Scenariusz zależności
Poniedziałek, 5 lutego 2024 (19:33)Rozmowa z prof. Romualdem Szeremietiewem
Moskwa może zaatakować Polskę pod pretekstem, że część jej terytoriów wchodziła kiedyś w skład Imperium Rosyjskiego – tak uważa Daniel Vartko, doradca ds. kontroli zbrojeń amerykańskiej misji przy OBW. Taki scenariusz należy brać poważnie pod uwagę?
– To jest jedna z opinii, analiz, jakie się ostatnio pojawiły. Inną wyraził emerytowany generał, deputowany rosyjskiej Dumy, mówiąc, że to Polska zamierza napaść na Rosję, dlatego Rosja musi się przygotować do obrony. Stąd Rosjanie, przygotowując się do obrony przed nami, mogą uderzyć.
Również Putin i Miedwiediew wyrażali wielokrotnie taką opinię – ostatnio coraz częściej – zakładając rzekomą agresję ze strony Polski. Czemu ma to służyć?
– Proszę zwrócić uwagę, że oni – Rosja – cały czas się przed czymś bronią. Bronili się, gdy Czeczenia „napadła” na Rosję, bronili się też, kiedy „napadła” na nich Gruzja. Również od blisko dwóch lat toczą „wojnę obronną”, walcząc z napastnikiem, jakim jest Ukraina. Jak widać, w rosyjskiej propagandzie na horyzoncie pojawia się następny napastnik, czyli Polska.
Czy nie ma racji Daniel Vartko, twierdząc, że agresji dyktatorów trzeba stawić czoła, bo taka łagodna postawa tylko powoduje chaos oraz zachęca do ataków, których efektem jest śmierć i zniszczenie?
– Oczywiście, że należy stawiać czoła zapędom Moskwy i zgodnie z zasadą: „Chcesz pokoju, szykuj się do wojny”, być przygotowanym na ewentualną rosyjską agresję. Tylko że niedawno do władzy w Polsce doszła ekipa, która chce uprawiać złą politykę. Przykład – minister Radosław Sikorski ma nadzieję, że Putin jest rozsądnym politykiem i nie napadnie na Polskę. Myślę, że ta wypowiedź może być całym komentarzem w tej sprawie. Pokazuje on, na czym opiera się koncepcja polityki, którą realizuje Rzeczpospolita Polska pod rządami „koalicji 13 grudnia”.
O ile Radosław Sikorski jest często cytowany przez rosyjską prasę, o tyle jego odpowiednik w Stanach Zjednoczonych, sekretarz stanu Antony Blinken, jakoś nie bardzo chce z nim rozmawiać. Wizyta Sikorskiego w Waszyngtonie została odłożona w czasie?
– Myślę, że w Waszyngtonie nie bardzo wiedzą, jak się zachować, co zrobić w relacjach z Polską. Wprawdzie do władzy w Polsce doszli politycy ideowo bliscy ekipie prezydenta Joe Bidena, ale sposób, w jaki Tusk ze swoimi koalicjantami prowadzi politykę, nie bardzo pasuje do wizji Waszyngtonu – podobnie jak polityka Niemiec, które miały być pomostem między Stanami Zjednoczonymi a Europą, a na których Joe Biden się zawiódł. Widać więc, że Waszyngton ma kłopot, dlatego administracja prezydenta Bidena pewnie postanowiła poczekać, aż sytuacja w Warszawie się wyklaruje.
Jaki był cel, sens powierzania Sikorskiemu funkcji szefa polskiej dyplomacji?
– Sikorski został wybrany przez Tuska, ponieważ świetnie pasuje do koncepcji polityki, jaką uprawiają obecnie dominujące w Unii Europejskiej zachodnie elity liberalno-lewicowe. W tej sytuacji byłoby dziwne, gdyby ministrem spraw zagranicznych został ktoś inny. Zresztą cały ten rząd, z Tuskiem na czele, spełnia wszelkie marzenia i pragnienia formułowane przez Berlin oraz Brukselę. To jest linia sformułowana przez Berlin, która zakłada pozbycie się Stanów Zjednoczonych z Europy i podjęcie jak najlepszej współpracy z Rosją. Na tej perspektywie Berlin chce budować swoją potęgę w Europie. Swoją drogą Sikorski nigdy nie ukrywał swoich sympatii niemieckich, czego przykładem jest jego „hołd Berliński” z 2011 roku, kiedy mówił, że mniej obawia się niemieckiej potęgi niż niemieckiej bezczynności. Tym samym lansował Niemcy jako hegemona, który będzie odgrywał jeszcze większą rolę, i dziwił się, że jeszcze tego nie robią.
Jego ostatnie spotkanie w Berlinie z szefową dyplomacji Annaleną Baerbock, pełne płytkich gestów, pokazuje, że w sprawie reparacji wojennych ekipa Tuska nie chce robić Niemcom krzywdy…
– Dokładnie. Przede wszystkim już nie mówi się o reparacjach, które zastąpiono słowem „zadośćuczynienie”, co zdaje się otwierać Niemcom pole do kompromisowych propozycji. Dlatego Niemcy mają do sprawy podejść „kreatywnie”, o co apelował Radosław Sikorski. To określenie kojarzy mi się z kreatywną księgowością, więc jeśli tak to rozumieć, to kiepsko widzę te niemieckie zadośćuczynienia. To pokazuje, że wszystko idzie jak trzeba – zgodnie z linią polityki Tuska, a Sikorski doskonale się wpisuje w ten scenariusz zależności od Niemiec.
Czy można mieć obawy, że ta władza podpisze jakieś decyzje, które zakończą temat i zamkną pole domagania się od Berlina reparacji wojennych?
– Jest to jakieś niebezpieczeństwo, tym bardziej że ta władza rządzi niewiele ponad 50 dni, a już zdołała Polsce wyrządzić wiele krzywd na różnych polach. Dlatego każdy dzień i miesiąc ich rządów to kolejne straty dla Polski. Napadli na media publiczne, próbowali napaść na Prokuraturę Krajową, wchodząc bezczelnie do Kancelarii Prezydenta RP aresztowali gości prezydenta Dudy – posłów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, a teraz zdaje się szykują się na Trybunał Konstytucyjny, który stanowi szaniec praworządności. Zobaczymy, co jeszcze będzie się działo. Zastanawiam się tylko, gdzie jest granica czynienia szkód przez ekipę Tuska i jak długo polskie społeczeństwo będzie na to patrzeć. Widać, że Tusk ze swoimi żołnierzami: Bodnarem, Sienkiewiczem oraz innymi, strasznie się spieszą. Jednak mimo, iż są bardzo proniemieccy, to zdaje się, że nie pamiętają starej niemieckiej reguły, którą sformułował Goethe, że mistrza można poznać po umiarze. Tej władzy umiar jest obcy, ale to tylko pokazuje, że do klasy mistrzowskiej bardzo im daleko.
Jaką mamy pewność, że w razie rosyjskiego ataku NATO będzie bronić każdego cala terytorium Sojuszu? Amerykanie są zmuszeni do działania na wielu frontach. Czy zatem Europa – dość niesforna – z grającymi na dwa fronty Niemcami będzie wciąż w orbicie troski Waszyngtonu?
– To jest pytanie, jak miałoby wyglądać uderzenie w Polskę, jeśli do tego by doszło, i z jaką stanowczą odpowiedzią spotkałoby się to ze strony Sojuszu Północnoatlantyckiego. To jest zagadka i problem zarazem. Zastanawiam się na przykład, jak zareagowałoby NATO, gdyby na terytorium Polski wleciała jakaś rosyjska rakieta, być może nawet z małym taktycznym ładunkiem jądrowym, jaka byłaby odpowiedź i co zostałoby zrobione. Zdaje się, że jednoznacznej odpowiedzi w tej chwili na to nie ma. Skoro nie wiemy, to otwiera to pole do gry Putinowi. Mianowicie to, że instytucje państwa polskiego są coraz bardziej skłócone, otwiera potencjalnemu agresorowi pole do działania, a uderzenie może się wydawać stosunkowo łatwe do przeprowadzenia. Do takiego wniosku dochodzę, szczególnie że zachodnia Europa, a zwłaszcza Niemcy, nie są – zdaje się – chętne, żeby natychmiast reagować i wesprzeć nas w obronie, a tym bardziej coś przykrego uczynić Rosji, z którą – jak wiemy – chcą nadal robić interesy gazowe. Dlatego wsparcia ze strony Berlina założyć nie można.
A jeśli chodzi o Waszyngton?
– Stany Zjednoczone, które są w trakcie rozstrzygnięć, kto zostanie prezydentem, bo wybory są w listopadzie, też nie należą do podmiotów, które mogą błyskawicznie zareagować. Swoją drogą muszę przyznać, że Amerykanie zaskoczyli mnie uderzeniem w bojówki muzułmańskie na Bliskim Wschodzie, w proirańskie cele w Syrii i Iraku. Wygląda zatem, że chcieli zademonstrować swoją siłę, spektakularnie odpowiadając na atak terrorystyczny na ich bazę wojskową w Jordanii, gdzie zginęło trzech amerykańskich żołnierzy. Jednak czy w sytuacji ewentualnej agresji ze strony rosyjskiej na Polskę też taka reakcja naszego największego sojusznika miałaby miejsce, to takiej pewności nie ma. Stąd trzeba brać pod uwagę różne scenariusze i to, że różne przykre rzeczy mogłyby się wydarzyć, oby nie.
Na ile realne mogą okazać się dywagacje dotyczące podziału Europy na dwie strefy wpływów: rosyjską, która obejmowałaby Polskę i państwa bałtyckie, oraz niemiecką, która zarządzałaby zachodnią częścią Europy. Jakie warunki musiałyby zostać spełnione, żeby tak się stało?
– Z punktu widzenia interesów Rosji sprawą pierwszoplanową jest, żeby w jak największym zakresie podporządkować sobie Ukrainę. Sądzę, że na Kremlu uważają, że tak długo, jak Ukraina otrzymuje zaopatrzenie, czy to militarne, czy humanitarne z zewnątrz, tak długo ten opór ukraiński będzie trwał. W związku z tym rzecz polega na tym, że skoro tak trudno jest przełamać obronę Ukrainy, to może łatwiej będzie ją zmusić do kapitulacji, jeśli się ją odetnie od pomocy, od tego wsparcia, które jak wiemy, płynie przez terytorium Polski. To Polska jest hubem, przez który od początku napaści rosyjskiej na Ukrainę płynie wsparcie dla walczących. Zastanawiające jest też, czy Polska pod rządami „koalicji 13 grudnia” będzie nadal tym hubem pomocy zagranicznej dla Ukrainy. Jeśli nie, to Kijów pozbawiony wsparcia będzie łatwiejszym celem, a to mogłaby być krótka droga do kapitulacji. Czy też po niedawnej wizycie Donalda Tuska w Kijowie – jego pierwszej wizycie w stolicy Ukrainy po blisko dwóch latach od rosyjskiej inwazji – oraz jego oświadczeniu, że Polska nadal będzie wspierać Ukrainę, czy to my nie staniemy się celem Moskwy. Nie można przecież wykluczyć, że Putin będzie chciał nauczyć Polskę rozumu, a ponieważ wewnętrznie jest ona skłócona i o bezpośrednie wsparcie ze strony sojuszników może być trudno, to kto wie, czy nie jest rozważany taki plan wyeliminowania Polski jako zaplecza dla ukraińskiego frontu. Trudno powiedzieć, ale w moim odczuciu taki scenariusz może być również rozważany na Kremlu i stąd też pojawiające się w rosyjskiej propagandzie opowieści typu, że Polska może na Rosję napaść, a zatem Moskwa musi być gotowa do podjęcia odpowiednich działań wyprzedzających. Czas pokaże, jak i czy w ogóle taki scenariusz należy brać pod uwagę.