Possenti patrzył na Madonnę z nieskrywanym uwielbieniem. W duszy słyszy głos: „Checchino (dosł. kurczaczku!), co robisz w świecie. Czeka cię życie zakonne, o którym kiedyś marzyłeś”. Po trzech tygodniach Francesco wyjeżdża ze Spoleto i wstępuje do pasjonistów w Morrovalle, gdzie zostaje Gabrielem od Matki Bożej Bolesnej. Umiera w 1862 r., mając zaledwie 24 lata. Dołączył do niezwykłego w skali całego Kościoła fenomenu, jakim jest we Włoszech cały szereg młodych włoskich świętych, który rozpoczęli św. Franciszek i św. Klara z Asyżu, a zamyka już w naszych czasach bł. Carlo Acutis (zm. 2006).
Ks. Jerzy Banak, „Nasz Dziennik”