• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Wraca stare

Piątek, 24 listopada 2023 (11:35)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM

Parlament Europejski niewielką, bo niewielką, ale jednak większością, przyjął rezolucję dotyczącą zmian unijnych traktatów. Droga wprawdzie jeszcze daleka, ale proces zmian został uruchomiony i centralizacja Unii Europejskiej wydaje się coraz bliżej?

– To prawda, chociaż wygląda, że tego celu nie uda się osiągnąć i zrealizować wprost we wszystkich proponowanych aspektach. Jakie intencje towarzyszą tym zmianom – to już wiadomo, bo zostało to zawarte w głosowanym raporcie przygotowanym przez Komisję Spraw Konstytucyjnych Parlamentu Europejskiego, natomiast zastanawiająca jest proporcja głosów podczas głosowania nad tym projektem. Chodzi o to, że jeśli w tak lewicowym Parlamencie Europejskim mamy do czynienia z niemal równowagą podczas głosowania, to może to oznaczać, że zanim ten projekt doczeka się realizacji, to zajdą w nim pewne korekty. Co więcej, te korekty chyba są z góry zamierzone, bo propozycje zawarte w tej rezolucji są tak daleko idące, tak rewolucyjne – łącznie z odbieraniem suwerenności państwom narodowym, że zdaje się ustępstwa tu i ówdzie są z góry wkalkulowane w ten projekt.

O jak dalekich ustępstwach mówimy?

– Trzeba będzie pokazać, że projektodawcy tych pomysłów się cofają. Na pewno nie do ruszenia będzie temat likwidacji prawa weta, bo na tej bazie można będzie właściwie wszystko przeforsować. Zatem wygląda, że będą szli w kierunku pewnych ustępstw, podobnie jak to było z traktatem lizbońskim. Mianowicie, kiedy traktat konstytucyjny został odrzucony w referendach, to zrobiono właściwie to samo, tylko w rozproszony sposób – właśnie poprzez traktat lizboński nadając Parlamentowi Europejskiemu więcej uprawnień ustawodawczych i de facto stawiając go na równi z Radą Europejską.

Poruszył Pan kwestię, iż niewielka liczba głosów zdecydowała, że rezolucja ograniczająca suwerenność m.in. Polski przeszła, że ta machina nie została zatrzymana. Przesądziły głosy 9 europosłów z Polski. Jak to możliwe, że europosłowie z naszego kraju mogli zagłosować w ten sposób?

–  Jak wiemy, w przeszłości była spora część polskiej komunistycznej lewicy, która chciała być częścią Związku Sowieckiego. W PRL-u wprost podlegali Moskwie, za czasów Gierka zmieniali Konstytucję tak, aby był tam zapis o sojuszu z ZSRS. To w mentalności tych ludzi pozostało i to się wyraża właśnie przy okazji tego typu głosowań. Skoro Unia Europejska powołuje się w tej propozycji zmian w traktatach o Unii Europejskiej i o funkcjonowaniu Unii Europejskiej na propozycje włoskiego komunisty Altiero Spinellego i neomarksistowski Manifest z Ventotene, gdzie mowa jest o likwidacji państw narodowych i doprowadzeniu do utworzenia jednego państwa, to nic dziwnego, że jest to po myśli polskich postkomunistów, takich jak Leszek Miller, Włodzimierz Cimoszewicz czy Marek Belka, dzisiaj związanych z Lewicą, a wcześniej – jak pamiętamy – z PZPR.

Skąd to nagłe przyspieszenie przebudowy Unii Europejskiej?

– Powód jest prosty: bo tego życzą sobie Niemcy. Niemcy się spieszą z przebudową Unii Europejskiej, bo wiele rzeczy wymyka się im spod kontroli, dlatego poprzez naciski spowodowali, że taki, a nie inny jest wynik wyborów parlamentarnych w Polsce. W przyszłym roku odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, inny będzie jego skład, inna będzie też Komisja Europejska. W Europie rosną siły eurosceptyczne, więc Berlin się spieszy, żeby ustalić nowe reguły, nowe zasady, które potem będzie trudno zmienić. Dla nich nie ma znaczenia, że w gruncie rzeczy centralizacja Europy jest w sprzeczności z istotą Unii Europejskiej, z ideą ojców założycieli, z ideą suwerennych państw. Liczy się tylko ich interes.

O ile w Polsce ten temat jest żywy za sprawą polskich mediów, o tyle w innych krajach niewiele się o tym mówi. Tak jest np. we Francji czy we Włoszech, gdzie świadomość tego, co jest projektowane w Unii, jest właściwie żadna. Rewolucja może się dokonać bez świadomości bardzo wielu ludzi?

– Oczywiście, że może. Ale cóż w tym dziwnego, że o tych kwestiach mówi się niewiele albo wcale? Przecież cała ta brukselska biurokracja w taki właśnie sposób funkcjonuje, działa. Tam widocznie obowiązuje stare rosyjskie przysłowie: im ciszej jedziesz, tym dalej zajedziesz. Może to dziwić, ale tak to wygląda, bo im później zacznie się wrzawa, tym lepiej, bo – używając języka młodzieżowego – zanim ludzie się zorientują, to będzie już pozamiatane. Chodzi o to, że jeśli społeczeństwa będą coraz bardziej świadome, to protesty będą narastać, a tego brukselskie i niemieckie elity chcą uniknąć.

To, że w Unii Europejskiej konieczne są reformy, to sprawa bezdyskusyjna, ale czy tak powinna wyglądać reforma, skoro Unia przestanie być tą organizacją, którą stworzyli ojcowie założyciele?

– Chodzi, zdaje się, o to, o czym mówił europoseł Marek Belka, który podczas debaty w europarlamencie w dość niewybrednych słowach powiedział, żeby nie było już więcej takich rządów jak Kaczyńskiego w Polsce czy Orbána na Węgrzech. Co ciekawe, mówi to postkomunista, że w Parlamencie Europejskim będzie blokował możliwość sprawowania rządów przez formacje prawicowe. To są rzeczy nieprawdopodobne, ale widać, że wraca stare. Cóż, my byśmy chcieli, żeby Polska miała podmiotową pozycję w Parlamencie Europejskim, żeby każde z państw miało równy głos, natomiast Niemcy mają inną wizję Europy: chcą, żeby inni byli im podlegli. Dlatego mówią wprost, że wetowanie czy straszenie wetem ich bardzo irytuje i nie pozwala prowadzić Europy ku – jak to twierdzą – świetlanej przyszłości. Ich świetlanej przyszłości.

Tymczasem fakty są takie, że Polska czy inne narody mają ponad tysiąc lat, swoją historię, kulturę i nie dadzą się łatwo spacyfikować i odebrać sobie podmiotowości. Tak naprawdę w Europie nikt nie myśli o interesie całej Unii, ale każdy myśli o interesie swojego kraju. To, że państwa narodowe są w Unii Europejskiej, to jest tylko pewien element towarzyszący. Tymczasem brukselscy biurokraci uważają, że to państwa narodowe są elementem towarzyszącym wobec superpaństwa europejskiego, które chcą stworzyć. Pytanie brzmi: na bazie jakiej tożsamości chcą to stworzyć? Bo takiej unijnej tożsamości, do której oni się odwołują, nie ma. Jak widać, to jest utopia, której próba wcielenia w życie może bardzo dużo kosztować, niemniej ta utopijna wizja jest forsowana.

Symptomem tego, że wraca stare, jest także postulat zawarty w propozycji zmian w traktatach dotyczący zmiany nazewnictwa. Otóż według tego projektu Komisję Europejską ma zastąpić niejaka egzekutywa?

– To tylko pokazuje, że forsujący te zmiany to marksiści, którzy mentalnie niewiele różnią się od znanych skądinąd wzorców sowieckich. To jest ta sama ideologia, tyle że w nieco innej odsłonie. Jak widać, wiele jest w tych projektach rzeczy podobnych.

Ta sama rodzina, tylko że nowe, młodsze pokolenie…

– Dokładnie tak. Może inaczej to przedstawiają, w nieco innej formie, ale rzeczywiście rodzina w sensie ideowym jest ta sama.

Załóżmy, że ten projekt zmian w traktatach zostanie przyklepany, to jeśli ta nowa Unia Europejska będzie podejmować decyzje i w takim tempie jak podczas ogłoszonej epidemii czy w kwestii sankcji na Rosję, to jest się czego obawiać zwłaszcza że chodzi o tak ważne obszary, jak bezpieczeństwo, obronność, ochrona zdrowia, edukacja, polityka zagraniczna czy polityka wewnętrzna państw unijnych?

– Wystarczy popatrzeć na sprawy korupcyjne, jakie towarzyszyły zakupom szczepionek na COVID-19, które – nawiasem mówiąc – mamy w tej chwili na głowie. 6 mld zł odszkodowania, czego żąda od nas Pfizer, który – jak słyszymy – pozywa Polskę za nieodebranie 60 mln szczepionek, to jest właśnie skutek nierozsądnej, wręcz katastrofalnej polityki szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, która w normalnych okolicznościach już dawno powinna zostać za to rozliczna, a nie jest. I o ile Donald Tusk chce PiS-owską władzę rozliczać, i to na wszelkie sposoby – słyszymy o komisji śledczej itd., to w tej sprawie ten, który był wówczas we władzach unijnych, czy też szefem największej partii w europarlamencie, czyli Europejskiej Partii Ludowej, milczy. Tymczasem to są nasze wspólne pieniądze. I tak to wygląda. Swoją drogą socjalizm zawsze tak wyglądał i choć upłynęły lata, w tej materii nic się nie zmieniło.

Jaki jest los tej lansowanej przez eurokratów rewolucji? Czy Tusk – jeśli obejmie rządy w Polsce – w Radzie Europejskiej zaakceptuje zmiany traktatowe?

– Uważam, że do Rady Europejskiej te propozycje trafią w mocno zmienionej formie, bo ta propozycja, raport przygotowany przez Komisję Spraw Konstytucyjnych Parlamentu Europejskiego, poparty przez europarlament, jest nachalny, bezkompromisowy i w tej formie jest nie do przyjęcia. Oczywiście, że będą dyskusje, ale jeśli premierem będzie Donald Tusk, to zapewne to klepnie – co do tego nie mam wątpliwości. Myślę też, że ze strony przyszłej władzy będziemy mieli kampanię, która będzie miała na celu zamydlić ludziom oczy – na przykład, że z czegoś w tym projekcie zrezygnowano, że w gruncie rzeczy jest to dla nas korzystne, że nie ma obaw. Zresztą taka znieczulająca narracja ze strony opozycji już ma miejsce.

Natomiast trzeba powiedzieć jasno po raz kolejny, że cały ten rozpoczęty proces jest groźny dla Polski, ale też jest groźny dla całego projektu, jakim jest Unia Europejska. Nie można budować oligarchicznego tworu, który doprowadzi do unicestwienia całego projektu. Większość państw nie zgodzi się na pozbawienie ich suwerenności. PiS zapowiada, że będzie patrzył na ręce rządzącym i będzie przekonywał Polaków, że pozbawienie nas głosu, oddanie uprawnień Brukseli, będzie de facto pozbawieniem nas suwerenności. Zresztą ostatecznie zmiany mają ratyfikować parlamenty krajowe, a koalicja Tuska – jeśli byłaby za centralizacją Unii Europejskiej – to w polskim Sejmie nie ma do tego wystarczającej większości.

           Dziękuję za rozmowę.     

Mariusz Kamieniecki