• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Św. Andrzej Bobola - Orędownik Polski w niebie

Będę jej głównym patronem

Poniedziałek, 29 stycznia 2024 (09:47)

Święty męczennik przybywa Ojczyźnie z pomocą.

Działo się to w Pińsku na Polesiu (dziś Białoruś) 16 kwietnia 1702 roku, miesiąc przed 45. rocznicą chwalebnego męczeństwa i śmierci ks. Andrzeja Boboli. Od dwóch lat trwała już tzw. wojna północna, która budziła powszechną grozę i przerażenie. W czasie narastającego lęku i zamętu w niedzielny wieczór przełożony jezuickiego konwentu w Pińsku nad Piną ks. Marcin Godebski pogrążył się z przejęciem w serdecznej i gorliwej modlitwie w zaciszu swojej zakonnej celi.

Pierwsza interwencja świętego w dzieje Polski

Ksiądz Marcin Godebski był także rektorem słynnego na całą Polskę jezuickiego kolegium, w którym przed półwieczem mieszkał Andrzej Bobola, żarliwy apostoł i obrońca polskich Kresów, szczególnie najuboższej wtedy ich części, czyli Pińszczyzny.

Nagle – podczas modlitwy – objawiła się ks. Godebskiemu jakaś nieznana postać w jezuickiej sutannie o budzącej sympatię świetlistej i niezwykle dobrotliwej twarzy. Rektor patrzył na zjawę nie z tego świata – jak później zeznawał – bez żadnego lęku. „Szukasz patrona, który ochroni nasze kolegium przed nadciągającą wojną? – zapytał księdza rektora Godebskiego przybysz z zaświatów. – Oto masz mnie. Jestem przecież twoim współbratem. To ja, Andrzej Bobola, zabity przez kozaków w obronie wiary. Odszukaj moje ciało. Bożą wolą jest bowiem, żebyś mnie oddzielił od innych” – powiedział wysłannik z nieba i dodał, że uprosi u Boga ocalenie zarówno kolegium, jak i klasztoru przed zniszczeniem przez zbrojne oddziały nieprzyjaciół.

Zdumiony i przejęty krótkim widzeniem rektor nie zmrużył już tej nocy oka i przez kolejny dzień zdawał współbraciom relację o niezwykłym nocnym zdarzeniu.

Tam szukajcie, a znajdziecie

Nikt z aktualnych mieszkańców konwentu nie pamiętał już męczennika. Nocna wizja stała się szybko w Pińsku głośna i wzbudziła wielkie i zrozumiałe zainteresowanie pińszczan. Do rektora przyszedł parafianin Józef Szczerbicki, który przyniósł przechowywaną w rodzinnej biblioteczce kartkę z nazwiskami zmarłych pochowanych w podziemiach kościoła jezuitów w Pińsku. W sporządzonym wykazie widniał zapis o treści: „Ks. Andrzej Bobola, 16 maja 1657 roku, okrutnie zamordowany w Janowie przez niegodziwych Kozaków, rozmaicie dręczony, w końcu odarty ze skóry, pochowany przed wielkim ołtarzem”. Wiadomo już było, gdzie należy szukać trumny.

W kolejną noc, z 18 na 19 kwietnia 1702 roku, Andrzej Bobola objawił się – tym razem we śnie – miejscowemu zakrystianowi Prokopowi Łukaszewiczowi, instruując go nader dokładnie, gdzie znajduje się miejsce pochówku jego doczesnych szczątków. „Ciało moje znajduje się w ziemi, w rogu piwnicy, po lewej stronie, tam szukajcie, a znajdziecie!” – wskazał męczennik. Nazajutrz w podziemiach wszczęto poszukiwania trumny Andrzeja Boboli. Po trzech godzinach pracy odnaleziono miejsce jej zakopania.

Po otwarciu trumny wszyscy uczestniczący w tej czynności doznali szoku. Zobaczyli zmarłego jakby niezbyt dawno pochowanego. Całe ciało męczennika było nadzwyczaj dobrze zachowane, nosiło wyraźne ślady tortur i męczeństwa. Widoczne były zmasakrowana twarz oraz odcięty nos i wargi. Taki stan zachowania ciała uznano za ewidentny cud. Na wieku trumny leżał krzyż z napisem po łacinie: „Pater Andreas Societatis Iesu a Cosacis occisus”, czyli „Ojciec Andrzej, jezuita, przez kozaków zamordowany”.

Rektor ks. Godebski rozpoznał w zmarłym postać, która nawiedziła go pamiętnej nocy 16 kwietnia. Mimo kilkudziesięciu lat przechowywania w wilgotnej krypcie (niedaleko przecież płynącej rzeki Piny) ciało nie miało żadnych oznak rozkładu.

Zmarłemu zmieniono tylko czarną jezuicką sutannę na nową. Tak samo uczyniono z ornatem, po czym z czcią przełożono jego doczesne szczątki do nowej trumny.

W uroczystej procesji i asyście niezliczonych księży oraz biskupa z Łucka Aleksandra Wyhowskiego, a także tłumów wiernych ciało męczennika ze czcią przeniesiono do osobnej krypty w podziemiach z okienkiem, przed którym od tej pory modlili się napływający nawet z odległych stron pielgrzymi. Radość w mieście była przeogromna, gdyż zarówno jezuickie kolegium, jak i Pińsk otrzymały swojego oczywistego patrona męczennika. Kult Andrzeja Boboli rósł lawinowo i szybko wyszedł daleko poza Polesie. Za wstawiennictwem wielkiego obrońcy wiary, którego ciało Bóg cudownie zachował od rozkładu, wypraszano wiele nadzwyczajnych łask.

Z dalekich od Pińska stron zaczęły ciągnąć liczne pielgrzymki do relikwii wielkiego męczennika. Rozpoczęto starania o beatyfikację. Przerwały je tragiczne rozbiory i mściwa kasata zasłużonego zakonu jezuitów dokonana w 1773 roku. Kolegium jezuickie – tak jak święty przyrzekł rektorowi ks. Godebskiemu – wraz z kościołem i klasztorem bezpiecznie ocalało nie tylko podczas wojny północnej. Zachowane zostało od zniszczenia także podczas wszystkich innych późniejszych, jakże licznych na tej ziemi zawieruch dziejowych, a nawet w czasach demonicznej rewolucji październikowej. O fascynujących wędrówkach skradzionych przez czerwonych bolszewików relikwii przeczytamy za tydzień.

Polska zmartwychwstanie

W 1819 roku, gdy na mapach Europy od ćwierćwiecza nie było już Polski, miało miejsce kolejne niezwykłe wydarzenie. Nastąpiła druga, po odnalezieniu ciała świętego, jego interwencja w naszą historię. Oto pobożnemu i gorliwemu zakonnikowi Alojzemu Korzeniewskiemu (zm. 1833) w wileńskim klasztorze Dominikanów przy kościele pw. Świętego Ducha objawił się ks. Andrzej Bobola.

Zaangażowanemu w obronę Ojczyzny o. Alojzemu rosyjskie władze zabroniły nie tylko opuszczania klasztoru, ale też spowiadania i głoszenia kazań. Chodziło o to, by nie podnosił na duchu zniewolonego przez carat ludu ani nie przypominał wilnianom chwalebnej przeszłości Wilna i wielkich zwycięstw polskiego ducha i oręża.

Do zatroskanego o przyszłość zniewolonej Ojczyzny o. Alojzego Korzeniewskiego, podczas wieczornych pacierzy, przyszedł z nieba Andrzej Bobola. Ukazał mu wizję nadchodzącej wielkiej wojny narodów, jakby film o przyszłości. Sam o. Korzeniewski tak później opisał to niezwykłe, mistyczne doświadczenie: „Widziałem, jak na rozległej równinie toczyła się krwawa bitwa. Rzesze wojsk Moskali, Prusaków, Austriaków, Francuzów, Anglików oraz innych narodowości, które uderzyły na siebie wzajemnie. Walczyły ze sobą na śmierć i życie. Niebo płonęło od pożarnej łuny. Surowy, nieznośny cuch krwi przyprawiał o mdłości przerażonego widza”.

Wysłannik z nieba powiedział: „Nie lękaj się. Bóg wysłuchał twojej modlitwy i oto ja jestem przed tobą, ponieważ mnie wielokrotnie do siebie przyzywałeś. Pamiętaj! Gdy wojna, której obraz masz teraz przed sobą, zakończy się pokojem, Polska zostanie odbudowana i ja zostanę uznany jej głównym patronem”.

Zdumionemu dominikaninowi wypadł z rąk brewiarz i zapytał: „Czy to, co ja widzę, jest snem?”. Widząc oszołomienie o. Alojzego, przybysz z nieba dodał: „Widzenie twoje jest rzeczywiste, niezawodne i prawdziwe, zaś wszystko, co widziałeś, spełni się co do joty. Ja zaś, aby ci zostawić znak na potwierdzenie prawdziwości tego, co ujrzałeś i usłyszałeś, zanim cię opuszczę, wycisnę ślad mojej dłoni na twoim stole”. Nazajutrz przejmujący znak z zaświatów – odbitą dłoń, nawet z liniami papilarnymi – oglądali wszyscy ojcowie i bracia wileńskiego konwentu, a także inne osoby zaprzyjaźnione z klasztorem.

Dwa powyższe zdarzenia: w Pińsku w 1702 roku i Wilnie w 1819 roku, spotęgowały w polskim Narodzie rosnący nieustannie kult wielkiego męczennika. Czas zaborów i wykreślenie katolickiej Polski przez Rosję, Prusy i Austrię z map Europy nie sprzyjały beatyfikacji polskiego jezuity. Także kasata jezuitów na długi czas uniemożliwiła prowadzenie starań o jego wyniesienie na ołtarze. Ze szczególną zajadłością kult Boboli tępiła Rosja. Rósł on jednak lawinowo również wśród polskiej emigracji w Europie. Jezuici wraz z całą Polską przy różnych sposobnościach słali do Rzymu prośby o beatyfikację tak sławnego przecież męczennika.

