Przypadek czy rosyjska prowokacja?
Poniedziałek, 25 marca 2024 (16:01)Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem
Nad Polską, zresztą kolejny już raz, znalazła się rosyjska rakieta manewrująca, tymczasem słyszymy, że procedury zadziałały. O jakich procedurach mowa, skoro rakieta sobie wleciała i wyleciała.
A gdyby tak spadła?
– Trudno mi powiedzieć, jakie w resorcie obrony są procedury i czy w ogóle jakieś są. Po prostu musimy wierzyć na słowo, że te procedury są i w tym wypadku zostały zastosowane. Na szczęście ta rosyjska rakieta nie poleciała dalej w polskiej przestrzeni powietrznej i nie spadła na ziemię, czyniąc szkody, tak jak to się stało w Przewodowie, gdzie zginęły dwie osoby. Owszem, słyszymy zapewnienia kierownictwa Ministerstwa Obrony Narodowej, że są procedury, że działają podobnie jak komunikacja, ale co i jak, tego nie wiemy.
Pana uspokajają słowa wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, który stwierdził, że „pocisk był cały czas monitorowany przez polskie systemy radiolokacyjne; gdyby zmierzał w kierunku celu w Polsce, zostałby zestrzelony”?
– Miejmy nadzieję, że to prawda, że nie są to tylko słowa mające uspokoić polskie społeczeństwo. Pamiętajmy, że Polska ma w swojej historii okres, kiedy systemu obrony powietrznej praktycznie w ogóle nie było. Owszem, mieliśmy trochę starych systemów rakietowych, które jeszcze ja modernizowałem w 1998 roku jako pierwszy zastępca ministra obrony. Wtedy zrobiliśmy modernizację zestawów Newa oraz systemów przeciwlotniczych S-300. Pamiętam też doskonale, co powiedzieli ci, którzy się tym zajmowali, mianowicie że to jest ostatnia modernizacja, jaką możemy zrobić, bo dalej tego sprzętu modernizować się po prostu nie da. Dlatego trzeba przystąpić do procedur zakupu nowych systemów rakietowych i należy to zrobić nie później niż w 2004 roku.
Jednak niczego takiego nie zrobiono…
– To prawda. Ja zostałem wyrzucony z MON w 2001 roku
i później żadnych prac, jeśli chodzi o wspomniane systemy obrony powietrznej, nie podjęto. Stąd dysponowaliśmy starzejącymi się rakietami, których na dodatek z każdym rokiem było coraz mniej, bo trzeba je było przeznaczać na złom. To powodowało, że niewiele tego sprzętu zostało, jeśli chodzi o nasze możliwości obrony. Z czasem pojawiły się projekty, żeby zakupić patrioty itd. Później były pomysły budowy tarczy wielowarstwowej i w okresie rządów Zjednoczonej Prawicy ten program zaczął dojrzewać i był realizowany. I te systemy, mam nadzieję, dzisiaj powstają na kilku poziomach – mianowicie na najniższym system Narew i rakiety Piorun oraz na wyższym piętrze – system Wisła i rakiety Patriot. Swoją drogą tych baterii patriotów w Polsce jest już parę, zdaje się, że taka bateria jest zainstalowana m.in. w okolicach Warszawy, o czym mówił jeszcze min. Mariusz Błaszczak. Natomiast na jakim etapie jesteśmy, jeśli chodzi o cały system, to nie wiadomo – raz, że jest to objęte tajemnicą, a dwa – nie słychać jakichś głośnych opowieści, że coś nowego się pojawiło, jeśli chodzi o obronę przeciwlotniczą. Zatem nie wiadomo, co jest. Natomiast Rosjanie też nie wiedzą, czym dysponujemy, w związku z tym co jakiś czas wysyłają nam jakiś balon próbny, testowy – rakietę, żeby sprawdzić, jakie zasoby posiadamy.
Czy jednak powinniśmy te rekonesanse rosyjskich rakiet traktować ulgowo, licząc, że może nie spadną, i jak wleciały na nasze terytorium, to także wylecą?
– Zdaje się, że dominuje pogląd, że jak taka rakieta wleciała, to i wyleci. Byłbym spokojniejszy, gdybym wiedział, że resort obrony ściągnął do Polski dużo systemów obrony przestrzeni powietrznej i nasza tarcza antyrakietowa stała się faktem. Jednak patrząc, że w tej chwili nowa władza, także nowe kierownictwo MON zajmuje się audytami i zastanawia się, czy projekty oraz zakupy uzbrojenia, jakie zaczęło realizować poprzednie kierownictwo, to było dobre posunięcie i czy należy ten kierunek kontynuować, to obawiam się, że z takimi ekspertami, fachowcami jesteśmy niestety na etapie, kiedy możemy tylko śledzić przelot tego typu rakiet.
Rosyjski pocisk, który naruszył naszą przestrzeń powietrzną, przebywał w niej przez 39 sekund. Może należało go zestrzelić?
– Trudno powiedzieć, jaki jest czas reakcji naszych systemów obrony przestrzeni powietrznej, przy założeniu, że one w ogóle są. Nie wiem też, jakie są zdolności rozpoznania, gdzie taka rakieta leci. Dlatego nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Żeby zająć rzeczowe stanowisko, to najpierw trzeba mieć dostęp do informacji tajnych. Co więcej, nawet przy założeniu, że miałbym taką możliwość, to tym bardziej nie mógłbym nic powiedzieć.
Czemu miała służyć informacja o poderwaniu polskich myśliwców?
– Poprawie samopoczucia… Tak czy inaczej to wczorajsze zdarzenie pokazuje, że cały czas zagrożenie istnieje.
Z wiadomych względów nie wiemy, co mówią służby wywiadowcze, jeśli chodzi o rozpoznanie zamiarów rosyjskich. Natomiast wszystkie ostrzeżenia, które kierują różni eksperci po stronie zachodniej, wskazują wyraźnie, że może dojść do rozmaitych uderzeń itd. Również pogróżki, jakie formułuje strona rosyjska także pod adresem Polski, każą nam podejrzewać, że jakieś uderzenie nam grozi.
A jaka jest opinia Pana Profesora?
– Osobiście uważam, że to, co robią Rosjanie, tzn. manewrowanie rakietami w pobliżu, czy nawet nad naszym terytorium, to przygotowanie do tego, żeby w nas uderzyć w sytuacji, kiedy Moskwa uzna, że można.
Ile mamy czasu, zanim Moskwa zdoła odtworzyć swoje zdolności operacyjne, żebyśmy mogli się przygotować do ewentualnej agresji rosyjskiej i móc odeprzeć ewentualny atak?
– Różni eksperci podają różny czas. Do niedawna mówiło się o trzech latach, w ciągu których coś się wydarzy. Zakładam więc, że pierwszy rok z trzech wymienionych już trwa. Jest więc pytanie, co w tym czasie, który mamy, zostanie zrobione, żeby w razie jakiegoś uderzenia się obronić, móc je odeprzeć. Oczywiście to uderzenie, jakie może nas dotknąć, wcale nie musi oznaczać agresji lądowej wrogich wojsk, dajmy na to ataku jednostek pancernych na Warszawę, tylko może to być uderzenie jakąś rakietą w określone miejsce na terytorium Polski. To z pewnością skomplikowałoby naszą sytuację i pytanie brzmi, co wtedy zrobimy, jak się zachowa Polska, polskie władze, i jak się zachowają nasi sojusznicy, Europa itd. Jak wiemy, strona rosyjska prowadzi swoją agresywną politykę nie tylko przy pomocy wojska, a więc za pośrednictwem działań wojennych, jak to ma miejsce w tej chwili na Ukrainie, ale działa na wszelkie inne sposoby. Atak tzw. hybrydowy, który cały czas jest przypuszczany na granicy polsko-białoruskiej, jest jednym z elementów tej agresywnej postawy Rosji. Manewry tymi rakietami to też jest element tej wrogiej polityki Rosji. Nie można więc wykluczyć, że w końcu jakaś rakieta spadnie na terytorium Polski.
Czy broń, jaką w tym momencie dysponujemy, jest w stanie odstraszyć Putina przed ewentualną agresją na Polskę?
– Jeśli zapowiadany i – jak mniemam – budowany system obrony powietrznej stanie się faktem, to z pewnością będzie to element powstrzymujący działania i agresję Rosji. Niewątpliwie będzie to bariera zabezpieczająca, której agresorowi nie będzie łatwo przekroczyć. Moskwa, podejmując taką decyzję i takie działania, będzie miała świadomość, że będzie to trudne zadanie. Dlatego zamiast bilansów otwarcia, rozmaitych audytów, trzeba się brać do roboty. Zaniedbania, jeśli chodzi o nasz sektor militarny, są bowiem ogromne. Niestety, straciliśmy dużo czasu, zamiast działać, budować krok po kroku nasze zdolności militarne. W swojej książce pt. „Stracone dziesięciolecie. Czy będziemy mądrzy przed szkodą?” obejmującej lata 2007--2017, a więc także dwa lata rządów Zjednoczonej Prawicy, wskazuję, że zamiast budować system obrony Polski, który zagwarantowałby bezpieczeństwo naszych granic, zmarnowaliśmy czas. Owszem, rząd Zjednoczonej Prawicy podjął naprawę tego systemu, ale stosunkowo wolno. Być może – zwłaszcza na początku pierwszej kadencji – nie było odpowiednich warunków, żeby zgromadzić większe środki na budowę i modernizację naszych sił zbrojnych
i w sposób bardziej konkretny do tego podejść. Zawsze podnosiłem, wciąż podnoszę i twierdzę, że naszą zasadniczą wadą jest brak strategii obronności, przy czym proszę nie mylić tego ze strategią bezpieczeństwa państwa. Otóż strategia bezpieczeństwa państwa dotyczy całego państwa we wszystkich jego obszarach, natomiast strategia obronności dotyczy tylko kwestii militarnych, sił zbrojnych i obrony w razie zagrożenia wojennego. Tej strategii, niestety, wciąż nie mamy, nie została ona opracowana ani pod rządami Zjednoczonej Prawicy, ani nie widać i nie słychać również dzisiaj – po stu dniach funkcjonowania „koalicji 13 grudnia” – żeby jakieś prace
w tym zakresie były podejmowane. Jeśli więc tak zasadniczego dokumentu kierunkowego, jak strategia obronności, Polska nie ma, źle to wygląda.
Jest za to ustawa o obronie Ojczyzny…
– Owszem, ustawa o obronie Ojczyzny z marca 2022 roku to spory plus, natomiast tego, co powinno być w naszej obronności, jakie powinny być siły zbrojne, w jakim kierunku mamy podążać, ciągle nie mamy. Bez strategii obronności wszystkie działania są podejmowane bardziej na zasadzie intuicji, bo przecież wiadomo, że przestrzeni powietrznej trzeba bronić, wiadomo też, że trzeba mieć odpowiednie rozpoznanie tego, co się dzieje, a więc dobrze byłoby mieć rozpoznanie satelitarne, różnego rodzaju środki wczesnego ostrzegania itd. To są sprawy wiadome, ale to wszystko są intuicje, natomiast strategii obronności Rzeczypospolitej nie posiadamy.
Za to mamy ekipę resetu przy władzy. Czy ci ludzie z Tuskiem i od Tuska są w ogóle
w stanie zapewnić Polsce odpowiedni stan uzbrojenia i bezpieczeństwo?
– Niestety, kiedy pomyślę o tym, kto nami dzisiaj rządzi, kto ma odpowiadać za bezpieczeństwo państwa polskiego w tych niespokojnych czasach, to przyznam, że cierpnie mi skóra. Jestem pełen obaw, kiedy widzę, jakie zmiany są dokonywane, kto przejmuje stanowiska, również w Ministerstwie Obrony Narodowej. Powiedziałbym, że na każdym odcinku widać tam błędy, że dobrze nie jest.