• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Falstart komisji, która miała być szlagierem

Niedziela, 17 marca 2024 (19:32)

Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem

Miała być sensacja, porażka prezesa Jarosława Kaczyńskiego, tymczasem pierwsza odsłona komisji śledczej ds. Pegasusa pogrążyła, ale chyba obecnie rządzącą ekipę?

– Wyszło, że zamiast komisji śledczej mamy cyrk, igrzyska. Tylko że aktorzy tego marnego spektaklu – politycy formacji rządzącej – zasiadający w tej komisji,
nie byli przygotowani do pracy. Nie można formułować zarzutów wobec kogoś, nie mając żadnych dowodów. Jedynym członkiem komisji śledczej ds. Pegasusa, który był na tyle przytomny i o tym powiedział wyraźnie,
był poseł Przemysław Wipler, który stwierdził, że
z dokumentów, którymi na dzisiaj dysponuje komisja,
nic nie wskazuje na to, żeby osobą w tym temacie decydującą był prezes Jarosław Kaczyński. Dlatego
– w jego ocenie – błędem było na tym etapie, nie posiadając nawet wiedzy bazowej, wzywanie prezesa Prawa i Sprawiedliwości.

To dlaczego jako jednego z pierwszych świadków wezwano właśnie prezesa Kaczyńskiego? Zazwyczaj główne postacie,
a na taką w różnych wypowiedziach polityków formacji rządzących kreowano Jarosława Kaczyńskiego, zostawia się na koniec…    

– Tak jest, na deser. Tutaj mamy zaś ciekawą sytuację, bo komisja rozpoczęła pracę, mówi o sprawie, nie opierając się właściwie na żadnych dokumentach. Tezy stawiane przez członków komisji właściwie dotyczą tego, że ktoś
coś powiedział, ktoś gdzieś coś słyszał, ktoś gdzieś coś przeczytał – nie bardzo wiadomo gdzie, a to jakiś dziennikarz coś napisał, zasugerował, ale nic konkretnego. Sprawa jest ciekawa, bo przed tego typu komisją każdy składa ślubowanie pod groźbą odpowiedzialności karnej, czyli wszystkie zeznania obarczone są określonymi konsekwencjami. Skoro komisja nie opiera się na dokumentach, to jak wyciągać konsekwencje polityczne, które muszą się opierać, bazować na faktach. Takimi faktami mogą być dokumenty, wytyczne, nagrania
z podsłuchów czy innego rodzaju materiały operacyjne. Przypomnę, że w poprzedniej kadencji Senatu funkcjonowała specjalna komisja ds. Pegasusa, było bicie piany i nic. Za chwilę minie sto dni od zaprzysiężenia rządu Donalda Tuska i wychodzi na to, że gremium sejmowej komisji śledczej ds. Pegasusa nie jest nawet uzbrojone
w żadne konkretne dokumenty, materiały. Tymczasem pamiętamy wystąpienie Donalda Tuska podczas posiedzenia Rady Gabinetowej zwołanej w lutym br. przez prezydenta Andrzeja Dudę, kiedy trzymając plik papierów w rękach, premier mówił ze zmarszczonym czołem, że jest lista polityków podsłuchiwanych Pegasusem, że coś jest
na rzeczy. Tymczasem mijają kolejne tygodnie, Tusk
z koalicjantami, także tymi, którzy podobno byli prześladowani, gnębieni przez służby i PiS, ma pełnię władzy i jakoś żadnych dowodów nie znaleźli. Jeśli ktoś ma twarde dowody, a tak wynikało z wypowiedzi Tuska oraz innych polityków „koalicji 13 grudnia”, że mieliśmy wręcz do czynienia z inwigilacją na masową skalę, że były to działania władzy PiS przeciw obywatelom, że jest lista poszkodowanych, to gdzie to wszystko jest? Przed komisję zapraszany jest prezes Kaczyński, robi się wokół tego spektakl, jest zapowiedź sensacji, a na razie nie ma żadnych dowodów, za to mamy jakiś naleśnikowy pasztet!

Skoro mowa o dokumentach, które Tusk miał przekazać prezydentowi, to w tej kwestii wypowiedział się prezydencki minister Marcin Mastalerek, mówiąc,
że kiedy zgasły światła kamer, kiedy dziennikarze opuścili salę posiedzenia,
Tusk nie przekazał prezydentowi żadnych dokumentów w sprawie Pegasusa.  

– To tylko pokazuje, że Tusk i formacja rządząca odgrywają polityczny, medialny spektakl. Skoro tak, to jak można traktować w sposób poważny komisję ds. Pegasusa, która nie opierając się na żadnych dowodach, stawia tezy, formułuje zarzuty itd. Myślę, że zanim to gremium rozpoczęło przesłuchania świadków, powinno spędzić kilka tygodni, szukając dokumentów, dowodów. Nie wiem,
czy jej członkowie mają, ale powinni mieć dostęp do materiałów niejawnych, do odtajnienia interesujących
ich dokumentów. Potrzebny jest czas na przestudiowanie dokumentów, archiwów itd. Tymczasem pracę komisji rozpoczęto od show. Zgromadzili się członkowie komisji, zaprosili świadków i wypytują ich o rzeczy techniczne
w sprawie Pegasusa, które są powszechnie znane. Pierwszy świadek, profesor Zakładu Systemów Bezpieczeństwa Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni dr hab. Jerzy Kosiński, mówił, że właściwie wszystkie państwa w Europie mają wszelakiego rodzaju sposoby działań operacyjnych,
w tym także Pegasusa, bądź inne oprogramowania inwigilacyjne. To pokazuje, że cały czas jest to kluczenie przez członków komisji wokół sprawy bez konkretnych odniesień. To znaczy, że tzw. cała afera Pegasusa jest nadmuchana i właśnie zaczęło z niej schodzić powietrze. Skoro na pierwszy rzut wzywa się prezesa PiS, którego przesłuchanie miało być najważniejsze, kluczowe, miało mieć najcięższy ciężar gatunkowy, a widzieliśmy, jak to wyglądało, to znaczy, że kolejne podejścia, kolejne posiedzenia tej komisji będą niczym przysłowiowe flaki
z olejem, bo właściwie nie będzie już o czym rozmawiać. Mieliśmy zatem falstart czegoś, co miało być szlagierem.

Czemu zatem ma służyć ten – jak to Pan określił – cyrk?   

– To jest nic innego jak próba skoncentrowania uwagi polskiego społeczeństwa na sprawie medialnej, na sprawach trzeciorzędnych. Polska po rządach Zjednoczonej Prawicy jest w dobrej kondycji gospodarczej, ekonomicznej i to nie pasuje do narracji Platformy, że Polska jest w ruinie. Nie ma żadnej katastrofy. Trzeba więc to wszystko przykryć, także to, co mówił prezes Adam Glapiński, że jesteśmy w celu inflacyjnym. Temu ma służyć ta oraz pozostałe dwie komisje śledcze, które mają zgromadzić ludzi przed telewizorami i pokazać złe oblicze PiS. Ekrany telewizyjne mają być wypełnione tematami, które mogą się przydać rządzącym w kampanii samorządowej oraz przed czerwcowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego.

W tej kampanijnej grze nie ma żadnej konkretnej działalności parlamentu.

– Parlament nie działa, nie tworzy prawa, nie uchwala ustaw potrzebnych Polsce i Polakom. Posiedzenia Sejmu marszałek Szymon Hołownia traktuje jak reality show,
w którym chce odgrywać najważniejszą rolę. Przy tym jest tak bardzo zadufany w sobie, że nie zauważa, iż zaczyna to być śmieszne. Tymczasem Sejm to nie kabaret. To, czego jesteśmy świadkami, to przestaje być śmieszne, ale staje się żałosne, że druga osoba w państwie polskim traci kontakt z rzeczywistością. Tego wszystkiego nie da się przykryć pseudoaferami, jak chociażby tzw. afera wizowa, która – według Tuska i akolitów – miała obejmować setki tysięcy wiz wydanych nielegalnie, a faktycznie dotyczy dwustu czy trzystu wiz, na czym kilku cwaniaków próbowało zrobić pieniądze. Oczywiście nikt nie kwestionował i nie kwestionuje nadużycia, bo takie było, ale skala jest dokładnie taka, jak mówiło to poprzednie kierownictwo resortu spraw zagranicznych. To samo dotyczy tzw. afery z Pegasusem. Swoją drogą, skoro jest afera, to gdzie są pokrzywdzeni, gdzie są dokumenty świadczące o nadużyciach itd. Skoro mowa o Pegasusie, to może warto się zastanowić, czy na terenie Polski mogą być placówki zagraniczne, gdzie Pegasus mógł być używany przeciwko Polsce i Polakom? Jeżeli tak, to może się okazać, że ten system inwigilacji nie był stosowany przez
polskie służby, tylko przez służby państw trzecich,
i wykorzystywany jako element gry politycznej na terenie Polski, jak wspomniałem, przeciwko Polsce. Tego wątku nie słyszę, ale skoro można zhakować systemy państw na różnych poziomach, zatrzymać kolej czy sparaliżować wybory, to czy w tym przypadku nie możemy mieć do czynienia z grą, w którą została wkręcona cała polska klasa polityczna. Co więcej, skoro słyszymy, że sam sędzia Igor 
Tuleya twierdzi, że to bardzo prawdopodobne, że mógł wyrażać zgodę na używanie Pegasusa, to jest to dowód,
że inwigilacja była poprzedzona procedurą sądową. Nie jest zatem tak, że ktoś dzierżył w ręku jakiś magiczny guzik
i mógł podsłuchiwać kogo chciał. To pokazuje, że cała ta narracja opozycji, że PiS inwigilowało, kogo chciało, po prostu się rozchodzi.

