Tusk nie jest samodzielnym politykiem
Wtorek, 23 stycznia 2024 (21:08)Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem, profesorem Społecznej Akademii Nauk, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej
Front ukraiński nie wygląda dobrze.
Rosja naciska, atakuje, są ofiary – i to chyba nie koniec. Co się stanie, jeśli nie będzie wsparcia ze strony Ameryki?
– W takim wypadku Ukraina będzie musiała ustąpić Rosji.
Co to znaczy?
– W oparciu o niemieckie pośrednictwo może dojść
do zamrożenia konfliktu, działań na ukraińskim froncie.
Niemcy zachowują się dwuznacznie, wiemy, jak postępowali na początku wojny. Teraz niby wspierają Ukrainę, ale nie chcą przekazać pocisków manewrujących Taurus.
– Owszem była taka zapowiedź, ale kanclerz Olaf Scholz
na razie odrzuca dostawy pocisków Taurus, argumentując, że działania te mogłyby zostać odczytane jako angażowanie się Niemiec po jednej ze stron konfliktu,
co mogłoby zaowocować wzrostem ryzyka eskalacji napięcia. Myślę, że chodzi o to, żeby Ukrainę zmusić
do zawarcia „pokoju”. Nie jest przecież tajemnicą,
że Niemcom wciąż zależy na tym, żeby wojna zakończyła się jak najprędzej, aby mogli wrócić do współpracy gospodarczej z Rosją. Dla Berlina nie ma kompletnie żadnego znaczenia, że wojna zakończy się kosztem Ukrainy. Choć prezydent Zełenski próbował czy nadal próbuje dogadywać się poprzez związanie z Niemcami,
to jednak zdaje się, że nie będzie miał wyboru.
Z jednej strony są Niemcy, ale z drugiej strony mamy Stany Zjednoczone...
– I to jest kolejna zagadka. Widzimy, że Stany Zjednoczone, które od początku angażują się w pomoc Ukrainie, mają pewne kłopoty z kontynuacją tego wsparcia. Nie wiemy, czy ta pomoc będzie szła tak jak dotychczas, bo w Kongresie jest opór. Ponadto w Stanach Zjednoczonych zbliżają się wybory prezydenckie i choć przewagę ma Donald Trump, to dzisiaj nie wiadomo,
kto je wygra. Są więc znaki zapytania, bo jeśli zwycięży Joe Biden, który ponownie ma być kandydatem demokratów, to czy będzie kontynuacja dotychczasowej polityki wsparcia dla Kijowa, czy wprost przeciwnie. Ponadto sądząc po zainteresowaniu demokratów wsparciem „koalicji 13 grudnia”, rodzi się pytanie,
czy prezydent Biden – jeśli wygra – nie uzna, że głównym rozgrywającym w Europie mają być Niemcy, a wtedy zaangażowanie Amerykanów będzie dyskusyjne. Natomiast Polska pod rządami Donalda Tuska będzie wykonywać polecenia niemieckie.
A jeśli wygra Donald Trump?
– Jeśli zwycięży Donald Trump, to sytuacja może się znacznie bardziej skomplikować. Nie podejrzewam
Trumpa o to, żeby chciał kapitulować przed Rosją,
czy też dogadywać się z Putinem za wszelką cenę.
Trump w kilku rozmowach wyraził pogląd, że jest zwolennikiem utrzymania wiodącej pozycji Stanów Zjednoczonych w świecie jako głównego gwaranta ładu międzynarodowego. Jednocześnie stwierdził, że postawi Putinowi i Zełenskiemu ultimatum, że ma być pokój,
bo w przeciwnym wypadku udzieli Ukrainie takiego wsparcia, które pozwoli jej wygrać tę wojnę. Takie działanie byłoby w stylu Trumpa, który dla przypomnienia obarczył Bidena winą za wybuch wojny na Ukrainie. Według niego postawa Bidena i wycofanie wojsk amerykańskich z Afganistanu ośmieliły Putina, który uznał, że Stany Zjednoczone są słabe i że może zaatakować Ukrainę. Należy przyznać wiele racji Trumpowi także
w tym, że kiedy był prezydentem, to wojen na świecie
nie było, a Putin nie odważył się napaść na Ukrainę.
Tak czy inaczej sytuacja może być ciekawa, jeśli prezydentem ponownie zostałby Donald Trump.
Zakładając jego zwycięstwo, to czy i jak Amerykanie mogliby podtrzymać swoją obecność i dominację w Europie. Dotychczas partnerem i sojusznikiem Waszyngtonu
była Polska, ale po przejęciu władzy przez „koalicję 13 grudnia” Tusk skłania się
ku Berlinowi...
– To będzie problem rządu „koalicji 13 grudnia”, o ile się utrzyma. To, w jaki sposób zachowuje się ekipa Tuska,
w mojej ocenie, nie rokuje dobrze na przyszłość. Pamiętajmy też, że Tusk konfrontuje się z potężnym obozem, bo miliony Polaków głosowały na Zjednoczoną Prawicę, a wielu, oddając głosy na Trzecią Drogę, wcale
nie chciało władzy Tuska. Ci ludzie wyraźnie twierdzą,
że to, co w tej chwili robi Tusk, to jest skandal i oni sobie tego nie życzą. Jeśli do tego dodamy jeszcze wyczyny ministra Sienkiewicza czy ministra Bodnara, to tylko zaognia sytuację, doprowadza do polaryzacji – bardzo stanowczej i ostrej – i to nie tylko społeczeństwa, ale także wewnątrz instytucji państwowych. To się musi źle skończyć dla Tuska i całej tej uzurpatorskiej władzy.
Donald Tusk gościł wczoraj w Kijowie
– swoją drogą dwa lata mu zajęło, aby odwiedzić walczącą Ukrainę. Były gesty, słowa, czy mogą za tym iść jakieś istotne przedsięwzięcia?
– To nic nie znaczy, bo Tusk nie jest samodzielnym politykiem. On będzie działał zgodnie z dyrektywami,
które płyną z Berlina i Brukseli. I co do tego chyba nikt racjonalnie myślący nie ma żadnych wątpliwości. To,
jak się zachowa, będzie zależało od tego, co się wydarzy
w tych wszystkich obszarach, o których rozmawialiśmy wcześniej. W Kijowie był dość mile widziany, zwłaszcza
że słyszeliśmy o rozmaitych konszachtach władz Ukrainy
z Niemcami. Przecież w którymś momencie Zełenski działał wyraźnie na szkodę rządu Zjednoczonej Prawicy. Były takie opinie czy informacje, że zdecydował się na współpracę
z Niemcami ponad głowami Polski, żeby zaszkodzić władzy Prawa i Sprawiedliwości, żeby wybory parlamentarne wygrała „koalicja 13 grudnia” z Tuskiem na czele.
Jak zatem widać, to wszystko się dobrze układa dla jednych, czyli dla Tuska, który na razie sprawuje władzę
w Polsce; dla Kijowa, któremu się wydaje, że układając
się z Berlinem, robi dobry interes, ale przede wszystkim dla Niemców, które chciały się pozbyć tradycyjnego, konserwatywnego rządu w Polsce, by móc realizować swoje centralistyczne plany w Europie.
To przykra konstatacja...
– To są interesy, to jest polityka. To psucie relacji
– pomijając już zaszłości historyczne i biorąc pod uwagę tylko ostatnie dwa lata – zaczęło się od czasu, kiedy
w Kijowie zjawił się nowy ambasador Niemiec. Potem było kilka ważnych wizyt oficjeli niemieckich, m.in. ministra finansów. I Zełenski chyba uwierzył, że kolaborując
z Niemcami, nie tylko uratuje Ukrainę, ale też wprowadzi ją do Unii Europejskiej. Uważam, że łatwo dał się kupić, uznając, że jeśli w Warszawie będzie rząd przyjazny Niemcom, to jeszcze lepiej dla Ukrainy. Tak naprawdę Zełenski zawiódł nas, Polaków, a najbardziej zdaje się prezydenta Andrzeja Dudę. Ale takie rzeczy, niestety,
zdarzają się w polityce.
Zełenski podczas spotkania z Tuskiem
dość lakonicznie zamknął temat pomocy
z Polski. Jednak to my byliśmy na szpicy koalicji wsparcia Ukrainy, zwłaszcza
w pierwszej fazie wojny?
– Trzeba powiedzieć otwarcie, że gdyby nie nasza
postawa, to Ukraina po agresji rosyjskiej padłaby w ciągu pierwszych miesięcy. Rosja nie miałaby żadnego problemu, żeby zawiesić swoje sztandary w Kijowie. To, że prezydent Zełenski i władze Ukrainy tak szybko zapomniały
o zaangażowaniu militarnym Polski za rządów Zjednoczonej Prawicy oraz o wsparciu, jakiego Polacy udzielili milionom Ukraińców uciekającym przed rosyjskimi bombami, to rzeczywiście jest obraz gorzkiej prawdy,
czym bywa polityka.
To jest brudna, bardzo niemądra polityka, ale widać,
że Ukraińcy nie nauczyli się niczego, nie wyciągnęli wniosków z historii i brną dalej w kierunku, na którym
już kilka razy dostali mocno po głowie. Niektórzy
z polityków ukraińskich to widzą, ale są w mniejszości
i nie mają wpływu na decyzje najwyższych władz.
Nie sądzę, żeby udało się im zdobyć większy wpływ
i zmienić kierunek, jaki obrały obecne władze Ukrainy. Osobnym problemem, który wiąże ręce na Ukrainie,
jest wiąż wszechobecna korupcja, która jest jednym
z kłopotów tego państwa, ale wcale nie największym.
Czy Ukraina ma jakiekolwiek szanse, żeby wejść do Unii Europejskiej, dużo się jej obiecuje, ale czy Bruksela po prostu
nie zwodzi Ukrainy?
– Przede wszystkim warto się zastanowić, co będzie
z Unią Europejską, czy w obecnej formule ta mocno zideologizowana organizacja ma jakiekolwiek szanse
na przetrwanie. W Unii rozwijają się bardzo negatywne trendy, w swoim wnętrzu jest rozdarta, co więcej, ten kryzys narasta. Ośrodki lewicowo-liberalne, które mają
w tej chwili większość, a zatem i wpływ na to, w jakim kierunku ma podążać Unia Europejska, w ostatnim czasie bardzo przyspieszyły, jakby obawiając się, że wybory do europarlamentu, które odbędą się w czerwcu tego roku, mogą spowodować, że zmieni się układ sił w Parlamencie Europejskim i stracą dominującą pozycję.
Dlatego bardzo przyspieszyli, próbując na tyle trwale zmienić porządek, który nawet w przypadku porażki wyborczej nie zmieni kierunku, w jakim ustawili Unię,
a przynajmniej nie będzie to takie proste. Temu mają służyć plany dotyczące centralizacji Unii Europejskiej, przyjęcie paktu migracyjnego czy w ogóle dążenie do zniesienia prawa weta w Radzie Europejskiej. Jednak
takie wzmożone naciski, to całe przyspieszenie może spowodować, że ta bryczka, której na imię Unia Europejska, może się przewrócić i ten lewacki plan
się rozpadnie. Widać, że te ugrupowania i te siły rewolucyjne mają manierę przyspieszania, działania często pozaprawnego czy wprost niezgodnego z prawem, czego przykładem jest siostrzana „koalicja 13 grudnia”, która dorwała się do władzy w Polsce i wszystko chce zmienić
– byle tylko było inaczej, niż to robili poprzednicy, których najlepiej byłoby zamknąć, uciszyć i mieć tzw. święty spokój. Prawda jest taka, że jeśli ktoś szybko, za wszelką cenę próbuje burzyć istniejący porządek i budować własny, oparty na nienawiści, podszyty zemstą, to w efekcie przegrywa.