Tusk liczy na niemiecką żelazną kopułę
Wtorek, 16 kwietnia 2024 (21:26)Rozmowa z prof. Romualdem Szeremietiewem
Szef izraelskiego sztabu wojskowego po posiedzeniu gabinetu wojennego mówił, że Izrael dokona rewanżu wobec Iranu, bo nie ma innego wyjścia. Co spowodowało zaostrzenie konfliktu na linii Izrael – Iran i czy rzeczywiście rządowi w Jerozolimie pozostaje jedynie odwet?
– Sytuacja jest dość trudna, zwłaszcza gdy chodzi o geopolityczne położenie Izraela. Trzeba sobie bowiem zdać sprawę, gdzie znajduje się państwo Izrael. Otóż państwo Izrael powołane w 1948 roku przez żydowskich syjonistów powstało jako nowy twór na Bliskim Wschodzie, na wschodnim brzegu Morza Śródziemnego w sąsiedztwie Libanu, Syrii, Jordanii i Egiptu. Do Izraela przylegają Palestyna oraz Strefa Gazy. Izrael znalazł się więc pośrodku państw cearabskich i jego mieszkańcy żyją w konflikcie z Arabami, którzy wcześniej w większości zamieszkiwali ten obszar. Ten konflikt Izraela ze światem arabskim jest niejako wpisany od początku, już przez sam fakt istnienia państwa Izrael na Bliskim Wschodzie. Zatem dookoła znajdują się mniej lub bardziej zawzięci przeciwnicy Izraela, z których Iran wybija się na pierwszy plan.
Skąd bierze się strategia Izraela – trzeba przyznać, że dość zaczepna – mimo nieciekawego położenia geostrategicznego?
– Izrael, którego terytorium jest niewielkie, nie może dopuścić do tego, żeby być zaatakowanym i dopiero odpierać ewentualną agresję. Dlatego jedynym rozwiązaniem w tej sytuacji – moim zdaniem słusznym, biorąc pod uwagę aspekt wojskowy – są uderzenia prewencyjne. Sprawiają one, że nieprzyjaciel nie może przeprowadzić operacji zniszczenia Izraela. Przykładem modelowym była tzw. wojna sześciodniowa z 1967 roku, kiedy z poważnym przeciwnikiem – jakim wówczas był Egipt – Izrael wyszedł zwycięsko pod względem taktycznym i strategicznym. Teraz sytuacja jest taka, że Hamas w październiku ubiegłego roku dokonał ataku, wchodząc na terytorium Izraela i mordując ludność cywilną. Istnieje opinia, że dowództwo sił zbrojnych Izraela było zaskoczone tego typu atakiem. Oczywiście bojówki palestyńskiego ruchu narodowo-wyzwoleńczego i islamistycznego – bojówki terrorystyczne, które zaatakowały Izrael, nie były w stanie zagrozić istnieniu państwa izraelskiego, natomiast została złamana zasada, na której opiera się istnienie i funkcjonowanie państwa Izrael – mianowicie, aby zapobiegać jakiejkolwiek agresji zewnętrznej, zanim naruszy ona terytorium Izraela. W odwecie mamy uderzenie sił izraelskich w konsulat Iranu w Damaszku. Potwierdzają się różnego rodzaju informacje – nie tylko ze strony izraelskiej, ale także z innych źródeł, że w tym ataku zostali zabici wysocy oficerowie irańscy, którzy organizowali i przeprowadzali operację Hamasu na terenie Izraela. W związku z tym to uderzenie – biorąc pod uwagę wspomnianą przeze mnie strategię Izraela – jest zrozumiałe z taktycznego punktu widzenia.
Tylko co dalej? Mieliśmy bowiem próbę ataku ze strony Iranu na Izrael, ale to chyba nie koniec…
– Trzeba powiedzieć, że dosyć marnie wyszła ta próba odwetu, bo środki napadu w postaci dronów oraz rakiet zostały strącone przez obronę izraelską. Myślę jednak, że to nie oznacza, że uległa zmianie strategia Izraela, o której wspomniałem – mianowicie, że nie można dopuścić do agresji na terytorium Izraela.
