• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Zamiast ewolucji szykuje się rewolucja

Czwartek, 14 grudnia 2023 (09:05)

Rozmowa z dr. Bogdanem Więckiewiczem, socjologiem z Instytutu Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie

Prezydent Andrzej Duda podczas uroczystości zaprzysiężenia rządu podkreślał odpowiedzialność za sprawy Polski, zarysował wyraźnie obszary, które mu przynależą jako głowie państwa, ale  wyraził też gotowość do współpracy. Jak ta współpraca może wyglądać?

– Gest prezydenta Andrzeja Dudy jest oczywiście naturalny i właściwy. Dla dobra Polski wszystkie waśnie oraz spory należałoby odłożyć i wydaje się to czymś naturalnym. I dobrze, żeby to rozumiała zarówno jedna, jak i druga strona. Prezydent powinien czuwać nad tym, żeby sprawy Polski szły w dobrym kierunku, a jego wyciągnięta ręka w kierunku pojednawczym jest sygnałem świadczącym o rozumieniu swojej roli – roli głowy państwa, i odpowiedzialności za Polskę.   

Premier Tusk w odpowiedzi na słowa prezydenta także wskazywał, że każdy, kto będzie miał wolę, będzie mógł z nim współpracować. To tylko słowa...?

– Owszem, tego typu deklaracje czy słowa z ust Donalda Tuska padły, ale z drugiej strony musimy patrzeć, kto je wypowiada, i obserwować, czy te słowa wyrażane dzisiaj przerodzą się w czyny. Słyszeliśmy przecież, jak Tusk w swoim exposé dziękował tym osobom, mówiąc wprost: zadymiarzom, którzy przez minione osiem lat byli bardzo agresywni, którzy wychodzili na ulice, manifestując przeciwko legalnie wybranej władzy Zjednoczonej Prawicy. Ich działania, których symbolem jest „osiem gwiazdek”, były bardzo agresywne i miały charakter hejtu, nienawiści, a nie pojednania. Dlatego już w pierwszych dwóch dniach widać pewien dysonans w działaniach Tuska, który z jednej strony mówi, że będzie dążył do współpracy z każdym, kto chciałby pracować dla dobra Polski, a w swoim pierwszym oficjalnym wystąpieniu – mającym nakreślić prace jego gabinetu – dziękuje tym, którzy zachowywali się agresywnie. Oczywiście każdy zasługuje na szansę, z tym że będziemy obserwować, jak to wszystko będzie się kształtować. Na pewno warto, aby dla dobra kraju w tej trudnej sytuacji pojednanie, a przynajmniej współpraca miały miejsce bez względu na poglądy czy różnice polityczne.     

W czasie swojego exposé Tusk już na samym początku odwoływał się wprost do KOD-u, dziękując właśnie zadymiarzom. Pomijając jednak to, proszę powiedzieć, jakim – Pana zdaniem – premierem może być Tusk i czy zważając na jego wcześniejszą zależność od Brukseli i Berlina, odpowiedzialność za losy Polski nie będzie teraz spoczywać na prezydencie?

– Odpowiedź na to, jakim premierem może być Donald Tusk, wszyscy znamy, bo był tym premierem już wcześniej, a ludzie tak szybko się nie zmieniają. Owszem, można wprowadzić jakąś korektę co do stylu sprawowania władzy, ale nie będzie ona znacząca. Zresztą Donald Tusk znany jest z tego, że formułuje ładnie brzmiące zdania, przyjemne dla uszu, natomiast gorzej jest, jeśli chodzi o ich realizację, gdzie postępuje zupełnie inaczej, niż zapowiadał. Pamiętamy jego wcześniejsze obietnice – chociażby te, że nie podniesie wieku emerytalnego, a podniósł; mówił, że obniży podatki, tymczasem zrobił dokładnie odwrotnie. I tych niezrealizowanych obietnic czy działań na szkodę polskiego społeczeństwa moglibyśmy wymieniać więcej. Obawiam się, że tym razem może być podobnie, tym bardziej że polityka Prawa i Sprawiedliwości nie we wszystkim była zgodna z polityką Unii Europejskiej. Warszawę i Brukselę różniła na przykład kwestia suwerenności czy bezpieczeństwa energetycznego. Ale jak znamy Donalda Tuska, to on zawsze stał po stronie nie Polski, nie polskich spraw, tylko po stronie Brukseli. I tego należałoby się obawiać: że może on kontynuować ten kierunek polityki. Tymczasem jesteśmy w sytuacji wyjątkowej, dlatego tym bardziej dzisiaj należy rozumieć polskie sprawy, mieć pewne wyczucie i dbać o bezpieczeństwo nie tylko militarne, ale również energetyczne, gospodarcze. Natomiast wcześniejsze zapowiedzi i postawa Tuska mogą budzić obawy, jak choćby kwestia wprowadzenia euro, co dla Polaków nie byłoby wcale korzystne, ale za to dla Berlina – jak najbardziej. Ponadto zabiegi i trend brukselskich biurokratów, którzy razem z Niemcami dążą do zbudowania superpaństwa europejskiego, superpaństwa federacyjnego, co znacząco ograniczyłoby naszą suwerenność. Trudno też sobie wyobrazić, jak w tych okolicznościach wyglądałaby wspólna europejska armia, bo jak wiemy, takie propozycje też już były, ale na razie się nie przyjęły. Poza NATO nie ma innej organizacji czy sojuszu, który mógłby zapewnić państwom członkowskim bezpieczeństwo.

Sprawą sporną między Komisją Europejską a Polską pozostaje kwestia imigrantów. Tusk wprawdzie twierdzi, że nie da się ograć Unii, ale trudno mieć zaufanie do jego zapewnień?

– Niewątpliwie polityka migracyjna Unii Europejskiej jest inna, niż była polityka rządu PiS, a pamiętamy wypowiedzi Tuska jako szefa Rady Europejskiej, że jeśli nie przyjmiemy kwot imigrantów wyznaczonych przez Unię, to będzie się to łączyło nieuchronnie z konsekwencjami. I teraz, kiedy Tusk przejął władzę w Polsce, to pewnie bez problemu zgodzi się na unijny dyktat także w tej kwestii i prawdopodobnie będziemy musieli tych nielegalnych imigrantów przyjmować. Możemy się więc obawiać, czy Polska pod rządami Tuska nie stanie się podobna do tego, co widzimy we Francji, w Szwecji czy – dajmy na to – w Holandii, gdzie dochodzi do zamachów, ataków imigrantów muzułmańskich, którzy nie tylko, że nie integrują się z ludnością kraju, do którego przybywają, ale wręcz narzucają swoją kulturę, religię, swój sposób funkcjonowania w społeczeństwie.

W exposé Tuska było mało konkretów, zabrakło m.in. odniesienia do atomu. Owszem, była mowa o zielonej energii, ale nic o kontynuacji programu energii atomowej, który został rozpoczęty przez rząd PiS. Co to oznacza?

– Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo energetyczne, to istnieją ryzyko i obawa, czy polityka nowej władzy w Polsce nie będzie polityką Niemiec. Jak wiemy, Niemcy odeszli od atomu, zrezygnowali z elektrowni atomowych i dzisiaj mówi się w Niemczech, że to był olbrzymi błąd. Niemcy, jak wiemy, zaślepieni chęcią zysków, liczyli na współpracę energetyczną z Rosją – że będą tanio kupować gaz, który będą sprzedawać innym państwom europejskim i na tym zarabiać. Ten plan – na skutek agresji rosyjskiej na Ukrainę – legł w gruzach. Natomiast Polska – poprzez mądrą politykę rządów Zjednoczonej Prawicy –uniezależniła się od dostaw rosyjskiego gazu. Co więcej, mamy podpisane umowy na realizację elektrowni jądrowych i byłoby konieczne, żeby ten program realizować. Natomiast zielona energia – wiatrowa, słoneczna – może być uzupełnieniem, ale nie można tylko na tych źródłach opierać bezpieczeństwa energetycznego Polski. Obawiam się jednak, że skoro w exposé Tuska nic na temat energii jądrowej nie było, to niewykluczone, że nowa władza będzie podążać drogą wskazaną przez Niemcy, co byłoby niebezpieczne dla Polski. Oczywiście jest za wcześnie, żeby wyciągać jednoznaczne wnioski, ale można przewidywać i obawiać się, czy polityka Tuska w tej materii będzie zgodna z polską racją stanu.

Prezes Jarosław Kaczyński, odnosząc się do exposé Tuska, mówił, że przedstawił on politykę, której istotą są zemsta i ponowne tym razem może nieco bardziej subtelne niż poprzednio oszukanie Polaków. Jaki jest Pana komentarz?

– Takie pierwsze symptomy powoli już możemy obserwować. Prezes Kaczyński może mieć rację, dlatego że zwycięskie ugrupowanie w wyborach parlamentarnych, największy klub w Sejmie, nie ma swojego przedstawiciela w prezydium Sejmu. Co więcej, nie zanosi się, żeby ten przedstawiciel tam się znalazł. Również zapowiadane zmiany w instytucjach rządowych, także w służbach, mają się dokonać bardzo szybko. Mówi się o wymianie kadr i o drastycznych cięciach, co zapowiada, że program rewanżyzmu i zemsty może być realizowany. Pomocą dla Platformy mogą być tutaj powiązania w środowisku sędziowskim, stowarzyszeniach sędziowskich, które jawnie wspierały Koalicję Obywatelską. W związku z tym można się spodziewać, że także wyroki sądów mogą mieć charakter polityczny, a nie merytoryczny i zgodny z prawdą. Zresztą mogliśmy to zaobserwować wcześniej, jak to wyglądało w odniesieniu do ludzi, którzy sprzeciwiali się linii politycznej Koalicji Obywatelskiej, gdzie wyroki były wyższe, a w odniesieniu do sympatyków czy członków formacji opozycyjnych przypadki poważnych naruszeń prawa kończyły się łagodnymi wyrokami, albo wprost uniewinnieniami. Istnieje więc ryzyko, że Koalicja Obywatelska z pomocą sądów może stosować metody, które będą miały na celu zemstę i wyniszczenie przeciwnika politycznego.

Jak należy odczytywać zapowiedzi Tuska o „przywróceniu mediów publicznych Polakom”? Dodam, że Tusk już jako premier, lecąc dzisiaj do Brukseli, odmówił zabrania na pokład samolotu rządowego dziennikarzy TVP i Polskiego Radia…

– To nie ma nic wspólnego z pluralizmem mediów. W tym wypadku przywrócenie mediów publicznych Polakom odczytuję jako powrót mediów publicznych na usługi Platformy, co oznacza próbę całkowitego przejęcia władzy przez Tuska i jego polityczne środowisko. Jeżeli Platforma to uczyni, to będziemy mieć monopol medialny w Polsce. Nie jest tajemnicą, że większość mediów na polskim rynku sympatyzuje z Platformą i Donaldem Tuskiem, dlatego jeśli zapowiedź przejęcia TVP przez tę ekipę stanie się faktem, to możemy się spodziewać jednej narracji, jednego przekazu: monotematycznego, wychwalającego formację rządzącą, a atakującego opozycję. Sytuacja bardzo kontrowersyjna, rodem z PRL-u, mocno niebezpieczna, zagrażająca demokracji, szkodliwa dla pluralizmu medialnego. Możemy się też spodziewać, że media nieprzychylne władzy Tuska mogą na przykład nie otrzymać koncesji, co może być naciskiem ze strony rządzących. Monopol medialny, jeden przekaz – to zagrożenie dla funkcjonowania demokracji. Nie będzie w tym, co powiem przesady, że jeśli do tego dojdzie, to będzie to pierwszy krok ku autokratycznym rządom. Nie chcę powiedzieć o rządach totalitarnych, ale pewne zapowiedzi działań radykalnych mogą mieć również i takie znamiona.

Dzisiaj poszczególni nowi ministrowie obejmowali resorty. Skupmy się może na Barbarze Nowackiej, która przejmując resort edukacji, zapowiedziała zmiany w kuratoriach i odchudzenie programu nauczania, ograniczanie liczby godzin religii oraz odejście od prac domowych. Mają być reformy, transformacja. Czy zmiany w takich resortach powinny być radykalne? Można odnieść wrażenie, że ta ekipa zachowuje się, jakby miała rządzić wiecznie?

– Naturalnie, że w takich obszarach jak edukacja może być nie rewolucja, ale ewolucja. Tym bardziej że nie wiem, czy takie radykalne zmiany są w ogóle potrzebne. Polska oświata ma się bardzo dobrze. Potwierdzają to chociażby ostatnie wyniki badań międzynarodowych Programme for International Student Assessment (PISA) dotyczące umiejętności uczniów piętnastolatków, które wskazują, że Polska jest w czołówce światowej, jeśli chodzi o umiejętność czytania, rozumienia tekstu czy o umiejętności matematyczne i przyrodnicze. Badanie zostało przygotowane przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) oraz przedstawicieli krajów członkowskich. Te wyniki dowodzą, że system edukacyjny w Polsce jest dobry, a szukanie na siłę zmian może świadczyć, że chodzi tu wyłącznie o ideologię. Wydaje się, że właśnie ideologia stoi u podstaw zmian zapowiadanych przez minister Barbarę Nowacką. To może budzić uzasadnione niepokoje, bo jeśli „poprawa” edukacji i zmiany zaczynają się od redukcji godzin religii w szkole, następnie żeby lekcje religii nie były obowiązkowe, żeby oceny z religii nie wliczały się do średniej na świadectwie, także żeby katecheza była na pierwszych lub ostatnich lekcjach – to cel tych wszystkich działań jest jasno określony. Można więc mieć szereg obaw. Patrząc na skład tego rządu, widać, że ideologia ma się dobrze. Jeśli wiceministrem kultury zostaje Joanna Scheuring-Wielgus – znana z zakłócania Mszy Świętej – w jednym z kościołów Torunia, co więcej, jeśli sąd nie dostrzega w tym obrazy uczuć religijnych, to nie wygląda to dobrze. Skandaliczne zachowanie posła Brauna wczoraj w Sejmie znalazło odzew w postaci natychmiastowej reakcji koalicji rządzącej, zwłaszcza lewicowej strony, która domagała się uchwały Sejmu potępiającej to zachowanie. Natomiast kiedy posłowie PiS, wskazując, że atakowane są także symbole chrześcijańskie, co przechodzi płazem, i proponują, żeby do projektu tej uchwały wprowadzić – obok potępienia działań antysemickich – także zachowania antychrześcijańskie, to koalicja „15 października” w ogóle wycofała się z uchwały. To wszystko najlepiej pokazuje nierówne traktowanie religii katolickiej.

              Dziękuję za rozmowę.          

    

              

        

Mariusz Kamieniecki