Niemiecko-rosyjskie plany mogą się nie udać
Poniedziałek, 20 listopada 2023 (21:22)Rozmowa z dr. hab. n. wojsk., prof. Społecznej Akademii Nauk, Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej
Rosja zwiększa swój budżet na zbrojenia i wygląda, że robi to nie tylko w związku z wojną na Ukrainie, ale po to, żeby kontynuować swój marsz na Zachód. Niemiecka Rada Stosunków Zagranicznych (DGAP) przestrzega, że jeśli się pozwoli Moskwie na zamrożenie konfliktu na Ukrainie, to w 6 lat odbuduje swój potencjał…
– Już jakiś czas temu, kiedy omawiana była kwestia modernizacji polskiej armii i zakupu uzbrojenia, mówiłem, że duże zakupy sprzętu i nacisk, który rząd Zjednoczonej Prawicy zaczął wywierać, jeśli chodzi o rozbudowę naszego potencjału obronnego i sił zbrojnych, wynika z tego, że prawdopodobnie oceniono, ile czasu mamy, żeby się przygotować do ewentualnej obrony. Podkreślałem też, że jeśli Ukrainie udałoby się obronić przed rosyjskim agresorem, to mamy około 10 lat, żeby pozyskać odpowiednie uzbrojenie i przygotować obronę zdolną do odparcia ewentualnej agresji.
Natomiast jeśli Ukraina się załamie, to wtedy będziemy mieli tylko 5 lat. Wszystko oczywiście zależy od tego, jaki potencjał i w jakim czasie uda się Rosji zgromadzić. Skoro dzisiaj Niemcy, berliński think tank, ostrzegając przed nowym zagrożeniem ze strony Rosji, mówią, że nowa wojna może nas czekać w przedziale od 6 do 10 lat, to jest to – moim zdaniem – prawidłowa ocena. Jakkolwiek jeśli Moskwie udałoby się zamrozić trwający konflikt, to czas, w którym Rosja będzie gotowa do kolejnego ataku, zmieści się w dolnej granicy, czyli w przedziale 6 lat. Europa ma więc mało czasu, aby odpowiednio się przygotować. Tak czy inaczej, skoro ta wizja została przedstawiona w niemieckich mediach, to ciekawe, czy i jakie to może mieć przełożenie, jeśli chodzi o politykę niemiecką, a więc co Berlin będzie chciał realizować albo na co liczy.
Tymczasem ze strony polityków opozycji słyszymy krytykę zakupów uzbrojenia, a gen. Mirosław Różański, były dowódca generalny Rodzajów Sił Zbrojnych, a dziś senator Polski 2050, nazywa to „manią wielkości”...
– Poglądy gen. Różańskiego są powszechnie znane, co nie zmienia faktu, że stwierdzenie, iż wizja polskiej armii jako największej armii lądowej w Europie, to „hasło populistyczne”, jest – w mojej ocenie – świadectwem niezrozumienia czy niedoceniania zagrożenia, jakie stanowi Rosja, o czym Ukraińcy – mimo stawianego oporu – cały czas się przekonują. Jeśli więc przywódcy Trzeciej Drogi, Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-
-Kamysz, mówią, że gen. Różański jest ich bardzo ważnym ekspertem, którego opinie ws. polskiej obronności będą uwzględniać, to nie wróży to nic dobrego. Ponadto jeśli sprawdziłyby się doniesienia prasowe i Władysław Kosiniak--Kamysz zostałby ministrem obrony, to nie można wykluczyć, że gen. Różański nie zostanie np. sekretarzem stanu w resorcie obrony.
Jeśli – jak słyszymy – za pomocą referendum niektórzy chcieliby skrócić kadencję prezydenta Dudy, do czego za prof. Chmajem zachęca też Lech Wałęsa, to chyba stać ich na różne, nawet najbardziej absurdalne pomysły także w kwestii obronności…?
– Różne wizje się pojawiają, co tylko pokazuje, że ta ekipa, która chce przejąć władzę, nie ma pomysłu na rządzenie Polską, dlatego chce dać ludziom zamiast chleba – igrzyska. Widać, że trwa gorączkowe poszukiwanie sposobów, jak wyeliminować z gry prezydenta, który ma przed sobą jeszcze półtoraroczną kadencję i zapowiedział w swoim przemówieniu na inaugurację pracy Sejmu X kadencji, że jeśli będą złe społecznie i szkodliwe dla Polski decyzje rządu, to nie zawaha się użyć weta jako uprawnienia, które daje mu Konstytucja RP. Tak czy inaczej jeśli ekipa bez programu, pałająca jedynie chęcią zemsty czy rewanżu, dorwie się do władzy, to rzeczywiście może dużo bałaganu narobić.
W tle tych wszystkich wydarzeń geopolitycznych, wojny na Ukrainie i zagrożenia ze strony Rosji jest cały czas próba wypchnięcia Stanów Zjednoczonych z Europy, a to chyba woda na młyn dla Putina?
– To jest warunek sine qua non niemieckiego zamiaru czy projektu pt. wspólnota gospodarcza, czy w ogóle Europa od Lizbony do Władywostoku, co jest wyraźnym ukłonem wobec Putina i jego planów. Jeśli ten plan ma się zrealizować, to sprawą oczywistą jest, że trzeba się pozbyć z Europy Amerykanów, którzy bardzo przeszkadzają tej budowanej z mozołem od lat współpracy między Rosją a Niemcami.
Nic więc dziwnego, że coraz głośniej rozbrzmiewają plany budowy europejskiej armii?
– To logiczna konsekwencja tej sytuacji. Nie ulega wątpliwości, że Niemcy chcieliby wziąć Europę w karby pod swoim „światłym” przywództwem, i jednym z elementów tego planu federalizacji Europy, który jest teraz dyskutowany i forsowany, jest także system militarny. Teraz rodzi się pytanie, czy i jak ten system powstanie, bo Bundeswehra, która ma być – zdaje się – centrum tego planu, na razie jest słabiutka, choć jak słyszymy – ma być rozbudowywana. Chodzi o to, żeby przemysł niemiecki, który ma zadyszkę, złapał oddech i nabrał rozmachu, produkując uzbrojenie. W takim układzie powstaje pytanie, czy od wschodu jest potrzebna jakaś silna armia polska – może jednak nie…?
W 2024 roku urzędowanie na stanowisku sekretarza generalnego NATO zdaje się już definitywnie zakończy Jens Stoltenberg. Kto może zostać jego następcą? Zainteresowanie objęciem tej funkcji wyrażają: mocno antyrosyjski Kriszjanis Karinsz, szef dyplomacji, były premier Łotwy; premier Estonii Kaja Kallas. W gronie kandydatów wymieniany jest także premier Holandii Mark Rutte…
– Z tego grona chyba najbardziej kontrowersyjna wydaje się osoba premiera Holandii Marka Ruttego, który zasłynął z tego, że prowadził dość spolegliwą, czy raczej tchórzliwą politykę wobec Rosji i Putina. To pokazuje, że Unia Europejska ma jakąś dziwną manierę, żeby na ważne stanowiska, stanowiska o – nazwijmy to – strategicznym znaczeniu, wystawiać tego typu kandydatury. Swoją drogą w tym wojskowym kontekście na myśl przychodzi mi obecna przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, która – jak pamiętamy – też ma „doświadczenie” w zarządzaniu armią. Otóż jako minister obrony Niemiec zapisała się jako de facto grabarz Bundeswehry. Otóż to za jej kierownictwa nad niemiecką armią w latach 2013-2019 doszło do niegospodarnego wydatkowania wielu milionów euro środków publicznych na zlecenia dla zewnętrznych firm doradczych, z których usług kierownictwo niemieckiej armii korzystało podczas modernizacji Bundeswehry. Natomiast jeśli chodzi o wspomniane kandydatury premier Estonii Kaji Kallas czy szefa dyplomacji Łotwy Kriszjanisa Karinszy, to trudno mi się wypowiadać, ale nad wyborem na tak ważne stanowisko jak sekretarz generalny Sojuszu Północnoatlantyckiego trzeba się dobrze zastanowić.
Jakie cechy powinien posiadać nowy szef NATO?
– Myślę, że Jens Stoltenberg prezentuje dobry model. Takimi cechami powinien się odznaczać sekretarz generalny NATO. Musi być stanowczy, ale przede wszystkim musi być NATO-wskim patriotą, rozumieć, czym jest Sojusz Północnoatlantycki i jak należy postępować, żeby wszyscy członkowie w ramach tego sojuszu w miarę harmonijnie współpracowali. I to Jensowi Stoltenbergowi się dotychczas udaje.
Co jest i co w najbliższym czasie będzie głównym wyzwaniem dla NATO?
– Sądzę, że największym zadaniem, ale i wyzwaniem będzie zachowanie wewnętrznej spoistości NATO. Mamy bowiem zarówno kwestię zmiany na stanowisku sekretarza generalnego i jeżeli poszłoby to w kierunku, o jakim rozmawiamy, a więc gdyby nowym sekretarzem został premier Mark Rutte, a co gorsza, gdyby udało się wypchnąć Stany Zjednoczone z Europy, to wtedy Berlin starałby się uzyskać większe wpływy w związku z perspektywą budowy europejskiej armii, a Sojusz Północnoatlantycki byłby marginalizowany. Tyle że Europa bez Stanów Zjednoczonych, NATO bez Stanów Zjednoczonych nie funkcjonuje, nie istnieje, bo to jest główna siła sojuszu. Jak widać, różne dziwne rzeczy mogą się jeszcze wydarzyć.
Może w tej sytuacji Stany Zjednoczone powinny wystawić swojego kandydata na szefa NATO, co z pewnością wpłynęłoby na wzmocnienie sojuszu?
– Tak. Mam nadzieję, że Amerykanie zadbają o to, żeby na czele sojuszu pojawił się odpowiedni kandydat. Zdaje się, że był z tym jakiś kłopot, bo Jensowi Stoltenbergowi, który sprawuje funkcję sekretarza generalnego NATO od października 2014 roku, bodajże czterokrotnie przedłużano misję, która ostatecznie ma się zakończyć 1 października przyszłego roku. Widać więc, że nie było odpowiedniego następcy i stąd taka sytuacja. Również agresja rosyjska i trwająca wojna na Ukrainie graniczącej ze wschodnią flanką NATO – to nie był odpowiedni czas, żeby dokonywać zmiany na tak ważnym stanowisku jak szef Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Szkoda tylko, że w Polsce – zważając na sytuację geopolityczną – tego nie rozumiemy, że zmiana władzy na tak niepewną i chyba też nieprzewidywalną w tym momencie nie jest dobrym rozwiązaniem...
– Powiedziałbym tak: sprawy wewnętrzne w naszym kraju niestety są obiektem manipulacji bardzo zaawansowanych sił w tym zakresie, które są – jak się okazuje – w stanie zmanipulować duże masy ludzkie. I to jest bardzo groźny przeciwnik. Z tym że podobnie było zdaje się już w XVIII wieku, kiedy to przygotowywano społeczeństwo polskie do rozbiorów. Wizja straszna, ale myślę, że tym razem tym, którzy tak bardzo chcą powtórki z historii, to się nie uda, bo szyki może im ktoś pomieszać. W jednej z naszych ostatnich rozmów mówiliśmy, że zdaje się, iż jest jakieś porozumienie między Stanami Zjednoczonymi a Chińską Republiką Ludową. Mieliśmy też niedawno spotkanie prezydentów mocarstw Joe Bidena i XI Jinpinga w San Francisco i jeśli rzeczywiście jest jakieś porozumienie w zakresie złagodzenia napięć, odnośnie do strefy wpływów między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, to wtedy ten manewr, który chcą zrobić Niemcy – polegający na wypchnięciu Ameryki z Europy, po prostu się nie powiedzie. Stany Zjednoczone, mając względny spokój na Pacyfiku, będą mogły się skupić na pilnowaniu, żeby w Europie nic się nie wymknęło spod ich kontroli. Oby tak było.