Izrael się odgraża. Jaka zatem może być skala ewentualnej odpowiedzi?
– Na pewno dowódcy wojskowi i władze polityczne Izraela się zastanawiają, analizują, jak uderzyć w Iran, tak żeby bolało. Co wymyślą, zobaczymy, i to zdaje się w nieodległym terminie.
Słyszymy, że Stany Zjednoczone, które wspierają Izrael, nie szukają konfliktu z Iranem…
– Nic dziwnego, bo Waszyngton jest najmniej zainteresowany tym, żeby na Bliskim Wschodzie rozgorzała wojna. Jeśli Stany Zjednoczone nie są w stanie reagować w sposób odpowiednio skuteczny w przypadku wojny na Ukrainie, to jeśli dajmy na to rozgorzałby kolejny konflikt w innym punkcie świata, to sytuacja Waszyngtonu, jako gwaranta bezpieczeństwa i ładu światowego, byłaby nie do pozazdroszczenia. Dlatego nowe ognisko zapalne nie jest w interesie Ameryki.
Waszyngton uważa też, że to, czy i jak Izrael odpowie na irański atak, jest sprawą Izraela…
– To zrozumiałe, bo Amerykanie zdają sobie doskonale sprawę, że Izrael nie jest posłusznym wykonawcą polityki Waszyngtonu.
Czy to oznacza, że świat będzie bezczynnie czekał na ripostę Izraela po irańskim ataku?
– Taki jest świat Zachodu. Proszę mi powiedzieć, czy kiedykolwiek świat potrafił właściwie reagować na rozmaite konflikty…? Kiedy Niemcy, a potem Sowieci napadli na Polskę, to co świat robił? Przyglądał się, co z tego wyniknie, a my zostaliśmy sami. Wtedy nic nie znaczyły sojusze, każdy oglądał się na siebie. Dopiero kiedy Hitler nadepnął na odcisk wielkim ówczesnego świata, kiedy państwa zostały bezpośrednio zagrożone, to dopiero wtedy dołączyły do walki z niemieckim agresorem.
Izrael dysponuje bronią jądrową. Może jej użyć?
– Owszem, takiego scenariusza wykluczyć nie można. Są też tacy, którzy podejrzewają, że Iran też może już dysponować bronią jądrową, a jeśli tak, to kto wie, czy jej nie użyje. Sytuacja jest zatem bardzo niebezpieczna.
W doktrynie wojennej Izraela jest mowa, że będzie się bronił wszystkimi możliwymi środkami. Co użycie arsenału jądrowego oznaczałoby w wymiarze geopolitycznym?
– Mówiąc wprost, użycie broni jądrowej przez Izrael może oznaczać wybuch III wojny światowej. Niestety, we współczesnym świecie wszystkimi możliwymi drogami zmierzamy do takiego finału, który może się okazać tragiczny.
I świat Zachodu będzie patrzył i czekał z założonymi rękami na rozwój wydarzeń, nie reagując?
– Niestety, współcześni politycy zachodni nie są wybitni, nie są to ludzie przewidujący, zdecydowani, charyzmatyczni, którzy mają wizję i potrafią z wyprzedzeniem podejmować decyzje rozwiązujące problemy, jakie się pojawiają na horyzoncie. Ja takich nie dostrzegam.
Co ewentualna eskalacja konfliktu na linii Izrael – Iran mogłaby oznaczać dla Europy, dla Polski?
– Myślę, że byłby to jasny sygnał przede wszystkim dla Rosji, że już nie musi się na nikogo oglądać, a skoro inni użyliby broni nuklearnej, to znaczy, że również Moskwa może użyć taktycznej broni jądrowej, która – jak wiemy – jest mniejszej mocy i o mniejszym zasięgu.
Czy zatem jesteśmy w przededniu poważnego światowego konfliktu?
– Trudno powiedzieć, bo to są zawsze dywagacje. Oby nie. Natomiast oznak, sygnałów, które muszą budzić uzasadniony niepokój, jest coraz więcej. W tej sytuacji geopolitycznej – bardzo nieprzewidywalnej i niepewnej – dla nas dodatkowym problemem jest to, jaki rząd mamy dzisiaj w Polsce.
