Relokacja migrantów
Poniedziałek, 15 kwietnia 2024 (21:23)Rozmowa z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości
Jakie konsekwencje polityczne, a także społeczne może mieć pakt migracyjny zatwierdzony w ubiegłym tygodniu
przez europarlament?
– Przede wszystkim będą to konsekwencje społeczne
w postaci demontażu bezpieczeństwa Polaków – i o tym trzeba mówić głośno. Kwoty migrantów narzucone Polsce przez Unię Europejską mogą zakłócić porządek publiczny, mogą zaowocować niebezpieczeństwem dla naszych rodzin: kobiet czy dzieci. Może być więc niebezpiecznie podczas zgromadzeń publicznych, co zresztą już znamy
z Niemiec, Francji czy Belgii. Ale to nie koniec, wiemy bowiem, że migranci muzułmańscy są bardzo roszczeniowi, więc mogą być kolejne żądania tych ludzi obcych nam kulturowo, którzy zapewne będą chcieli się organizować, tworzyć enklawy i tam żyć według własnego prawa, prawa szariatu.
Co więcej, najczęściej są to ludzie, którzy nie chcą pracować, których interesują tylko zasiłki, socjal itd. I to jest zagrożenie, to są skutki od strony społecznej, czego nie wolno przemilczeć. Ponadto ci migranci – jeśli Polska będzie ich przyjmować – będą żądali coraz lepszych warunków lokalowych, co wiąże się z tym, że to samorządy będą musiały wydatkować ogromne kwoty na realizację tych celów, aby spełnić oczekiwania czy zachcianki migrantów. To z kolei oznacza, że samorządy będą zmuszone odstępować na przykład budynki administracji publicznej: szkoły czy inne obiekty publiczne, lokale będące w zasobach samorządów, bo to lokalne władze będą odpowiadać za politykę mieszkaniową i to one będą obarczone tym zadaniem. Tak czy inaczej problem ten będzie bardzo uciążliwy dla wójtów, burmistrzów oraz rad miejskich. Każde ustępstwo wobec obcej społeczności, która będzie chciała w Polsce zamieszkać, będzie się wiązało z kolejnymi roszczeniami ze strony przybyszów.
Polska już przyjęła ogromną liczbę uchodźców wojennych z Ukrainy…
– A kogo w Brukseli to obchodzi. My, Polacy, nie mamy żadnego problemu z przyjmowaniem uchodźców wojennych czy też z pomocą ludziom prześladowanym,
ale w miejscach ich pochodzenia czy zamieszkania. Tylko że dla Brukseli nie ma to żadnego znaczenia, dlatego nie liczyłbym na jakieś ulgi w tym zakresie. Mamy do czynienia z realizacją polityki niemieckiej, która chce zdemolować system bezpieczeństwa w Europie i stworzyć zagrożenie obywatelom państw narodowych.
Jak Pan zauważył, główna odpowiedzialność za zapewnienie warunków bytowych migrantom z przydziału ma spocząć na samorządach. Swoją drogą to jest też, rzec można, popisowy numer Donalda Tuska – stworzyć problem i przerzucić go na kogoś innego. PiS zapowiada, że samorządy,
w których sprawuje władzę, nie zastosują się do ewentualnego przymusu relokacji migrantów, ale takie samorządy, jak warszawski, gdzie rządzi Rafał Trzaskowski, pewnie przyjmą ich z otwartymi ramionami.
– Oczywiście takie samorządy, jak warszawski czy gdański, są łase na pochwały stojącej za całym tym projektem migracyjnym lewicy europejskiej. Jest to groźne szczególnie w sytuacji, kiedy mamy problem z realizacją polityki Unii Europejskiej. Myślę, że kumulacja zadań, jak chociażby dyrektywa ws. poprawy charakterystyki energetycznej budynków, zwana także dyrektywą budynkową, gdzie od 2030 roku ma obowiązywać zakaz instalowania pieców gazowych i węglowych, to są wszystko kolejne wyzwania dla samorządów. To wszystko spowoduje kumulację kosztów, za co zapłacą mieszkańcy w ramach podatków. Jeśli zaś znajdą się samorządy, które nie będą chciały realizować tej zielonej i migranckiej polityki, to będą one sekowane przez rząd „koalicji 13 grudnia” oraz przez lewicowy establishment Unii Europejskiej.
Mogą być zatem zastraszane, że nie otrzymają środków
na inwestycje itd. Znamy dobrze tego typu historie. Trzeba więc będzie prawdziwego hartu ducha samorządów,
aby oprzeć się temu dobrowolnemu – ale z przymusu – przyjmowaniu migrantów. Będą na pewno też tacy, którzy wręcz będą się chwalić tym, że przyjmują ludzi obcych nam kulturowo, że koszty życia mieszkańców są tym samym coraz wyższe. A jeśli do tego dodamy całą tę coraz bardziej inwazyjną zieloną rewolucję, gdzie w miejscach użyteczności publicznej – takich jak szkoły, przedszkola itd. – nie będzie pieców gazowych, a więc ogrzewanie będzie kosztować dużo więcej niż obecnie, to ta spirala wzrostu cen będąca pokłosiem ideologii będzie tylko kumulować wydatki samorządów, a to z kolei obciąży ludzi, powodując ich ubożenie i spadek jakości życia.
Minimalna liczba relokowanych migrantów dla Polski, jaką zakłada pakt migracyjny,
to 30 tysięcy osób rocznie – minimalna,
bo górnego limitu nie ma. To oznaczałoby, że rocznie migranci mogliby stworzyć średniej wielkości miasto…
– To prawda, co więcej, ta liczba 30 tysięcy migrantów może być regularnie zwiększana za pomocą rozrządzeń. Tej górnej granicy nie znamy, możemy się więc spodziewać wszystkiego po władzy Tuska, bo on jak i jego przyboczni będą chcieli być w awangardzie wszelkich rewolucyjnych zmian. Dlatego samorządy muszą mieć szeroko otwarte oczy i uszy, bo to one będą ponosić koszty tej polityki.
To polityka z gruntu zła, która nie dość, że nie rozwiąże problemu migracji, to jeszcze spotęguje tę falę. Jeśli ci ludzie, którzy za sprawą rządu Tuska przybędą do Polski, przyjdą po realną opiekę do samorządów, wobec których będą wysuwali kolejne żądania. To będzie komplikowało
ich życie i działalność – czemu może zapobiec tylko realne porozumienie na poziomie samorządów.
Łatwo też sobie policzyć, ile może nas kosztować brak zgody na przyjęcie migrantów.
– To taki dobrowolny przymus, sytuacja właściwie bez wyjścia. Łatwo sobie obliczyć, ile może nas – jako kraj – kosztować sprzeciw wobec tej ideologicznej presji migracyjnej. I to jest kolejny dramat, bo państwo nie ma swoich pieniędzy, ale jest bogate pieniędzmi podatników. Firmy, przedsiębiorstwa oraz Polacy muszą policzyć, ile może ich kosztować ten unijny migracyjny dyktat, biorąc pod uwagę koszty społeczne, o których wspomniałem wcześniej, oraz koszty ewentualnej odmowy przyjęcia ludzi obcych nam kulturowo, którzy nie tylko w przenośni, ale też dosłownie mogą wysadzić nam ten nasz świat.
Swoją drogą, jeśli mowa o finansach, to osoby fizyczne sfinansują ten unijny projekt, bo Unia da, powiedzmy,
5 proc., a pozostałe 95 proc. będzie na barkach każdego kraju członkowskiego. To jest wydatek – kolejny z wielu – jaki szykuje nam UE. To jest sfera absurdu, bo przyjęcie migrantów nie jest powiązane ze wzrostem dochodów danej gminy, jednostki samorządu terytorialnego, bo ci ludzie niczego nie wniosą, żadnej wartości dodanej, a będą jedynie kosztem i problemem dla lokalnej społeczności.
Tak pokazują doświadczenia innych krajów. Jeśli do tego dodamy wszystkie nowe podatki, jakie wejdą w życie: podatek od paliw, czy to domowych, czy samochodowych, podatek od silników samolotowych, od transportu morskiego itd., to pokazuje, że liczba obciążeń będzie tylko wzrastać i za to wszystko zapłacimy my, podatnicy. Dlatego przewiduję duży problem dla Unii Europejskiej, a do tego dojdzie drożyzna związana z Europejskim Zielonym Ładem oraz drożyzna energetyczna. To wszystko będzie – już skutkuje – ucieczką wielu firm z Europy, wzrostem bezrobocia i pustoszeniem budżetów państw i samorządów.
Te firmy już zaczynają się zwijać, bo cała ta zielona architektura, jaką konstruuje Unia Europejska, a u nas posłuszny Brukseli rząd Tuska, to powoduje, że duże firmy uciekają z Polski.
– Rzeczywiście, notujemy bardzo duży odpływ. Trzeba
też dodać, że firmy, które zamykają zakłady w Unii Europejskiej, przenoszą się do Indii. Do tego dochodzi jeszcze ogromny drenaż Unii Europejskiej związany z przemysłem fotowoltaicznym, wiatrakowym z Chin. Otóż 97 proc. paneli fotowoltaicznych Unia kupuje w Chinach, farmy wiatrowe też są budowane w oparciu o produkty chińskie i dopiero teraz Komisja Europejska chce wytoczyć wojnę Chinom i zaprzestać sprowadzania od nich tańszych wiatraków i całego osprzętowania. Mamy więc kuriozalną sytuację, kiedy zachód Europy był najpierw uzależniony
od produktów energetycznych, takich jak gaz czy ropa,
z Rosji, a teraz okazuje się, że Unia Europejska jest uzależniona od sprzętu do odnawialnej produkcji energii
z Chin, bo chińskie podzespoły – i w ogóle wszystkie tego typu urządzenia – są tańsze.
To zjawisko uzależniania ma miejsce, co więcej, bardzo trudno będzie je zatrzymać…
– Dokładnie tak. We Francji największa farma wiatrowa oparta jest na produktach chińskich, pod Berlinem największa farma też oparta jest na technologiach z Chin. Czy to zbieg okoliczności, że w Pekinie gości kanclerz Olaf Scholz, który udał się tam wraz z biznesem niemieckim, m.in. z największymi firmami motoryzacyjnymi,
i opowiedział się za otwarciem rynku europejskiego dla chińskich samochodów na zasadzie uczciwej konkurencji. Jak widać, Niemcy chcą robić biznes z Chinami, a Europa ma się temu podporządkować. To pokazuje, że Europa postawiona jest na głowie i ten pęd ku przepaści może powstrzymać tylko mądry wybór w czerwcowym głosowaniu do Parlamentu Europejskiego. Sytuacja wygląda tak, że elity europejskie pięknie, górnolotnie mówią o Unii Europejskiej, a wszyscy kombinują, jak najtaniej, co i gdzie kupić oraz jak najdrożej sprzedać. Dotyczy to m.in. samochodów elektrycznych, farm wiatrowych, urządzeń do fotowoltaiki. Wszyscy na tym doskonale zarabiają, euro z Unii wypływa, a firmy europejskie uciekają do Chin czy Stanów Zjednoczonych, bo tam można produkować taniej. Tymczasem Europa niknie w oczach.
Skoro już mowa o Scholzu, to zdaje się,
że niedługo z firmami niemieckimi może pojawić się w Polsce. Mam na myśli prawie 27 miliardów złotych z Krajowego Planu Odbudowy, które wpłynęły do Polski, a które w jakiejś mierze trzeba będzie oddać Niemcom.
– Z góry jest założenie, że jeśli te pieniądze będą wydane tak, jak jest zapisane w Krajowym Planie Odbudowy, to
w dużej mierze te środki skonsumują firmy niemieckie. To wszystko wiąże się z zieloną energetyką, a te urządzenia zostaną zakupione właśnie w Niemczech (zostaną sprowadzone z Chin, ale kupimy je od Niemiec). Jak widać, Niemcy działają w ten sposób, żeby zarabiać i dyktować swoje warunki innym. Są zawsze krok do przodu i są na plusie. Tak czy inaczej z przyznaniem nam tych środków unijnych robi się szum przed drugą turą wyborów samorządowych na prezydentów i burmistrzów miast oraz przed czerwcowymi wyborami do europarlamentu. Co ciekawe, Polska nie musiała spełnić żadnych kamieni milowych.
Wygląda więc na to, że po uważaniu Komisja Europejska
te środki przekazuje, bez realizacji wymogów, o których przez ostatnie lata słyszałem w Brukseli. Widać, że wcale nie chodziło tu o praworządność, tylko o zniszczenie Zjednoczonej Prawicy – i to się potwierdza. Warto mieć świadomość, że te pieniądze, choć są istotne, to nie są kluczowe, bo i tak nie uratują Polski w sensie ekonomicznym. Tym bardziej że niedługo Komisja Europejska wdroży procedurę nadmiernego deficytu wobec Polski i kilku innych krajów członkowskich. Chodzi o to, że dług publiczny w Polsce pod rządami „koalicji 13 grudnia” rośnie w zastraszającym tempie. Będzie więc okazja, żeby porównać, jak ten dług rósł w ostatnich miesiącach i co te środki unijne zmienią.
Jestem w tej materii pesymistą, bo te środki są medialną, propagandową tubą, która ma zamaskować nieudolność władzy Tuska. Widzimy indolencję tego rządu, jakie kardynalne błędy popełnia chociażby minister klimatu, która się miota, nie chce albo nie umie powiedzieć, o ile wzrosną ceny energii. Widzimy też że cenowa piramida rośnie. Może się więc okazać, że te szumnie nagłaśniane 27 miliardów złotych z Krajowego Planu Odbudowy zniknie na skutek błędów związanych z brakiem umiejętności zarządzania gospodarką, których bez liku popełnia rząd „koalicji 13 grudnia”.