Unia gra na Tuska, a Tusk przeciw Polsce
Piątek, 16 lutego 2024 (09:33)Rozmowa z Beatą Kempą, posłem Suwerennej Polski do Parlamentu Europejskiego
Goszcząca w Polsce szefowa europarlamentu Roberta Metsola, podkreślając zasługi Tuska dla obrony praworządności i wartości europejskich, stwierdziła, że cieszy się, iż „Polska powraca do serca Europy, staje się jej liderem”.
Czy Polska kiedykolwiek wyszła z Europy?
– To jest wypowiedź nieakceptowalna. Sugerowanie, że Polska nie była w sercu Europy, w sytuacji, kiedy św. Jan Paweł II (a z tego, co wiem, Roberta Metsola jest osobą wierzącą), porównał Europę do organizmu, który oddycha dwoma płucami, tworząc organiczną jedność, jest krzywdzące. Według tej metafory Papieża Polaka, Polska czy w ogóle Europa Środkowo-Wschodnia, jest drugim płucem Europy, która musi oddychać dwoma płucami. Bez tego nie będzie można mówić o zdrowej Europie. Donald Tusk, goszcząc Robertę Metsolę, przyjmował osobę ze swojej rodziny politycznej, bo oboje są w Europejskiej Partii Ludowej. Słowa przewodniczącej Metsoli nie tylko są bardzo krzywdzące, ale też są świadectwem braku szacunku dla dużej części polskiego społeczeństwa, która głosowała na Zjednoczoną Prawicę, która de facto wygrała październikowe wybory do parlamentu. Muszę również powiedzieć, że te słowa Roberty Metsoli pokazują pewną butę i arogancję, którą my, pracując w Parlamencie Europejskim, odczuwamy na co dzień. Proszę pamiętać, że mamy już kampanię wyborczą, jeśli chodzi o wybory samorządowe, ale także do Parlamentu Europejskiego.
I Metsoli oraz całemu temu towarzystwu liberalno-
-lewackiemu chodzi o wybory europejskie, dlatego chcą wspierać Tuska, żeby Koalicja Obywatelska wygrała czerwcowe wybory w Polsce. Chodzi o to, żeby unijne elity miały gwarancję wprowadzania dalej tego, na czym im najbardziej zależy, czyli Europejskiego Zielonego Ładu, ale jeszcze bardziej wizji centralistycznej Europy, bo tak należy nazwać ten projekt. Unia i Tusk doskonale wiedzą, o co grają. Natomiast takie obrazki, jak ze spotkania Roberty Metsoli i Donalda Tuska, mają iść w Polskę, mają się dobrze sprzedawać i pokazywać Tuska jako europejskiego lidera, ale – jak wspomniałam – gra idzie o znacznie poważniejszą stawkę.
Poszczególne odsłony tej gry już widzimy,
a przykładem może być przyjęcie przez Komisję Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych Europarlamentu projektu paktu migracyjnego. Każde państwo będzie musiało przyjąć określoną grupę migrantów lub płacić kary…
– To, co oni nazywają paktem czy projektem solidarnościowym, to – jeśli się wczytać w zapisy – będzie, jest megaprzymusem. Porozumienie polityczne w sprawie paktu o migracji i azylu dokonało się już między
18 a 20 grudnia 2023 roku. I Tusk mógł wtedy zadziałać, wpływając na swoją rodzinę polityczną – Europejską Partię Ludową, także na przewodniczącą Metsolę, żeby ten projekt zatrzymać, opóźnić itd., ale – jak wiemy – nie kiwnął nawet palcem. Ale tam zrobiono jeszcze jeden zabieg, który powoduje, że ten mechanizm stanie się jeszcze bardziej restrykcyjny, arbitralny.
Co ma Pani na myśli?
– Chodzi nie tylko o przymusową kwotę migrantów, którą będziemy musieli przyjąć albo płacić kary za każdego nieprzyjętego migranta w wysokości 20 tysięcy euro,
ale też o to, że tę kwotę imigrantów będzie można zwielokrotnić w bardzo krótkim czasie wręcz do nieograniczonej liczby. Skutek taki wywołuje przeniesienie tego mechanizmu w tym wypadku do rozporządzenia kryzysowego – jednego z 13 dotyczących działania
i uprawnień również Komisji Europejskiej w sytuacjach kryzysowych. Stąd nie trudno sobie wyobrazić, że użyją tego manewru, jeśli Komisja Europejska arbitralnie uzna, że dana sytuacja jest kryzysowa i trzeba temu zapobiec. Wtedy ustalone kwoty imigrantów będą mogli zwiększyć. Łatwo sobie wyobrazić, że wtedy do Polski może przyjechać nie – jak mówi ogólny przepis paktu
– 30 tysięcy imigrantów, ale dajmy na to 60 czy nawet
90 tysięcy migrantów. Jeśli do tego dodamy przepisy międzynarodowe dotyczące np. łączenia rodzin, to w bardzo krótkim czasie powstanie u nas w Polsce jedno wielkie miasto złożone z obcych nam kulturowo i religijnie migrantów. Tak to wymyślili.