No właśnie, jak rozumieć politykę Tuska, który po rozmowie z premier Danii Mette Frederiksen stwierdził, że chce budować tzw. żelazną kopułę, która miałaby stanowić zaporę przeciwrakietową i przeciwlotniczą w Europie? Co więcej, Tusk twierdzi, że nie przeszkadza mu w żaden sposób, że inicjatorami budowy żelaznej kopuły nad Europa są Niemcy…
– Rację ma prezydent Andrzej Duda, który dzisiaj przed odlotem do Stanów Zjednoczonych mówił, że koncepcja europejskiej kopuły, to – krótko rzecz ujmując – niemiecki projekt biznesowy. Ten projekt tak naprawdę nie istnieje, tym bardziej przystawanie do czegoś, czego nie ma, świadczy tylko o podległości obecnej władzy i samego Tuska Berlinowi i Brukseli. Niemcy nie grali i nie grają na rzecz naszego bezpieczeństwa, więc obieranie kursu w dziedzinie obronności na Berlin jest nierozsądne, a wręcz szkodliwe dla Polski. Polska decyzją rządu Zjednoczonej Prawicy buduje system bezpieczeństwa w oparciu o współpracę ze Stanami Zjednoczonymi i z Wielką Brytanią. Program obrony rakietowej w Polsce składa się z trzech, nazwijmy to, komponentów: opartego na amerykańskich zestawach Patriot Programu „Wisła” oraz programach „Narew” i „Pilica” budowanych wspólnie z Wielką Brytanią. Natomiast to, co powtarza dzisiaj Tusk, to jest nic innego jak odwrót od Stanów Zjednoczonych. Europa ma jakieś niejasne, w dodatku niemieckie, plany budowania wspólnej tzw. żelaznej kopuły. Te zapowiedzi, te wizje nie zostały jak dotąd w żaden sposób sformalizowane, nic też nie wiadomo, że jakieś konkretne działania będą w tym kierunku podejmowane. To jest zatem tylko wizja niemiecka, do której próbują się przykleić państwa i politycy zależni od Niemiec, natomiast inne państwa, które chcą być samodzielne, mówią jasno, że nie mają ochoty brać w tym udziału. Tusk zgodnie ze swoją zależnością od Berlina jest oczywiście w awangardzie tych, którzy chcą do tego klubu europejskich tarczowników dołączyć. Z tym że ten cały wizjonerski projekt niemiecki, do którego tak ochoczo chce dołączyć Tusk, może spowodować opóźnienia w realizacji programu budowy tarczy antyrakietowej rozpoczętego przez rząd Zjednoczonej Prawicy w oparciu o amerykański system Patriot. Oczywiście, o ile „koalicja 13 grudnia” z Tuskiem na czele w ogóle go nie skasuje, licząc na mrzonki niemieckiej, to znaczy europejskiej żelaznej kopuły.
Tusk zdaje się ma doświadczenie w niweczeniu amerykańskiej tarczy antyrakietowej chroniącej Polskę?
– Dokładnie tak, on ma już w tym pewną praktykę. Biorąc więc pod uwagę, kto dzisiaj rządzi w Polsce, może się okazać, że tarczy europejskiej w ogóle nie będzie – tak jak do tej pory nie ma superczołgu francusko-niemieckiego nowej generacji, który miał powstać, zastępując czołgi Leopard 2 i Leclerc. A tyle było szumu w tym temacie, a wyszło jak zwykle. Ale skoro supernowoczesny czołg rosyjski T-14 Armata, który tak był pompowany przez kremlowską propagandę, a który miał być przyszłością rosyjskich wojsk pancernych się nie ziścił, bo na ukraińskim froncie go nie widać, to być może uznano w Berlinie i Paryżu, że niepotrzebny jest też europejski czołg przyszłości. I podobnie może być z amerykańską tarczą antyrakietową w Polsce, oby nie, bo to zagrażałoby poważnie naszemu bezpieczeństwu.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki