Polityka nie wyklucza zasad
Środa, 31 stycznia 2024 (21:55)Rozmowa z prof. Romualdem Szeremietiewem
Co mogłaby oznaczać dymisja gen. Wałerija Załużnego z funkcji naczelnego dowódcy
sił zbrojnych Ukrainy, o której mówią zachodnie media, m.in. „Financial Times” czy BBC?
– Przede wszystkim wydaje się, że Wołodymyr Zełenski kontynuuje złą politykę, którą rozpoczął już jakiś czas temu, kiedy okazało się, że może szkodzić Polsce. Niewątpliwie gen. Załużny jest wysoko ceniony przez ukraińskie społeczeństwo, co więcej, jest uznawany
za bohatera.
O tym mogą świadczyć badania Międzynarodowego Instytutu Socjologii
w Kijowie, według których zaufanie
do wojska deklaruje 99 proc. badanych,
do Załużnego 88 proc., a do Zełenskiego
w ciągu roku spadło z 84 do 62 proc.
– Już jakiś czas temu pojawiały się informacje,
że istnieje konflikt między prezydentem Zełenskim
a głównodowodzącym ukraińskimi siłami zbrojnymi. Zastanawiałem się nad przyczyną tego stanu rzeczy
i doszedłem do wniosku, że prezydent Zełenski musiał próbować bezpośrednio dowodzić na froncie,
co przeszkadzało gen. Załużnemu we właściwym przeprowadzaniu operacji wojennych, a ponadto podważało jego autorytet wśród żołnierzy. Ponadto pojawiły się opinie, że gen. Załużny mógłby zostać prezydentem Ukrainy,
co sprawia, że Zełenski zaczął go traktować jak konkurenta na drodze do reelekcji. Sondaże przytoczone przez pana redaktora tylko potwierdzają taką tezę.
Czyżby Zełenski przedkładał własną polityczną karierę nad dobro państwa
i wynik toczącej się wojny?
– Z żalem muszę stwierdzić, że o ile w pierwszym okresie po napaści rosyjskiej na Ukrainę Zełenski jawił się jako mąż stanu – taką postawę prezentował, to z czasem autorytet, jaki zyskał, zaczął rozmieniać na doraźne, nazwijmy to interesiki, o których myśli, że uda się je zrealizować. To jest – nazywając po wojskowemu
– taktyczne spojrzenie, jak wygrać bój w jakimś miejscu, przegrywając operację, a nawet i wojnę. Tak to, niestety, wygląda, jeśli chodzi o zachowanie prezydenta Zełenskiego. Przyznam, że bardzo nad tym boleję,
bo z Zełenskim wiązałem nadzieje na poprawę relacji polsko-ukraińskich. Muszę powiedzieć, że zawiódł mnie całkowicie. Myślę, że wielu z nas wiązało takie nadzieje, które były poparte zarówno zachowaniem, jak i postawą Ukraińców. Wszystko jednak pękło, kiedy okazało się,
że Zełenski i jego ekipa nie są zdolni do tego, żeby podjąć trud wyprostowania relacji polsko-ukraińskich, jeśli chodzi o ludobójstwo dokonane przez OUN-UPA na polskiej ludności czy kwestie związane z powrotem do ekshumacji
i godnego upamiętnienia ofiar. Niestety, Zełenskiego nie było nawet stać na słowo przepraszam. Następnie okazało się, że prezydent Ukrainy dał się skusić Berlinowi, żeby pomóc Niemcom w obaleniu w Polsce rządu Zjednoczonej Prawicy – rządu, który zrobił tak dużo na rzecz wsparcia Ukrainy i Ukraińców w obliczu rosyjskiej agresji, bez jego zaangażowania nie byłaby możliwa wielofazowa pomoc
dla walczącej Ukrainy. Widać, że dość mroczne obietnice Niemiec, że Ukraina wejdzie do Unii Europejskiej, okazały się bardziej kuszące dla Kijowa niż realne działania Polski. To wszystko fatalnie się ułożyło.
Przyznam, że nie miałem złudzeń co do intencji ukraińskich władz. Z drugiej strony polskie władze też były naiwne, licząc na to, że zwiększenie wsparcia zachęci Kijów
do uporządkowania kwestii historycznych
i przeproszenia za Wołyń.
– Myślę, że to nie jest kwestia tego, że byliśmy wobec Ukrainy naiwni i łatwowierni, bo nie tak się buduje, nie tak my, Polacy, budujemy relacje międzynarodowe. Być może wynika to z obciążenia cywilizacyjnego polegającego
na tym, że w mamy katolickie podejście do wielu spraw.
W związku z tym dla nas jest oczywiste, że trzeba pomagać temu, kto tej pomocy potrzebuje, a nie warunkować wsparcie od tego, jak druga strona się zachowa, okazując wdzięczność, czy coś w tym rodzaju.
W naszej polskiej mentalności nie mamy kupieckiego, interesownego podejścia, które być może towarzyszy innym narodom. I na tym oczywiście tracimy, żeby nie powiedzieć: przegrywamy, bo świat w znacznej części funkcjonuje według zasad niekoniecznie wynikających
z Ewangelii i Bożych przykazań. To jest rozumienie spraw w kategoriach moralno-etycznych. My, Polacy, działamy według słów, które wyraził męczennik bł. ks. Jerzy Popiełuszko, kierując się w życiu zasadą ewangeliczną
– „zło dobrem zwyciężaj”, i za tę prawdę oddał życie.
Politycy powinni się też kierować rozumem
i jeśli ktoś wykorzystuje naszą pomocną dłoń, nie stać go na gesty pojednania
w prawdzie, jak w przypadku Ukrainy,
to należy wyciągać z tego wnioski,
bo naiwność często jest odczytywana
jako słabość i jest wykorzystywana?
– To prawda, ale proszę pamiętać, że politycy to także ludzie i jeśli realizując swoją misję, nie będą się kierować moralnością, to tacy politycy bez etyki mogą się przeradzać w zbrodniarzy. Dzisiaj w Polsce u władzy są ludzie, którzy etykę, zasady ewangeliczne mają za nic. Jeśli mieliśmy jakieś pretensje do polityków Zjednoczonej Prawicy,
to czym są ich działania wobec działań obecnej władzy, która jawnie lekceważy prawo i wszelkie inne zasady wzajemnego współistnienia z Konstytucją RP na czele.
Jak widać, życie, także to polityczne, nie jest ani łatwe,
ani proste. Wracając jednak do meritum i postawy wobec Ukrainy, uważam, że po tym, jak wybuchła wojna, jako państwo, jako obywatele oraz jako politycy zachowaliśmy się jak trzeba.
Wracając do Zełenskiego, czyżby czas jego przywództwa powoli dobiegał końca?
– Trudno powiedzieć. Na Ukrainie sytuacja polityczna
jest podobna do tej, którą mamy obecnie w Polsce.
Mam na myśli kwestię walki o to, jaki ma być kształt polityki, według jakich wartości, zgodnie z czym ta polityka ma być kształtowana. Zełenski najwyraźniej należy do tych, którzy uważają, że można kombinować, oszukiwać partnerów, w sposób podstępny realizując swoje interesiki itd. Nie wiem, jaką postawę w tym zakresie, jakie podejście w tych kwestiach ma wspomniany wcześniej
gen. Załużny, ale podejrzewam, że żołnierz walczący
z wrogiem, broniący swojej ojczyzny zawsze będzie bardziej skłonny dostrzegać walor i znaczenie wartości. Jako taki może być postrzegany w lepszym świetle
przez społeczeństwo.
Generał Ben Hodges, były dowódca amerykańskiej sił w Europie, przedstawił
w sposób analityczny scenariusz możliwej rosyjskiej agresji na państwa wschodniej flanki NATO, gdzie zagrożone są Polska
i Litwa. Co zrobić, żeby Putinowi wybić
z głowy te plany i zapobiec realizacji kremlowskiej koncepcji geopolitycznej?
– Zespół gen. Hodgesa wymienia w tej analizie kilka faz ewentualnej rosyjskiej agresji: cyberataki m.in. na główne porty morskie i lotnicze, węzły transportowe, a także duże wojskowe kwatery główne, bazy lotnicze itd. Dalej jest inwazja z lądu, morza i powietrza rozpoczynająca się
od Przesmyku Suwalskiego, następnie przerzut żołnierzy
sił specjalnych i czołgów do jednego z państw NATO
i oczekiwanie na reakcję Sojuszu. W czwartym kroku rosyjska marynarka ma podjąć próbę przejęcia kontroli nad północnym szlakiem morskim, aby przerwać szlaki handlowe Zachodu. Jednak żeby ten plan, ten czarny scenariusz doszedł do skutku, musi się wydarzyć cały szereg rzeczy.
Co może sprzyjać realizacji czarnej wizji przedstawionej przez gen. Hodgesa?
– Na pewno nie jest dobrym sygnałem to, co się dzieje
w Stanach Zjednoczonych, co osłabia pozycję Ameryki jako globalnego gwaranta międzynarodowego ładu. Jakkolwiek w Waszyngtonie – wśród elit i tego, co nazywamy kompleksem przemysłowo-wojskowym – silna jest tendencja, aby tę mocarstwową pozycję utrzymać,
to jednak jakość przywództwa – chodzi o obóz prezydenta Joe Bidena – nie pozwala w sposób należyty użyć potęgi, którą Stany Zjednoczone niewątpliwie wciąż są. Ponadto
w tej chwili mamy konflikt wewnętrzny w Stanach Zjednoczonych dotyczący migrantów, którzy stanowią coraz poważniejszy problem dla południowych stanów. Okazuje się, że władze stanu Teksas nie chcą się podporządkować władzom federalnym i temu, co wymyślił Biden, że na granicy Teksasu nie powinno być przeszkód, które powstrzymywałyby nachodźców. Władze stanowe uważają, że bariera powinna istnieć. Trwa poważny konflikt, spór na linii: władze Teksasu – administracja Bidena. Gubernator Greg Abbott uważa, że Teksas
nie może ponosić ciężaru polityki Bidena i nie zamierza ustępować, dlatego wysyła podporządkowaną sobie gwardię narodową do ochrony granicy z Meksykiem.
Z kolei prezydent Biden wysyła tam służby federalne,
żeby likwidowały ogrodzenia i wszelkie bariery. Sytuacja jest zatem patowa. Zobaczymy, kto zostanie nowym prezydentem. Sondaże wprawdzie dają przewagę Trumpowi, ale ma on bardzo wielu przeciwników.
Od wyniku wyborów w Stanach Zjednoczonych będzie zależało podejście do Ukrainy i Putina.
Stany Zjednoczone są na czele wsparcia
dla Ukrainy, chociaż na razie jest problem
z kolejną transzą finansowej pomocy dla Kijowa, ale jest też pytanie, jak zachowa się Unia Europejska?
– O tym, jak sądzę, zdecydują wybory do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w czerwcu. Czy siły lewicowo-liberalne, które dążą do zbudowania superpaństwa europejskiego, co de facto oznaczałoby likwidację państw narodowych, i możliwie najlepszego układania się z Rosją, czy te ośrodki obecnej władzy
w Unii utrzymają swoje dotychczasowe pozycje
w europarlamencie oraz w Komisji Europejskiej, czy też nie. Może dojdą do głosu siły prawicowe. Na to oczywiście nakłada się kolejna kwestia, mianowicie sytuacja w Polsce. Czy „koalicja 13 grudnia”, która próbuje w sposób pozaprawny przejmować poszczególne instytucje państwa polskiego, utrzyma się przy władzy i jak długo. Jeśli
ta władza się wykolei, również jeżeli ten kierunek na stworzenie superpaństwa europejskiego nie zostanie zrealizowany i jeżeli w Stanach Zjednoczonych do władzy dojdzie ponownie Trump, to jest szansa, że ten czarny scenariusz, który rysuje gen. Ben Hodges się nie spełni. Jak widać, jest wiele warunków, żeby tak się stało.