Zachód się kompromituje na całej linii
Czwartek, 4 kwietnia 2024 (20:47)Rozmowa z prof. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą na KUL i w AKSiM
Donald Trump wygrywa z Joe Bidenem w sześciu stanach z siedmiu kluczowych dla wyników amerykańskich wyborów: w Karolinie Północnej, Arizonie, Nevadzie Michigan i Pensylwanii oraz w Georgii. Są jednak sondaże, które dają nieznaczne zwycięstwo Bidenowi. Kto zatem ma większe szanse?
– Pytanie jest: czy te wybory będą w ogóle uczciwe? Przypomnijmy sobie sytuację po wyborach, kiedy urzędujący wówczas prezydent Donald Trump w 2017 roku został odcięty od mediów społecznościowych, i to w sposób absolutnie bezprawny. Wtedy cały establishment lewicowo-liberalny zrobił hejt medialny porównywalny jedynie do tego, co u nas znamy w wykonaniu stacji z Wiertniczej wobec Prawa i Sprawiedliwości. Dlatego wcale nie jestem przekonany, że w czasie decydujących momentów kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych wszystko będzie do końca uczciwe. Wiemy też, co dzieje się w sądach, gdzie próbuje się uniemożliwić Trumpowi kandydowanie na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. A zatem wiele rzeczy może się jeszcze do listopada wydarzyć. Pamiętamy wydarzenia sprzed czterech lat – z poprzedniej kampanii prezydenckiej, kiedy pandemia COVID-19 i chaos popandemiczny w istocie pozbawiły Donalda Trumpa ponownego wyboru na urząd prezydenta, bo w przeciwnym razie to Trump, a nie Biden byłby zwycięzcą batalii o Biały Dom. Miejmy więc to wszystko na względzie, opisując rzeczywistość przedwyborczą w Ameryce. Pamiętajmy też, że gdyby w Stanach Zjednoczonych doszło do jakiejś nieuczciwości na dużą skalę, to możemy mieć do czynienia z niepokojami o wiele dalej idącymi niż pamiętna batalia o Kapitol z 6 stycznia 2021 roku.
W tak ugruntowanej demokracji jak w Stanach Zjednoczonych nieuczciwość…?
– Z tą demokracją to lekka przesada, bo ugruntowana demokracja to była w Polsce przez kilkaset lat, a w Stanach Zjednoczonych jest dopiero od XVIII wieku. Natomiast trzeba wiedzieć, że oczywiście mamy dziś do czynienia z neomarksistowską lewicą, która się panoszy w wielu obszarach świata i posługuje się bardzo brutalnymi metodami. Proszę zwrócić uwagę, jak to wygląda w Polsce, jakimi metodami posługuje się koalicja rządząca wobec przeciwników politycznych, gdzie na porządku dziennym są kłamstwa, obelgi, łamanie prawa, przejmowanie prokuratury czy mediów publicznych itd. Moi przyjaciele w Stanach Zjednoczonych, oceniając rzeczywistość, twierdzą, że może tam dojść do analogicznych rzeczy jak w Polsce. Natomiast nastroje wśród społeczeństwa przeważnie są protrampowskie i według stanu na dzisiaj to Donald Trump powinien wygrać listopadowe wybory.
Czy Joe Biden, który wygrał z Donaldem Trumpem w 2020 roku, okazał się dla Amerykanów tym wymarzonym prezydentem?
– Z pewnością nie. Owszem, Donald Trump miał i ma swoje wady, nazwijmy to, charakterologiczne – i to niemałe, co więcej wśród wyborców ma zajadłych przeciwników, którzy go wręcz nienawidzą. Tym niemniej kryzys systemu państwowego i gospodarki amerykańskiej powodują, że ekscentryczny Trump ma duże grono zwolenników, którzy go popierają. Myślę, że tych sympatyków Trumpa jest dzisiaj o wiele więcej niż w 2020 roku. Pamiętajmy też, że Joe Biden był już stary wiekowo, kiedy kandydował w poprzedniej kampanii, ale w porównaniu z Bidenem dzisiaj mógł wówczas uchodzić za młodzieniaszka. Przez cztery lata zestarzał się jeszcze bardziej – i tu wcale nie chodzi o wiek, ale o zdrowie, co trzeba widzieć – podobnie jak zwiększyła się ilość gaf, jakie popełnia. I to jest kolejny argument, który działa na korzyść Trumpa, który mimo iż dużo młodszy nie jest, ale fizycznie jest o wiele sprawniejszy i wizualnie, marketingowo wypada lepiej.
Swoją drogą zarówno 81-letni Biden, określany jako „śpiący Joe”, jak i 77-letni Trump nie należą do młodzieniaszków, jednak w tym wieku cztery lata to jest jednak spora różnica?
– Tak, to jest spora różnica, bo kondycja człowieka w wieku starczym może się załamać z miesiąca na miesiąc i wystarczy jakaś poważniejsza choroba, nawet infekcja, która może diametrycznie pogorszyć stan zdrowia. A widać, że Joe Biden jest człowiekiem schorowanym, ma też coraz więcej ograniczeń oraz pewne problemy z kontrolowaniem biegu zdarzeń, które się dzieją wokół niego.
Biden miał, zdaje się, być prezydentem tylko na jedną kadencję i miała go zastąpić młoda, dynamiczna wiceprezydent Kamala Harris. Jednak jej niekompetencja, popełniane błędy i słaba pozycja polityczna wykluczyły ją z możliwości ubiegania się o najwyższy urząd w państwie?
– Taka jest lewica – zwłaszcza ta skrajna, której przedstawicielką jest Kamala Harris. Wejdźmy na moment na polski grunt i spójrzmy na te wszystkie nowe „ministry” w lewicowo-liberalnym rządzie „koalicji 13 grudnia”, na ich kompetencje. Otóż w zetknięciu z rzeczywistością wypadają marnie podobnie jak za Oceanem Kamala Harrris. Widzimy więc, że w obu przypadkach króluje ideologia i nic po za tym, a to się racjonalnie myślącym ludziom coraz mniej podoba.
Joe Biden pod koniec 2023 roku w Bostonie stwierdził, że zapewne nie startowałby ponownie w walce o Biały Dom, gdyby o najwyższy urząd w państwie – raz jeszcze – nie ubiegał się jego poprzednik, czyli Donald Trump. Widać więc intencje…
– No cóż, jest to jakiś argument, ale uczciwie rzecz biorąc słaby. To pokazuje też, że Partia Republikańska ma niesamowite braki kadrowe, skoro musi stawiać na ludzi w mocno zaawansowanym wieku emerytalnym.
Czy wszystko jest dobrze ze społeczeństwem amerykańskim, czy nie ma tam młodszych, bardziej sprawnych polityków, kandydatów, oczywiście niczego nie odmawiając ludziom w wieku podeszłym, ale mimo wszystko ze zrozumiałych względów z pewnymi ograniczeniami?
– Widać, że nawet jeśli kandydaci się pojawiają, to słabi. I pewnie to jest też jakiś znak, obraz czasów, w jakich żyjemy, że mamy do czynienia z ludźmi – zarówno w wychowaniu, jak i kulturze – mało wyrazistymi, bez charyzmy, bez szczególnych cech przywódczych – skoro nawet starcy są w stanie ich wyprzedzić w popularności, w działaniach politycznych, w tym również w walce o najwyższe urzędy, w tym urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych było, nie było światowego mocarstwa militarnego i gospodarczego.
Tymczasem sytuacja geopolityczna na świecie jest zaogniona, bo z jednej strony mamy wojnę na Ukrainie, ale bardzo niebezpieczne wieści napływają także ze Strefy Gazy, gdzie w wyniku izraelskich działań śmierć poniosło już ponad 30 tysięcy Palestyńczyków. Ostatnio w wyniku ataku na konwój humanitarny zginęło siedmiu wolontariuszy, w tym Polak. Czy ta sytuacja też może się przełożyć na wynik wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych?