Wiekopomna decyzja Piusa IX

W końcu, niezależnie od wszystkich gierek dyplomatycznych oraz mnożenia przez tajne służby zaborców przeszkód przeciw beatyfikacji Andrzeja Boboli, wielkim jej orędownikiem stał się niezwykły, za mało przypominany, wielki przyjaciel Polski – ks. kard. Giovanni Maria Mastai Ferretti, naprawdę wart naszej zbiorowej pamięci. Całym sercem popierał starania Polaków i polskiej emigracji o wyniesienie Boboli do chwały ołtarzy. Wreszcie 30 października 1853 roku – już jako Papież Pius IX (zm. 1878) – dokonał niezwykłego w swym wymiarze i symbolice aktu beatyfikacji ks. Andrzeja Boboli. Właśnie niedawno, bo 30 października ubiegłego roku, minęła 170. rocznica tego wyjątkowego wydarzenia, które zawdzięczamy Piusowi IX, nazywanemu „pierwszym polskim Papieżem”.

Dla podzielonej między zaborców Polski Błogosławiony Andrzej stał się nowym, duchowym patronem. Beatyfikacja niezwykle skonsolidowała zniewolony i z zaciekłością eksterminowany przez zaborców Naród Polski. Propolska i serdeczna postawa bł. Piusa IX dodała nowych sił Polakom. Nabraliśmy nadziei na lepszą przyszłość i wyrwanie się z okrutnej niewoli. Od czasów beatyfikacji przez 10 lat umocniły się duchowy zapał i pochód ku Powstaniu Styczniowemu 1863 roku, które – choć przegrane – otwarło już drogę do wolności. Można powiedzieć, że pierwszy tę drogę otworzył Pius IX, zdobywając się na wiekopomną decyzję beatyfikacji ks. Andrzeja Boboli. W historiografii zaborów za rzadko podkreśla się, jak wielką wagę miała konsolidacja w Narodzie w wyniku beatyfikacji. Ten fakt jest głównym fundamentem szczególnego patronatu świętego nad Polską. Wolę naszej walki o niepodległość ten sam „pierwszy polski Papież” umocnił, ogłaszając świętym Jozafata Kuncewicza (1867). To wtedy właśnie otrzymaliśmy od Piusa IX świecę niepodległości.

Uroczystość beatyfikacji męczennika

Cudem potrzebnym do wyniesienia Andrzeja na ołtarze było nagłe, całkowite i niewytłumaczalne uleczenie z dyzenterii i puchliny wodnej oraz choroby jelit dwóch dziewczynek: Marianny Florkowskiej i Katarzyny Brzozowskiej, oraz uzdrowienie ze szkorbutu nieznanego z imienia syna litewskiego szlachcica Jana Chmielnickiego.

30 października 1853 roku nad głównymi drzwiami bazyliki św. Piotra w Rzymie zawisł obraz Andrzeja Boboli przywiązanego do słupa i maltretowanego nieludzko przez kozackich oprawców. Jeden z elementów wystroju – szeroko potem komentowany – miał bardzo wymowne i symboliczne znaczenie. Zwyczajowo podczas każdej beatyfikacji zawieszało się po obu stronach papieskiego tronu dwa herby: Papieża i aktualnego władcy kraju, do którego należał błogosławiony. Tym razem – gdy nie istniało państwo polskie – przy tronie papieskim znalazły się po obu jego stronach dwa herby Piusa IX, co symbolizowało, że Namiestnik Chrystusa zastępuje króla Narodowi Polskiemu.

W Rosji ten odważny akt, jak i samo wyniesienie Polaka na ołtarze odebrano z nieukrywaną wściekłością. Car Mikołaj I Romanow, nazywany żandarmem Europy, natychmiast odwołał z Rzymu swojego ambasadora. Pokazowo kazał rozstrzelać sześciu Polaków służących przymusowo w armii rosyjskiej, którzy powiedzieli, że nie będą walczyć w obronie prawosławia.

Od 2002 roku św. Andrzej Bobola uchwałą polskiego Episkopatu wraz ze św. Wojciechem i św. Stanisławem czczony jest jako współpatron Polski. Doświadczyliśmy wielokrotnie, że w trudnych chwilach narodowej egzystencji zawsze towarzyszy nam wsparcie z nieba. Przykładem i ostoją dla nas, znowu cierpiących i upokarzanych, są święci polscy męczennicy, którzy sami cierpieli aż do ofiary z życia. Krzepią swoją postawą wszystkich, którzy doznają wszelkiej opresji ze strony tych, którzy ciągle chcą budować świat bez Boga i Jego praw, a wręcz przeciw Niemu.

Ks. Jerzy Banak, „Nasz Dziennik”