Czy od tego są jakieś mechanizmy odwoławcze?
– Nie ma, dlatego że to jest skutek arbitralnej decyzji Komisji Europejskiej. I to jest niezwykle groźne. A jeśli do tego dodamy jeszcze inne elementy, jak np. bezpłatna pomoc prawna dla każdego z przybywających do nas ludzi, to oznacza, że będzie to dodatkowe obciążenie państwa. To pokazuje, że mamy do czynienia z bardzo poważną sytuacją, a mechanizm relokacji migrantów, o którym rozmawiamy, staje się jak najbardziej przymusowy, jest
i będzie wdrażany żelazną ręką. Tym samym Polska będzie obciążana, bo Donald Tusk nie kiwnie palcem, żeby temu przeciwdziałać, a to, że europosłowie z jego ugrupowania taktycznie nie głosowali w tej sprawie, nie znaczy, że nie głosowała za tym szkodliwym dyktatem np. Róża Thun – poseł reprezentująca dzisiaj Polskę 2050 Szymona Hołowni, a w europarlamencie należąca do frakcji Renew Europe. Swoją drogą wiemy, że Tusk, wcześniej jako szef Europejskiej Partii Ludowej, a także teraz, kiedy jawi się jako ten, który ma doskonałe układy w Brukseli i wszystko może załatwić w Unii, tak naprawdę nic nie zrobił i nie zrobi w tej i innych sprawach, które mogłyby pomóc Polsce. Do tej pory, mimo iż to deklarował, nie załatwił unijnych pieniędzy – tych, które już dawno powinny wpłynąć na konto Polski, a tym bardziej nie zrobił wszystkiego, co mógł – w ramach swoich możliwości
– w sprawie paktu migracyjnego, choć publicznie chwalił się, czego to on nie może. Reasumując, wygląda na to, że Tusk będzie potulnie wykonywał to, co zlecą mu jego mocodawcy, chociażby w zamian za takie obrazki, jak
z wczorajszego spotkania z Robertą Mestolą.
Jeśli mowa o spolegliwości Tuska, to ostatnio, goszcząc w Berlinie, de facto zrzekł się reparacji niemieckich dla Polski…
– To jest kolejny temat – bardzo ważny, który odkrywa kierunki działania Donalda Tuska. Wygląda na to, że jeśli chodzi o politykę zagraniczną, to idzie on w kierunku polityki uległości, a nie w kierunku godnościowym. To wstyd i hańba, że premier Polski w tym wypadku zdejmuje z Niemiec balast, obowiązek, którego oni bardzo się obawiali, a sam ucina dyskusję na temat reparacji wojennych za zbrodnie popełnione przez Niemców na Polsce i Polakach. Dla Berlina była to sprawa szalenie niewygodna. Pamiętam, że kiedy ruszyliśmy z tą sprawą, kiedy mówiliśmy Niemcom, że nie rozliczyli się z państwem polskim, z Polakami za gigantyczne krzywdy materialne
i moralne, jakie polski Naród poniósł w czasie II wojny światowej, i że muszą się z tego wszystkiego rozliczyć, to było widać, że jest to dla nich temat szalenie niewygodny. Dlatego albo milczeli ze wstydem w oczach, albo tego tematu skrzętnie unikali. Dlatego zadaniem, którego wykonania oczekiwali od Tuska ci, którzy go popierali
w realizacji scenariusza „ulica i zagranica”, było to, żeby absolutnie zakończył sprawę domagania się od Niemiec reparacji wojennych. Zatem jest oczywiste, że Tusk był im bardzo potrzebny również w tej kwestii. Mieli świadomość, jakie jest jego zdanie, a także Radosława Sikorskiego, obecnie ministra spraw zagranicznych w „rządzie 13 grudnia”, który za swoim szefem wtóruje, że nie ma mowy o niemieckich reparacjach, bo – jak twierdzi – Poczdam zdecydował inaczej. Tusk na pewno nie jest człowiekiem, który myśli o interesie Polski – w tym wypadku pod kątem zadośćuczynienia nam za krzywdy, ale jeśli w ogóle chodzi o politykę historyczną. Przyznam, że obawiam się, że Niemcy, jeśli nie poczują, że nie mogą, ale także że nie muszą rozliczyć się za krzywdy, to z ich strony nie będzie żadnej refleksji.
A jak na słowo „reparacje” reagują europosłowie z Niemiec?
– U eurodeputowanych niemieckich nie widzę żadnej refleksji na temat tego, co było traumą dla milionów Polaków, ale także obywateli innych państw w Europie i na świecie. Taka jest mentalność niemiecka. Ale oni muszą wiedzieć, że za takie zbrodnie w cywilizowanym świecie prędzej czy później się płaci.
Powróćmy jeszcze do kwestii paktu migracyjnego, czy to jest proces politycznie całkowicie nie do odwrócenia?
– Moim zdaniem i tak, i nie. Otóż proszę zwrócić uwagę, dlaczego ten pakt jest tak szybko forsowany, procedowany. Mielił się przez kilka lat – pamiętamy rozporządzenia Dublin 1, Dublin 2, które upadły m.in. na skutek bardzo ostrego sprzeciwu Polski w 2015 roku po objęciu rządów
w Polsce przez Zjednoczoną Prawicę i stanowczości premier Beaty Szydło. O kierunku polskiej polityki wypowiedział się wtedy bardzo stanowczo również prezes Jarosław Kaczyński, który z mównicy sejmowej bardzo jasno mówił o konieczności wstrzymania fali szaleństwa, jakie Unia Europejska forsowała. Wtedy to się udało, ale teraz mamy znów powrót do tej bezrefleksyjnej polityki – tak jest
w krajach liberałów i socjalistów, jak np. w Niemczech czy w Hiszpanii i wielu innych państwach. Nic więc dziwnego, że na skutek tej nowej, szkodliwej polityki migracyjnej, na fali antymigranckiej doszedł do władzy konserwatywny rząd Giorgii Meloni we Włoszech. Na przykładzie Włoch, które doświadczają, czym są fale migranckie, gdzie na Lampedusę każdego dnia przybywają setki, a nawet tysiące imigrantów afrykańskich, widać ogromne zmęczenie. Takie państwa jak Włochy ponoszą olbrzymie koszty polityki multi-kulti, bo tak naprawdę to, co forsuje Unia Europejska, to jest właśnie polityka multi-kulti. To wcale nie jest litość nad rzekomo biednymi imigrantami, bo gdyby te unijne elity miały na względzie los biednych ludzi, to wykorzystywałyby wszelkie możliwe narzędzia instytucjonalne, jakie ma do dyspozycji Unia Europejska, żeby ograniczać np. przemyt tych ludzi w niegodziwych warunkach, albo rozmawiać z krajami trzecimi, aby uszczelniały swoje granice, a w zamian za to Unia wesprze je humanitarnie i pomoże w rozwoju. Ale tego nie ma.
Mamy za to grę uchodźcami?
– I to wielowymiarową. Otóż społeczeństwa państw, gdzie imigrantów jest cała masa, zaczynają się buntować przeciwko polityce migracyjnej, bo to obciąża je jako obywateli dodatkowymi kosztami utrzymania tych ludzi. Dlatego politycy, mając na uwadze zbliżające się wybory, chcąc utrzymać swoje stanowiska i apanaże, wprowadzają pakt migracyjny. Komunikują swoim społeczeństwom, że dzielą się tym problemem z innymi krajami, że takie państwa jak Polską będą musiały ich odciążyć i przyjąć, dajmy na to, 30, 40 czy więcej tysięcy imigrantów. Tym samym wysyłają sygnał, że jeśli oni dalej będą przy władzy, to utrzymają ten pakiet. I tak wygląda cyniczna gra migrantami.
Pakt migracyjny ma pomóc głównie Niemcom...
– Tak, przy czy uważam, że wobec skali problemu, jaki Niemcy sami sobie zgotowali – nawet po wejściu w życie paktu i kwot imigrantów – nie są oni w stanie go rozwiązać. Natomiast, jak już wspomniałam, potrzebują wysłać komunikat do wyborców, że jednak sobie radzą,
i że tym sposobem ukarzą inne kraje, takie jak Polska, które do tej pory nie przyjmowały imigrantów. Tak wygląda ten prosty mechanizm, który ma za zadanie także skonfliktować inne państwa Unii Europejskiej.
Tylko czy niemieccy wyborcy to kupią?
– Uważam, że nie. Proszę zwrócić uwagę, że w Niemczech rośnie w siłę formacja AfD czy inne ruchy przeciwne migracji. Nawet niemieccy rolnicy podczas protestów na swoich sztandarach mają – oprócz socjalnych, niezwiązanych z Zielonym Ładem i jego likwidacją – hasła „Stop migracji!”. Na własne oczy to widziałam. Dlatego nie wiem, czy tymi zabiegami związanymi z paktem migracyjnym i dzieleniem się tym problemem z innymi krajami są w stanie zredukować skutki swojej fatalnej, wieloletniej polityki. Tak naprawdę te elity żyją w bańce, mają swoje religie. Taką religią jest właśnie multi-kultui, ale także klimat, a wszystko to spięte jest klamrą neomarksizmu.