– Proszę pamiętać, że establishment w Stanach Zjednoczonych jest w dużej mierze proizraelski. I tutaj w zestawieniu Biden – Trump bardziej proizraelski był jednak Trump, co może mieć jakiś, ale śladowy wpływ. Natomiast wydaje się, że o wiele bardziej Amerykanów martwi sytuacja wewnętrzna, a nie sytuacja międzynarodowa. Myślę, że kwestie polityki zagranicznej dla społeczeństwa amerykańskiego są dzisiaj drugorzędne.
Swoją drogą, czy Izrael sobie nie pozwala za dużo, czy nadużywając siły, właściwie łamiąc prawo międzynarodowe, nie czuje się bezkarnie? Czy Izraelowi można więcej?
– Dokładnie tak. Izraelowi można więcej, bo ma nad sobą parasol ochronny Stanów Zjednoczonych. I to jest główna przyczyna, po za tym wiemy, że Izrael posiada broń nuklearną, co daje mu pewną przewagę manewru geopolitycznego – większą niż mają inni. Wszelkie sankcje wobec Izraela są blokowane przez Waszyngton, co powoduje, że Izrael się rozzuchwala i gra bardzo bezczelnie – zwłaszcza kiedy w Jerozolimie mają nacjonalistyczny rząd. Mówiąc wprost, mamy w tej chwili do czynienia ze zbrodniami wojennymi na ludności palestyńskiej, które w ogóle nie są osądzane. Sytuacja jest więc kuriozalna.
To chyba zakrawa na porażkę i to nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale w ogóle szeroko rozumianego Zachodu?
– Tak, Zachód się kompromituje i to na całej linii. Tyle słyszymy o prawach człowieka, natomiast kiedy te prawa są w sposób ewidentny, perfidny łamane i dość często dochodzi do zbrodni, to pojawiają się tylko wyrazy oburzenia, ale nic ponadto. Wyrazy oburzenia, zaniepokojenia społeczności międzynarodowej nic nie znaczą, kiedy Izrael nic sobie z tego nie robi. Swoją drogą atak na konwój humanitarny, w którym zginął młody Polak, nie był jedynym, bo słyszymy, że ludność cywilna w Strefie Gazy jest co rusz atakowana. Giną dzieci, kobiety, starcy, giną niewinni ludzie. Nie można więc mówić, że walczy się z terroryzmem, samemu stosując terror, i to zwielokrotniony w porównaniu z tym, który był stosowany wobec Izraela. Potępialiśmy działania Hamasu, więc tym bardziej teraz nie możemy przymykać oczu na bestialstwo Izraelczyków.
Po ostatnim wydarzeniu związanym z atakiem na konwój humanitarny i zabójstwem wolontariuszy pojawia się coraz więcej głosów dotyczących wstrzymania dostaw broni dla Izraela. Pana zdaniem to możliwe?
– Przyznam, że nie widzę tego, chyba żeby sama administracja Joe Bidena była niezadowolona z tego, co się dzieje – zresztą są tego sygnały płynące do Izraela. Widać jednak, że władze w Jerozolimie czują się pewnie i nic sobie z tego nie robią.
Są także głosy, że wojna Izraela w Hamasem może rzutować, a nawet przekreślić szanse Joe Bidena na reelekcję?
– Trudno powiedzieć. Odnoszę jednak wrażenie, że większość Amerykanów żyje dzisiaj bardziej tym, jaki jest stan gospodarki, jaki jest ich poziom życia, ponadto dają tam też znać o sobie bardzo głębokie ideologiczne wewnętrzne spory. Wobec powyższego sprawy polityki międzynarodowej, w tym także to, co dzieje się w Izraelu, owszem, mają swoją rangę, ale nie wiem, czy to przeważy, czy w ogóle będzie rzutowało na wybór prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki