Cegła po cegle Tusk demontuje państwo polskie
Środa, 21 lutego 2024 (18:24)Rozmowa z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości
Ursula von der Leyen będzie kandydatką CDU do ponownego objęcia stanowiska przewodniczącej Komisji Europejskiej. Jaki jest bilans dotychczasowych rządów tej niemieckiej polityk?
– Kandydowanie Ursuli von der Leyen przypomina skądinąd znane chyba wszystkim w Polsce powiedzenie „Nie chcem, ale muszem!”. Mianowicie lata urzędowania von der Leyen na stanowisku szefowej Komisji Europejskiej kojarzą się z szeregiem błędów. Brak decyzji bądź decyzje złe, błędne w trudnych momentach funkcjonowania Unii Europejskiej – jak pandemia koronawirusa, wojna na Ukrainie i związane z tym kryzysy: finansowy, paliwowy, energetyczny itd., to wszystko de facto kompromituje tę niemiecką polityk. Dlatego zgłoszenie tej kandydatury osobiście traktuję jako próbę zatuszowania tego, co się w Unii zdarzyło w ostatnich pięciu latach. Trzeba uczciwie powiedzieć, że sama von der Leyen jest słabym szefem Komisji Europejskiej, ma na sumieniu całą masę błędnych decyzji, jest zakładnikiem większości parlamentarnej, a do tego nie jest samodzielna w swoich decyzjach. Próbowała z wielką reklamą wprowadzić Unię Europejską w odmęty ideologiczne, ale na całe szczęście ten plan się nie powiódł. Niemniej cała ta polityka europejska sprawiła, że gospodarczo Unia jest dzisiaj w kryzysie, odstaje coraz bardziej od Stanów Zjednoczonych czy Chin i właściwie chyli się ku upadkowi. Europejski Zielony Ład, który jak mantrę reklamowała i forsowała von der Leyen, okazał się pomysłem zupełnie absurdalnym. Efektem są protesty rolników, które dzisiaj zalewają całą Europę. Osobną, ale jakże istotną kwestią jest też stosunek do Putina – polityka, który przez lata kręcił całą Unią Europejską, a w czasie jej kadencji szczególnie od 2019 roku do 2022, a więc do napaści na Ukrainę, był ciepło traktowany także przez ośrodki decyzyjne w Unii, na czele których stoi Ursula von der Leyen. Wciąż niewyjaśnione pozostają też podejrzenia wobec niemieckiej szefowej Komisji Europejskiej związane z zamawianiem i zakupem przez Unię Europejską szczepionek przeciw COVID-19. A zatem jest całe pasmo błędów, cała masa wpadek, dlatego kandydowanie Ursuli von der Leyen na kolejną kadencję szefa Komisji Europejskiej jest próbą przykrycia, zatuszowania tego wszystkiego.
Chcieć nie zawsze oznacza móc. Jakie zatem są szanse na reelekcję Ursuli von der Leyen?
– W mojej ocenie ta propozycja, ta kandydatura nie przejdzie. Niemniej została ona wysunięta przez CDU, pewnie uzyska też poparcie Europejskiej Partii Ludowej podczas zjazdu, który się odbędzie w Bukareszcie
6-7 marca br. Zobaczymy jednak, jak inne grupy polityczne w Parlamencie Europejskim się do tego odniosą.
Tymczasem nawet w Niemczech głosy na temat tej kandydatury są podzielone, bo poza CDU pozostałe partie w Bundestagu nie przyjęły tej decyzji z aplauzem. Czyżby Niemcy byli przeciw kandydaturze Niemki?
– Tak, Niemcy są przeciw kandydaturze Niemki. To świadczy, że Ursula von der Leyen nie ma pełnego poparcia ani we własnym kraju, ani też w Parlamencie Europejskim, czy w ogóle na świecie. Już w 2019 roku były kontrowersje przy jej wyborze, w końcu jednak została przewodniczącą Komisji Europejskiej. Jednak jest to przywództwo bez wizji, bez charakteru, natomiast jest to rządzenie od wpadki do wpadki. Nic więc dziwnego, że nawet Niemcy nie są zachwyceni tą kandydaturą, tym bardziej że mają też w pamięci, jakim była ministrem obrony. Wszyscy widzą jej słabość i degrengoladę całej Unii Europejskiej, której prestiż w ostatnich pięciu latach jeszcze osłabł. Wychodzi więc na to, że jej kandydatura została wysunięta kurtuazyjnie – jako forma podziękowania jej za pracę, ale bez szans na ponowny wybór.
Sama Ursula von der Leyen wydaje się nie podzielać tego poglądu, skoro mówi, że o ile pięć lat temu „intuicyjnie” zgodziła się na propozycję objęcia stanowiska szefowej Komisji Europejskiej, o tyle dzisiaj podejmuje tę decyzję świadomie i w sposób przemyślany. Zatem refleksji brak, ponadto coś ją ciągnie do reelekcji?
– Tak jak wspomniałem, grunt pod jej nogami staje się coraz bardziej grząski i być może obawia się oskarżeń, a co za tym idzie – różnych prawnych sytuacji, które mogą ją dotknąć. Dlatego z pozycji szefowej Komisji Europejskiej chciałaby mieć nad tym wszystkim kontrolę. Zatem jest to ochrona samej siebie, próba utrudnienia dojścia do prawdy. To może świadczyć, że czegoś się jednak obawia.
Skoro Ursula von der Leyen ma być kandydatką CDU i pewnie też Europejskiej Partii Ludowej, to co z planami Donalda Tuska, który też ma ambicje europejskie dotyczące objęcia przewodnictwa w Komisji Europejskiej?
– Donald Tusk będzie pewnie chciał uciec na chwilę od polskiej polityki i być może ponownie objąć funkcję przewodniczącego Rady Europejskiej.
Rady, a nie Komisji Europejskiej?
– Tak, Rady Europejskiej. Donald Tusk, zasiadając na jakimś europejskim stolcu, będzie się chciał pokazać, błysnąć, traktując to jako trampolinę czy wstęp do prezydentury w Polsce. Tuskowi mimo wszystko marzy się, żeby zostać prezydentem Rzeczypospolitej. Wciąż bardzo głęboko tkwi w nim porażka z Lechem Kaczyńskim w wyborach prezydenckich w 2005 roku i tego urzędu mu brakuje do uzupełnienia wianuszka politycznych stanowisk, jakie piastował. Będzie zatem próbował zamazać to, co zrobił, co robi teraz w Polsce, którą pewnie pozostawi komuś innemu, komuś na wzór Ewy Kopacz, a on w przyszłym roku na białym koniu powróci z „czystą” kartą do polskiej polityki. Wygląda też, że Radosław Sikorski po latach smuty bardzo prze do tego, żeby zasiąść na fotelu wysokiego przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, czyli zastąpić na tym stanowisku szefa unijnej dyplomacji, hiszpańskiego polityka Josepa Borrella. Jest też możliwość, że Sikorski weźmie sprawy obronności w Unii Europejskiej i obejmie nowe stanowisko, które ma powstać – mianowicie komisarza ds. obrony.
Tylko czy Polska może otrzymać dwa stanowiska i mieć dwóch polityków na najwyższych stanowiskach w Unii Europejskiej?
– Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że Tusk będzie się chciał pokazać w Europie i wkrótce powrócić do Polski, aby ubiegać się o prezydenturę. Natomiast Sikorski może pozostać w Brukseli, jeśli jego polityczna rodzina – Europejska Partia Ludowa, po czerwcowych wyborach nadal będzie pierwszą siłą w Parlamencie Europejskim. Na pewno my – prawica, Europejska Partia Ludowa, będziemy dużo silniejsi, i ufam, że będziemy brać udział w negocjacjach – pewnie niełatwych, i być może uda się jakoś powstrzymać zapędy euroentuzjastów na różne stanowiska. Jeśli to się uda, to prawica będzie mogła obsadzić kilka z nich w przyszłym europarlamencie i nowej Komisji Europejskiej.
Pozostają jeszcze ministrowie Adam Bodnar i Bartłomiej Sienkiewicz, o których wieść gminna niesie, że po ich pozaprawnych działaniach kołem ratunkowym przed ewentualną odpowiedzialnością i miękkim lądowaniem byłby immunitet w Parlamencie Europejskim?
– Zdecydowanie tak. Zarówno Sienkiewicz, jak i Bodnar będą szukać immunitetu w Parlamencie Europejskim. Wszystko jednak zależy od tego, jak rozłożą się siły w przyszłym europarlamencie. Dlatego czerwcowe wybory europejskie będą bardzo ważne. Niewątpliwie jednak możemy mieć do czynienia z ucieczką znacznej części rządu „koalicji 13 grudnia” do Parlamentu Europejskiego. Wszystko wskazuje na to, że ten rząd długo nie wytrzyma, że w tej „koalicji 13 grudnia” jest bardzo dużo sprzecznych interesów, są też sprawy korupcyjne – jak afera śmieciowa, która powoli wychodzi, jest kwestia poparcia dla Hołowni, brak spójności w funkcjonowaniu poszczególnych branż gospodarczych, protesty rolników. To wszystko się przyczynia do tego, że ten rząd słabnie. Oczywiście jakiś czas będzie się jeszcze trzymał – siłą rozpędu, bo są i tacy Polacy, którym zamiast dobrego rządzenia bardziej odpowiadają igrzyska, ale tak czy inaczej ten kredyt też się wyczerpie. Jeszcze miesiąc działalności sejmowych komisji śledczych, przesłuchań i to też się znudzi, bo wszyscy – nawet posłowie zasiadający w tych komisjach – są już zmęczeni tym cyrkiem i mają dość tych komisji, sposobu ich prowadzenia, czasem wręcz kabaretowego, podobnie jak prowadzenie obrad Sejmu przez marszałka Hołownię. To wszystko obniża rangę Sejmu RP. Owszem, może to cwaniactwo, nonszalancja w zachowaniu polityków podoba się części młodzieży, stąd wyższe notowania dla Szymona Hołowni, ale w tym nie ma żadnej wizji rozwoju Polski, w tych działaniach nie widać polskiej racji stanu, natomiast widać chęć utrzymania władzy, chęć rozliczeń, chęć zysku w postaci poklasku w mediach, ale to wszystko ma swoje granice.
Prawo i Sprawiedliwość złożyło wniosek o wotum nieufności wobec ministra Bodnara. Arytmetyka sejmowa jest jednak nieubłagana?
– Mamy świadomość, że odwołanie min. Bodnara może się nie udać, ale będzie dyskusja i wszyscy będą mieli okazję zapoznać się z „dokonaniami” ministra sprawiedliwości, z tym, co złego w tak krótkim czasie zdołał wyrządzić. W przyszłości będzie to dobry materiał dla postępowania prokuratorskiego przeciwko Bodnarowi za dewastację mediów publicznych, za naruszenia obowiązującego w Polsce prawa, Konstytucji RP, za dewastację prokuratury, pozaprawne próby powoływania nowych prokuratorów do Prokuratury Krajowej z pominięciem wniosku Prokuratora Krajowego i w ogóle za dewastację systemu wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Myślę, że to wszystko jutro wybrzmi z mównicy sejmowej i odpowiednio zostanie podsumowane przez posłów PiS. W świetle rażących faktów ucieczka niektórych polityków „koalicji 13 grudnia” do Brukseli jest uzasadniona i bardzo prawdopodobna.
Tyle tylko, że zanim niektórzy z tych głównych aktorów destrukcji państwa w ekipie Tuska będą próbowali schronić się pod immunitetem europosłów, mają do wykonania jeszcze kilka zadań. Jednym z nich jest zapowiadana przez Tuska demolka NBP, odwołanie prezesa Adama Glapińskiego, któremu grożą Trybunałem Stanu?
– To działanie ma jeden cel: wprowadzić w Polsce strefę euro. Tylko że do tego potrzebny jest podpis prezesa NBP. Czy w krótkiej ścieżce, czy w długiej, czy też poza Konstytucją – na końcu zawsze jest szef banku centralnego. I stąd te wszystkie działania. Tu chodzi więc o to, żeby odwołać prezesa Glapińskiego, który jest przeciw wprowadzeniu w Polsce waluty euro, który jest za wzmocnieniem polskiego złotego. Celem jest powołanie na stanowisko prezesa NBP kogoś, kto podpisze i zamknie proces narzucenia Polsce i Polakom waluty euro. Tak czy inaczej jest to mimo wszystko dłuższy czas, ta droga do euro w Polsce jest długa, musimy też spełnić pewne kryteria, których na dzisiaj Polska nie spełnia. Nie sądzę też, żeby Tusk zdecydował się na „wyprowadzenie” prezesa Glapińskiego z NBP, bo za prezesem staną instytucje unijne – mam na myśli Europejski Bank Centralny. Próby destabilizacji w różnych obszarach, także próby dokuczania prezesowi Glapińskiemu, na pewno będą, ale sądzę, że odwołanie go ze stanowiska przed zakończeniem sześcioletniej kadencji, która wypada w 2028 roku, się nie uda. Nękanie prezesa będzie zatem nieskuteczne.
Jak długo jeszcze Polacy będą cierpliwie patrzeć, jak cegła po cegle ekipa Tuska rozmontowuje państwo polskie?
– Ludzie mają coraz większą świadomość zamachu stanu, który krok po kroku się w Polsce dokonuje. Pewne środowiska się budzą, żeby dokonać oceny tego rządu, który kluczy, nie realizuje obietnic wyborczych, gasi polskie inwestycje gospodarcze, pozbawia Polskę możliwości rozwoju w każdym obszarze. Nawet neutralna część Polaków zacznie odczuwać na sobie koniec tarcz ochronnych, które wprowadził rząd Zjednoczonej Prawicy. I kiedy ci ludzie odczują w kieszeni drożyznę żywnościową, wzrost cen energii, to będą coraz bardziej rozumieć, kto rządzi Polską, i przypuszczam, że notowania rządu „koalicji 13 grudnia” będą spadać.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki