• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Działania w kierunku osłabiania Polski

Piątek, 15 grudnia 2023 (21:16)

Rozmowa z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości

5 mld euro zaliczki na modernizację systemu energetycznego i walkę ze zmianami klimatu ma trafić do Polski jeszcze przed końcem tego roku – zapowiedziała Ursula von der Leyen. Donald Tusk chwali się i oczywiście sobie przypisuje zasługę. Czy słusznie?

– Delikatnie rzecz ujmując, premier Donald Tusk, próbując sobie przywłaszczyć sukces, mija się z prawdą. Zresztą ta ekipa to są specjaliści w kreowaniu alternatywnej rzeczywistości i przypisywaniu sobie cudzych zasług. Natomiast fakty są takie, że decyzja o przyznaniu tych środków Polsce zapadła podczas posiedzenia Rady ds. ekonomicznych i finansowych (ECOFIN), skupiającej ministrów ds. finansowych Unii Europejskiej, w grudniu – jeszcze za rządów Zjednoczonej Prawicy. Swoją drogą zapowiedź, że Polska otrzyma ponad 5 mld euro zaliczki w ramach załącznika do Krajowego Planu Odbudowy była już mniej więcej miesiąc wstecz. Pieniądze te na realizację programu REPowerEU są przeznaczone na transformację sieci energetycznej, czyli na zakup różnego rodzaju urządzeń – np. farm wiatrowych. Zatem kto wie, czy nie zostaną one spożytkowane na zakup urządzeń do budowy farm wiatrowych w mającej poważne problemy finansowe podupadającej niemieckiej firmie produkującej wiatraki. Niewątpliwie te 5 mld euro mogłoby Niemcom pomóc wyjść na prostą.

Czyli wychodzi na to, że to Niemcy chcieliby nam sprzedawać używane turbiny wiatrowe?

– Dokładnie tak. Taki zakup oznaczałby krótszy czas użytkowania turbin, a także dodatkowe koszty składowania i utylizowania niebezpiecznych odpadów po wyeksploatowanych wiatrakach. Pomijając ten fakt, podpinanie się pod sukcesy premiera Morawieckiego jest na żenująco niskim poziomie, co nie przystoi szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, premierowi Tuskowi czy w ogóle klasie politycznej. Muszę przyznać, że takie poklepanie po ramieniu: „wicie, rozumicie, towarzyszu, macie od nas, bo zasłużyliście”, jest w dawnym stylu komunistycznym. Może i brzmi to śmiesznie, ale tak naprawdę jest to obniżanie rangi debaty publicznej, ale również poziomu Unii Europejskiej, która jawi się jako organizacja, w której swoi dają swoim.

Przykładem jest fakt, że pierwsze największe pieniądze z Komisji Europejskiej w ramach Krajowego Planu Odbudowy poszły do socjalistycznego rządu hiszpańskiego premiera Pedro Sancheza oraz do socjalistycznego włoskiego rządu byłego premiera Mario Draghiego. To są namacalne dowody, że w Unii swoi dają swoim, a prawica europejska, w tym wypadku rząd Zjednoczonej Prawicy, była posądzana o brak praworządności, o nierealizowanie kamieni milowych itd. To jest spektakl żenujący z politycznego punktu widzenia. W dojrzałych demokracjach każde medium by się z tego śmiało.

To właściwie co się formalnie zmieniło w ostatnich dniach, od zaprzysiężenia rządu Tuska, w kwestii praworządności, że narracja Brukseli uległa zmianie?

– Dokładnie nic. W polskich przepisach nie zmieniło się nic, kompletnie nic. Ani jeden kamień milowy nie uległ modyfikacji. Pieniądze mogą zostać przekazane na podstawie umowy między Komisją Europejską a rządem RP, z tym że takiej umowy nie ma.  Natomiast próba stworzenia międzyresortowego zespołu ds. praworządności, który powołał nowy minister sprawiedliwości – Adam Bodnar, to też jest żenada. Jeśli mowa o praworządności, to jest jeden resort dedykowany właśnie tego typu kwestiom: Ministerstwo Sprawiedliwości, gdzie rozstrzygane są wszystkie wątpliwości. Tam działa prokuratura, tam badane są też przepisy pod kątem prawa europejskiego.

Natomiast jakiś międzyresortowy zespół jest – w mojej ocenie – po to, żeby się nim podeprzeć w tak żenujących sytuacjach jak ma to miejsce dzisiaj. Na naszych oczach rozgrywa się spektakl, który może cieszy tych, którzy nie znają szczegółów, którzy się na polityce nie znają, ale merytorycznie, okiem ekspertów, wygląda to wszystko bardzo źle. Myślę, że z formalnoprawnego punktu widzenia większej żenady w 2023 roku nie było jak ten spektakl, ten cyrk, który w tej chwili się odbywa w Brukseli.

Czy zatem całe te unijne wymagania dotyczące kamieni milowych, praworządności, piętrzenia i stawiania coraz to nowych wymagań i barier – to były celowe wybiegi ze strony Unii?

– To były i w dalszym ciągu są celowe wybiegi, a wszystko po to, żeby gnębić takie niepokorne kraje jak Polska i żeby zniechęcić wyborców do głosowania na konserwatystów ze Zjednoczonej Prawicy. Swoją drogą nie dalej jak w miniony poniedziałek kwestia uruchomienia środków z Krajowego Planu Odbudowy była rozpatrywana jako jeden z wątków posiedzenia Komisji Budżetowej Parlamentu Europejskiego i zarówno wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Valdis Dombrovskis, jak i komisarz ds. gospodarki Paolo Gentiloni wskazywali wyraźnie, że Polska otrzyma tę zaliczkę, ale zanim to nastąpi, upłynie jeszcze kilka miesięcy.

Przecież to nie jest tak, że nagle do Brukseli przybywa Donald Tusk i pieniądze już na niego czekają, więc w reklamówkach będzie je mógł przywieźć do Polski. Do tego, aby te środki zostały przelane na polskie konto, musi być sporządzona umowa między rządem RP a Komisją Europejską i dopiero wówczas mogą być uruchomione te pieniądze. Na razie takiej umowy nie ma i póki co tych pieniędzy nie będzie. Bardzo chciałbym zobaczyć, kiedy wpłyną one na konto – oczywiście mówimy tu o zaliczce. Jedynym argumentem, który może przemawiać za szybszym przekazaniem tych środków w sposób bezumowny, jest to, że Niemcy przeżywają kryzys – wspomniana już firma produkująca elementy farm wiatrowych, od której będziemy kupować te urządzenia. Tak czy inaczej jest to żenada, biorąc pod uwagę całą tę lipę związaną z kamieniami milowymi i przedstawianiem Polski jako kraju rzekomo niepraworządnego. To jest i straszne, i strasznie śmieszne.

Wychodzi na to, że najważniejszy kamień milowy, jaki ustawiła Komisja Europejska, został spełniony 15 października, bo po wyborach rządzi koalicja większościowa z Tuskiem na czele, a przecież o to Brukseli chodziło...

– Spełnienie warunków milowych wcale nie było niezbędne. Wprawdzie wybory wygrało Prawo i Sprawiedliwość, to sumarycznie większość w Sejmie RP uzyskała koalicja Tuska. Jest to na rękę Brukseli, która robiła wszystko, żeby Zjednoczona Prawica już w Polsce nie rządziła. Stąd ten aplauz po stronie koalicji Tuska oraz w Brukseli. Eurokraci – jak kiedyś za komisarzy ludowych – klepią przybywającego do Brukseli jako zwycięzca Donalda Tuska i zapewniają o przekazaniu wcześniej blokowanych, a przecież należnych Polsce i Polakom pieniędzy. Tylko że cała procedura w, której ramach się to odbywa, nie ma nic wspólnego z prawem unijnym ani z prawdą. Myślę, że tych pieniędzy na razie nie będzie, co oczywiście jest niekorzystne, bo wszyscy życzymy dobrze Polsce.

Te środki przekazane szybko na pewno pomogłyby nam w rozwoju. Ale tego nie da się zrobić jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. Dlatego jeśli ktoś wierzy w cały ten spektakl, w te uśmiechy i poklepywania, to jest zwyczajnie naiwny. Cała ta gra przypomina czasy komunistyczne, kiedy sekretarz rozdawał jakieś pieniądze, a teraz w tę rolę wchodzą szefowa Komisji Europejskiej czy poszczególni komisarze, klepiąc Tuska po ramieniu i mówiąc, że „dostaniecie te miliardy euro, bo jesteście fajni”. Tak to jednak nie działa. 

Czyli niekoniecznie te 5 mld euro zaliczki będzie pod choinkę, jak mówił Tusk?

– To nie będzie pod choinkę. Chyba że złamane zostaną wszystkie procedury obowiązujące w Unii Europejskiej i bezumownie ktoś nam przekaże te miliardy euro. Nie sądzę, żeby na coś takiego poszedł zwykły księgowy, a co dopiero urzędnicy unijni, którzy muszą czekać na dokumenty, podpisy. Biurokracja w Unii Europejskiej jest może uciążliwa i działa wolno, ale z drugiej strony jest dokładna.

Jaka może być cena za uruchomienie kolejnych środków z Krajowego Planu Odbudowy, jaką rząd Tuska będzie musiał zapłacić?

– Cena będzie rosła i za to wszystko będziemy płacić już zaraz, przy dyskusji nad ratyfikacją umowy dotyczącej zmiany Traktatu o Unii Europejskiej oraz Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, a więc zmian w kierunku tworzenia nowego porządku w Europie, gdzie dominować mają Niemcy. Wiele bowiem wskazuje na to, że już 18 grudnia, a więc niebawem, odbędą się spotkania w tej materii. Dokument, który w internecie cytował europoseł Jacek Saryusz-Wolski, mówi, że właśnie 18 bm. mają się spotkać ministrowie bodajże klimatu państw członkowskich, którzy będą rozmawiać o zmianie unijnych traktatów. Będzie to już kolejny etap i zobaczymy, czy którykolwiek z krajów zgłosi jakieś uwagi. Mam poważne obawy co do tego, jak zachowa się nowa władza w Polsce i przedstawiciel Donalda Tuska. Przypomnę, że premier Mateusz Morawiecki kilka tygodni przed zmianą władzy zawetował to porozumienie i Polska była niestety jedynym krajem członkowskim, który to zrobił.

Co sądzi Pan o informacjach na temat podziału ról na stanowiskach międzynarodowych, według których Ursula von der Leyen – w nowym rozdaniu – ma zostać sekretarzem generalnym NATO, a do tego potrzebne jest poparcie Polski. Czy ta transakcja wiązana może oznaczać, że na funkcję szefa Komisji Europejskiej mógłby awansować Donald Tusk bądź ktoś przez niego wskazany?

– Owszem, jest taki scenariusz. Ursula von der Leyen zdaje się też widzi siebie w roli szefowej Sojuszu Północnoatlantyckiego. Z kolei Donald Tusk jest wyraźnie znudzony trwaniem w polskiej polityce, zresztą sam mówił jakiś czas temu, że myśl o tym, że miałby na nowo zasiadać w polskim Sejmie, jest upiorna. I to znużenie było już widać w trakcie pierwszych debat Sejmu nowej kadencji. Jemu bardziej odpowiadają Bruksela i posada unijna. Nie sądzę jednak, żeby Tusk czy którykolwiek polityk tej ekipy został szefem Komisji Europejskiej. A jeśli już, to cena, jaką musielibyśmy zapłacić za to, będzie zawrotna. Związana zarówno ze zgodą na zmianę unijnych traktatów, ze zgodą na przyjmowanie muzułmańskich uchodźców, również z przyjęciem waluty euro – a co za tym idzie z ograniczeniem suwerenności Polski.

Tak więc trzeba bardzo uważnie obserwować to, co będzie się działo w tej chwili w relacjach Polska – Unia Europejska. Wielokrotnie już mówiłem, że Unia Europejska wywiera presję finansową, stosuje szantaż na różne kraje, a efektem tych działań są zmiany stanowiska przez poszczególne rządy, które są pod wpływem Brukseli. Teraz decydenci unijni wykonują pracę nad urobieniem premier Włoch Giorgii Meloni, żeby po przyszłorocznych wyborach do europarlamentu mieć Włochy po swojej stronie. Miejmy jednak nadzieję, że włoska prawica się nie złamie pod unijna presją. Co nie zmienia faktu, że ta presja istnieje.

Ponadto w Unii nie dzieje się nic za darmo, tym bardziej Polacy powinni mieć oczy szeroko otwarte: przedsiębiorcy, rolnicy i wszyscy, którzy myślą o silnej pozycji Polski pod względem gospodarczym, również pod względem militarnym. Nie można wykluczyć, że ceną może być np. zmiana umów zakupów związanych z wyposażeniem polskiej armii. Francuzi, którzy mają nam za złe, że zakończyliśmy negocjacje w sprawie zakupu śmigłowców Caracal, mogą próbować coś uszczknąć dla siebie. Tymczasem my mamy aktualne umowy m.in. ze Stanami Zjednoczonymi. Zatem rozgrywki mogą się toczyć i bądźmy pewni, że ewentualny awans na stanowisko unijne będzie nas drogo kosztował. Tu się nic za darmo nie dzieje.

Zwiastunem tej uległości może być wniosek min. Bodnara dotyczący przystąpienia Polski do Prokuratury Europejskiej. Skąd ten pośpiech i czy to nie jest krok w kierunku ograniczenia kompetencji narodowych i de facto zmierzający do federalizacji Unii?

– Kilka krajów członkowskich nie przystąpiło do Prokuratury Europejskiej i jakoś nikt nie płacze z tego powodu. Natomiast pierwszy krok min. Bodnara rzeczywiście jest taki. Oczywiście wiemy, czemu ma to służyć: chodzi o to, żeby dręczyć np. polityków Zjednoczonej Prawicy. W przypadku jakichś ewentualnych posądzeń czy oskarżeń ładniej będzie wyglądało czy będzie bardziej medialne, jeśli nie polska, ale europejska prokuratura będzie prowadzić dochodzenia itd. Jest to zatem próba stworzenia kolejnego bata na Polskę. Oczywiście prawdziwa cnota krytyk się nie boi, dlatego nie rozdzierałbym szat, natomiast jakieś wyimaginowane sytuacje w rodzaju tych, o których wspomniałem, mogą mieć miejsce, ale to wszystko po to, żeby osłabiać Polskę na arenie międzynarodowej.

W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby Polskę osłabić. Niemcy nie pozwolą na to, żeby Polska – w środku Europy – była państwem silnym, dobrze uzbrojonym, bezpiecznym, a Polacy byli majętni. Dla nich jest to nie na rękę, o wiele bardziej wygodne byłoby, żeby Polacy pracowali w Niemczech przy szparagach i byli uzależnieni od Berlina. Ponadto Niemcy nie pozwolą Tuskowi, żeby Polska gospodarczo rozwijała się dalej w takim tempie jak obecnie, a Polacy stawali się coraz bardziej zamożni. Inna sprawa, że samemu Tuskowi raczej nie będzie na tym specjalnie zależeć.

                 Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki