Bez USA Ukraina tej wojny nie wygra
Piątek, 19 stycznia 2024 (21:23)Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL
i AKSiM
Ukraina jest w coraz trudniejszej sytuacji. Prezydent Zełenski po wizycie
w amerykańskim Kongresie, który wciąż nie zatwierdził wojskowej pomocy dla Kijowa, teraz gościł w Davos. Jak należy ocenić tę ofensywę dyplomatyczną i jej skutki?
– W czasie wizyty na Światowym Forum Ekonomicznym
w Davos prezydent Wołodymyr Zełenski spotkał się z wieloma przedstawicielami świata zachodniego. Rozmawiał m.in. z sekretarzem stanu Anthonym Blinkenem i doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych Jakiem Sullivanem, a także z prezydentem Andrzejem Dudą. Ofensywa dyplomatyczna Kijowa więc trwa, a jakie będą jej skutki, to zobaczymy. Ukraina jest rzeczywiście w trudnym położeniu i nie ulega wątpliwości, że cały czas jest na zewnętrznej kroplówce – w sensie finansowym oraz gdy chodzi o uzbrojenie, bez czego samodzielnie nie dałaby sobie rady w tej wojnie. Proszę zwrócić uwagę, że Ukraina weszła też w pewną grę z Niemcami, co widzimy chociażby po decyzjach Brukseli co do eksportu ukraińskich produktów żywnościowych na rynek europejski.
Natomiast militarne losy Ukrainy niezmiennie zależą od Stanów Zjednoczonych, a to wszystko, o czym wspomniałem, to są dodatkowe rzeczy – ważne, ale nie najważniejsze – które mogą wzmocnić Kijów. Nie jest niczym odkrywczym, że to nie Europa rozstrzygnie o tym, czy Ukraina będzie zdolna, aby kontynuować tę wojnę, czy też nie.
Tylko że wspomniane przez Pana Profesora Stany Zjednoczone są coraz mniej hojne, jeśli chodzi o pomoc dla Kijowa?
– Trzeba na to patrzyć nieco szerzej. W Stanach Zjednoczonych zbliżają się wybory prezydenckie i trwa walka między dwoma obozami politycznymi. Republikanie stawiają warunki i mówią, że pomoc dla Ukrainy zostanie wznowiona, jeśli będą dodatkowe środki na wzmocnienie południowej granicy Stanów Zjednoczonych z Meksykiem. Republikanie chcą też zmiany polityki migracyjnej administracji prezydenta Joe Bidena i zaostrzenia stosunku do imigrantów, na co z kolei nie chcą przystać demokraci. Jak widać, kwestie migracji będą z całą pewnością jednym z głównych tematów kampanii prezydenckiej.
Szef ukraińskiej dyplomacji Dmytro Kułeba zaapelował, żeby amerykański Kongres wzniósł się na wyżyny i do końca stycznia jednak udzielił pomocy Ukrainie, której brakuje amunicji…
– Oczywiście w takich sytuacjach zawsze przerysowuje się pewne rzeczy, żeby osiągnąć cel. Zobaczymy, jaki będzie tego skutek. Nie sądzę, żeby ukraińskie magazyny broni były zupełnie puste. Trzeba też sobie jasno powiedzieć, że z punktu widzenia Waszyngtonu przerwanie wsparcia dla Ukrainy w takim momencie byłoby absurdem. Czy to jednak oznacza, że będzie porozumienie, to zobaczymy. Zwróćmy też uwagę, że sytuacja w Stanach Zjednoczonych w jakimś sensie przypomina tę w Polsce, gdzie konflikt polityczny jest rozgrzany do takich rozmiarów, że trudno znaleźć jakiś wspólny mianownik interesu państwowego. Ponadto Stany Zjednoczone są w kryzysie, podobnie jak cały świat zachodni. To wszystko nie zmienia faktu, że wojna na Ukrainie, jej wynik, jest w interesie Ameryki, więc może ten element zwycięży i dalsze wsparcie dla Kijowa jednak będzie.
Czy ta sytuacja może ulec zmianie po wyborach prezydenckich i ewentualnej wygranej Donalda Trumpa, który przedstawiany jest jako przeciwnik wspierania Ukrainy, i czy Ukraina powinna się obawiać zmiany na szczycie władzy
w Ameryce?
– Oceniajmy polityków nie tylko po tym, co mówią w czasie kampanii, ale po tym, co robią. Pamiętajmy, że jej adresatem – w tym wypadku – jest zwykły Amerykanin, który nawet niespecjalnie wie, gdzie leży Ukraina, który ma swoje problemy. Ponadto ten izolacjonizm wciąż jest mniej lub bardziej wyraźny w mentalności amerykańskiej
i stąd takie, a nie inne podejście do wielu spraw. Donald Trump nie mówi, że nie będzie wspierał Ukrainy, ale że szybko zakończy konflikt między Moskwą a Kijowem. Ponadto poprzednio jako prezydent w istocie swoją nonszalancką, ale też ostrą, zdecydowaną polityką blokował zapędy Putina.
Proszę wziąć pod uwagę, że podczas prezydentury Trumpa Putin nie odważył się napaść na Ukrainę i rozpocząć otwartą wojnę. Natomiast Joe Biden swoimi błędami, zwłaszcza na progu prezydentury, dotyczącymi zezwolenia na dokończenie budowy gazociągu Nord Stream, co wcześniej blokował Trump, de facto ośmielił Putina. Dlatego wojna na Ukrainie jest w dużej mierze wynikiem błędów prezydenta Bidena. Dobrze, że szybko się otrząsnął i zaczął pomagać Ukrainie, ale to też zasługa waleczności Ukraińców, którzy się skutecznie bronią. Gdyby nie taka odważna postawa Ukraińców, to mielibyśmy dzisiaj sytuację bardzo trudną. Reasumując, byłbym sceptyczny co do ocen tych wszystkich, którzy określają Donalda Trumpa jako polityka prorosyjskiego. Proszę zwrócić uwagę, że tak samo go określali, kiedy pierwszy raz szedł do prezydentury, a życie pokazało, że było zupełnie inaczej.
Jak w tym kontekście rozumieć wypowiedź szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa, który w czasie konferencji prasowej stwierdził, że Ukraina podzieli los Afganistanu, z którego Stany Zjednoczone wycofały się dwa lata temu, po 20 latach wojny z talibami, którzy dzięki temu odzyskali władzę w kraju?
– To jest kolejny element propagandy, wojny psychologicznej stosowanej przez Rosję. Wojna trwa
w polu, ale toczy się także w mediach za pomocą propagandy, w której Siergiej Ławrow zawsze był sprawy. Pamiętamy, jak Rosjanie grozili atakiem nuklearnym, kiedy mówili o taktycznej broni jądrowej, która miała być użyta w trakcie działań wojennych. Myślę, że nie należy tych wszystkich wypowiedzi odczytywać dosłownie, ale trzeba brać pod uwagę kontekst pewnej presji, wojny psychologicznej. Brać na poważnie wszystko, co pojawia się w przestrzeni rosyjskiej, ich analizy, wypowiedzi polityków związanych z Kremlem, byłoby działaniem nieroztropnym.
Jeśli Stany Zjednoczone będą zwlekać ze wsparciem Ukrainy, to może być nieciekawie, zwłaszcza że Putin zapowiedział kolejną mobilizację, ponadto przemysł rosyjski jest w trybie wojennym. Ukraina wobec takiej siły sama sobie nie poradzi, a na Unię Europejską też chyba nie ma co za bardzo liczyć?
– Na Europę – mam na myśli Unię Europejską – nie ma co za bardzo liczyć. Jeśli już, to na Stany Zjednoczone, o ile będą działać jak dotychczas. I na to trzeba liczyć, także na refleksję kongresmenów. Natomiast Europa jest zdezorganizowana, mocno zideologizowana, słaba, co więcej, Niemcy ciągle marzą o powrocie do współpracy gazowej z Rosją, a to nie może się wydarzyć bez zakończenia czy zamrożenia trwającego konfliktu. Europa owszem, pomaga, poszczególne kraje, w tym Polska, angażują się we wsparcie Ukrainy, i pomoc ta oczywiście ma swoją wagę, ale nie jest to wsparcie rozstrzygające w całej toczącej się wojnie.
Jak ocenia Pan inicjatywę zaproponowaną przez Francję, dotyczącą utworzenia koalicji artyleryjskiej kilkudziesięciu państw, której celem byłby zakup i dostarczenie Ukrainie 78 dział Cesar?
– Każda inicjatywa, która ma na celu wsparcie walczącej
i coraz bardziej wykrwawiającej się Ukrainy, jest ważna
i potrzebna – oczywiście pod warunkiem, że oprócz zapowiedzi coś rzeczywiście się wydarzy. Pamiętamy, ile Niemcy mówili o pomocy Ukrainie, czego to oni nie dadzą walczącym, a jak przyszło co do czego, to przekazywali hełmy albo czołgi, które psuły się po dotarciu na front. Owszem, jakaś refleksja po stronie Berlina przyszła,
i Niemcy przekazują Ukrainie pomoc, która według zapowiedzi w 2024 roku ma wzrosnąć niemal dwukrotnie – do kwoty 8,5 miliarda euro. Swoją drogą Niemcy nie są dzisiaj potęgą militarną, nie wypełniają też zasady sojuszniczej NATO, która obliguje każdego członka do przekazywania na zbrojenia 2 procent PKB. Ile było pięknych deklaracji nie tylko ze strony Niemiec co do pomocy Ukrainie, ale na słowach się kończyło. To pokazuje, że sprawczość wielu państw europejskich jest niska. Natomiast jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, jest to realna siła i skuteczna.
W czasie Światowego Forum Ekonomicznego w Davos prezydent Zełenski liczył na spotkanie z delegacją chińską, z premierem Chin, ale to się nie udało, bo Chiny podobno odmówiły. Co chciał załatwić Zełenski
i dlaczego Chińczycy odrzucili propozycję rozmów?
– Wołodymyr Zełenski może się czuć rozczarowany tym, że Pekin odrzucił prośbę Ukrainy o spotkanie z premierem Li Qiangiem. Natomiast jest wiadome, że bez Chin Rosji byłoby trudno tę wojnę prowadzić. Chiny to ogromny, chłonny rynek, który pozwala Rosjanom handlować. Chiny mają też potężną pozycję na arenie azjatyckiej czy w ogóle międzynarodowej i tego typu spotkanie w formacie premier Li Qiang – prezydent Wołodymyr Zełenski byłoby manifestacją czytaną w całym świecie i w Rosji. Dlatego Chińczycy nie chcą manifestować sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi za pośrednictwem Kijowa.
Czy to oznacza, że Chińczycy grają
w orkiestrze Putina?
– W jakimś sensie na pewno tak. Z całą pewnością bardziej wspierają Putina niż Ukrainę, którą z kolei wpierają Stany Zjednoczone. Wiemy przecież, że wojna ukraińsko-rosyjska jest w jakimś sensie również zastępczą wojną chińsko-
-amerykańską.