Na jak długo starczy tego paliwa?

– Formacja, której przewodzi Tusk, ma świadomość, że jeśli Polacy się zorientują, że zgadza się na wszystko,
co zaproponuje Berlin i Bruksela – nawet jeśli jest to szkodliwe dla Polski i Polaków, to mogą przegrać wybory do Parlamentu Europejskiego. Wychodzi na jaw to, co od dawna mówiła Zjednoczona Prawica, że wszystkie te programy ekologiczne, cała ta ideologia Europejskiego Zielonego Ładu są niekorzystne dla ludzi i dla środowiska, a co za tym idzie – tracą rację bytu. To nonsens, że jeszcze niedawno nakazywano nam wymianę kotłów na gazowe,
a teraz nakazuje się odchodzenie od gazu, który był ekologiczny, czysty, a nagle okazuje się, że nie jest ekologiczny.

Mówili to Niemcy, kiedy działał Nord Stream i tanio kupowali gaz od Rosji. Teraz jednak wojna zweryfikowała ten interes.

– Dokładnie tak. Jednocześnie musieliśmy kupować niemieckie technologie i urządzenia, piece gazowe, dając zarobić naszym zachodnim sąsiadom. I tak ten interes się kręcił. Skończył się gaz, skończył się interes. Co więcej,
już nie tylko gaz jest zły, nieekologiczny, ale też węgiel, dlatego kopalnie mają przejść do historii, chyba że Niemcom i Brukseli znów się coś odwidzi.To jest jakaś chora wizja, bo wszystko opiera się na energii elektrycznej. Jeśli więc po roku 2040 elektrociepłownie nie będą mogły korzystać z węgla, a jak dotąd nie mamy elektrowni jądrowych, to zostaniemy przy świeczkach, bo skąd weźmiemy prąd.    

Zawsze będziemy mogli kupić od Niemiec…

– I chyba w tym kierunku to zmierza. Cały ten cyrk pokazuje, że ocieramy się o jakieś nierealne rzeczy, o jakieś mrzonki, ktoś próbuje stworzyć nam nierzeczywisty świat, który zmierza ku samozagładzie. Jeśli dodamy do tego, że już od 1 kwietnia w Polsce wraca stare, czyli rząd Tuska podwyższy obniżony przez rząd PiS VAT na żywność, to pokazuje, że ta władza potrafi tylko zabierać, ograniczać, stosować restrykcje, co jest antyspołeczne.
Dla nich widocznie pięcioprocentowy VAT na żywność jest bardziej uczciwy niż zerowa stawka. Chciałbym zobaczyć
w oczach sympatyków Tuska entuzjazm, że wreszcie będą płacić za żywność z VAT. Jednak to nie wszystko, bo od lipca to samo czeka nas z prądem, w odstawkę idą też wakacje kredytowe i to są realne skutki rządzenia „koalicji 13 grudnia”. Zaczyna wychodzić szydło z worka, a ze słynnych stu obietnic wyborczych na sto dni zostało spełnionych bodajże sześć czy siedem. Ale skoro to wszystko, co obiecywał Tusk, to były przenośnie, skróty myślowe, to nie dziwmy się, że tego nie ma – może
z wyjątkiem stu ministrów i wiceministrów w rządzie, czym Tusk pobił wszystkie rekordy. Jeśli do tego dodamy zgrzyty w koalicji, których jest coraz więcej, to widać, że cały ten konglomerat przybiera ciekawe oblicze. Tusk z Lewicą punktuje Trzecią Drogę – przede wszystkim Hołownię.
Dał się wystrzelać Hołowni, bo widocznie chce go zmarginalizować, biorąc pod uwagę wybory prezydenckie, co więcej, chce przejąć to środowisko, podobnie jak elektorat Lewicy, które zaczyna skakać sobie do gardeł,
a on ma wyjść jako rozjemca i ojciec narodu. Myślę, że tym samym Hołownia kończy swoją jeszcze na dobrą sprawę nierozpoczętą kampanię prezydencką, a swoje ambicje, zdaje się, będzie musiał schować do kieszeni.    

               Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki