Cała gra pod Tuska...
Poniedziałek, 20 listopada 2023 (10:48)Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem
Premier Morawiecki, ogłaszając „dekalog polskich spraw”, zachęca parlamentarzystów do budowania ponadpartyjnej koalicji. Czy nie jest to misja straceńcza?
– Z pozoru, biorąc pod uwagę wszelkie kalkulacje i arytmetykę, może się wydawać, że misja ta rzeczywiście nie ma sensu. Po co zatem premier Morawiecki ogłasza coś, co na dobrą sprawę nie ma szans powodzenia? Blisko 8 mln Polaków, którzy oddali głos na Zjednoczoną Prawicę, dając tej formacji po raz trzeci z rzędu zwycięstwo w wyborach, ma prawo wiedzieć, jakie są alternatywy dla Polski. I premier ma nie tylko prawo, ale i obowiązek taką próbę – dla wielu straceńczą – podjąć, żeby pokazać, że zawsze jest wybór, nawet gdyby ta misja na dzisiaj miała tylko iluzoryczne szanse i miała się zakończyć niepowodzeniem. To pokazuje, że na koalicji Tuska polityka się nie kończy, że zawsze jest inny wariant. Donald Tusk – póki co teoretycznie – może być premierem i prawdopodobnie nim zostanie, ale to nie oznacza, i nie jest wykluczone, że wariant „b”, który właśnie przedstawił premier Morawiecki, prędzej czy później będzie można zrealizować. Jest na to pomysł, jest program, plan, jak zbudować nie rząd Prawa i Sprawiedliwości, ale rząd dla Polski.
Dlaczego tak późno pojawia się ta inicjatywa? Może trzeba było to zrobić wcześniej – przed kampanią i w jej trakcie?
– Dzisiaj wszelkie dywagacje już niczego nie zmienią. Wybory za nami, wynik jest znany. Natomiast mamy nowy układ i na tym etapie tyle można dzisiaj zrobić. To, że popełniono błędy, to jest jedna sprawa, ale ważne, żeby szybko wyciągać wnioski.
To jest zatem przykład refleksji?
– Tak, to jest wyraz refleksji, a jednocześnie bardzo realnego podejścia do tego, co można zrobić. I te propozycje – bardzo konkretne – padają. To nie jest wysyłanie do kąta poszczególnych sił i stawianie siebie na czele, ale jest to propozycja do wszystkich formacji, którym zależy na dobru Polski. Inaczej mówiąc, to jest położenie na stół deklaracji i gwarancja premiera, że razem można to zrobić, że jest to realne, choć z góry wiadomo, że Donald Tusk będzie mówił, że nie ma na to szans, że jest to nie do zrobienia. Swoją drogą ten projekt nie jest kierowany do Tuska, ale do tych, którym w tym parlamencie zależy na Polsce.
Jednocześnie pamiętajmy, że przed nami kolejne wybory: samorządowe, do Parlamentu Europejskiego, a w 2025 roku wybory prezydenckie…
– Kampania do europarlamentu już ruszyła, co więcej, szykują się zmiany w Europie związane z planami federacyjnymi lansowanymi przez Berlin i Brukselę i też trzeba być przygotowanym, żeby się temu złemu dla państw narodowych projektowi uzależniania sprzeciwić. Jednocześnie wybory prezydenckie też nie za długo. Kalendarium wyborcze jest – jak widać – jasno zarysowane.
Szymon Hołownia, który został marszałkiem Sejmu, chyba jako pierwszy wszedł na ścieżkę, która ma go doprowadzić do urzędu Prezydenta RP. Czy jednak się nie przeliczył z siłami?
– Na razie marszałek Hołownia – można rzec – upaja się władzą, jaką otrzymał. Został drugą osobą w państwie. Marszałek Sejmu rzeczywiście dużo może, dużo znaczy, a jednocześnie jako osoba wystawiona na ogląd publiczny musi zważać na to, co mówi i robi, bo bardzo łatwo można się skompromitować i ta trampolina może się okazać hamulcem. Parę osób tego ciężaru nie uniosło i funkcja, jaką im powierzono, po prostu ich przerosła. Przykładem Stefan Niesiołowski, który w 2010 roku po rezygnacji Bronisława Komorowskiego tymczasowo wykonywał obowiązki marszałka Sejmu, czy Radosław Sikorski, który w związku z „aferą podsłuchową” zrezygnował z funkcji.
Czy wystawienie Hołowni na urząd Marszałka Sejmu – po za tym, że nie nadawał się na żadne stanowisko ministerialne – nie jest też świadomą grą Tuska?
– Owszem, Donald Tusk spełnił marzenie Hołowni, jednocześnie umożliwiając mu rozpoczęcie kampanii prezydenckiej. Hołownia, który lubi mówić, popisywać się swoją erudycją, chyba wciąż nie uświadamia sobie, że im częściej występuje, im więcej mówi, tym więcej bzdur wypowiada. Chcąc przystopować Hołownię, wystarczy dać mu do ręki mikrofon i pozwolić mówić. Jego wypowiedzi nie są wypowiedziami polityka, tym bardziej nie są to wypowiedzi męża stanu. Hołownia wypowiada się tak, jakby nie wyszedł z roli prowadzącego reality show. Tylko że Sejm to nie studio czy arena telewizyjna. Zapomina, że stał się jedną z twarzy polskiej polityki, że ma też reprezentować Sejm RP na zewnątrz, także za granicą. Widać, że wciąż nie wyszedł z butów komercyjnej stacji, co polega na tym, żeby mówić dużo, szybko, niekoniecznie z sensem i logiką, bo tempo wypowiedzi sprawia, że w tym gąszczu słów często trudno się połapać. Na razie wyborcy to kupują, ale pytanie, jak długo wytrzymają. Jeśli marszałek Hołownia ma zamiar systematycznie wygłaszać orędzia o niczym – jak to zrobił niedawno – to wystarczy dać mu okazję, włączyć mikrofon i kamery, a resztę sam zrobi. Zapowiedzi, które poczynił zaraz po wyborze, mogą tylko cieszyć Donalda Tuska. Słowa o likwidacji sejmowej zamrażarki czy zapowiedź, że będzie wysłuchiwał każdego, są nie do zrealizowania. To jest polityka i tak to nie działa. Polityka to twarda gra i jeśli Hołownia będzie próbował wybić się na samodzielność, to Tusk szybko go sprowadzi na ziemię.
Jedno z życzeń Tuska Hołownia już spełnił, mianowicie Włodzimierz Karpiński jest na wolności?
– Myślę, że spełnił pewien wymóg formalny, i chyba nie mógł nic innego zrobić. To jest jedna z rzeczy, z procedur, decyzji wydawanych przez innych, które się dzieją poza marszałkiem, poza premierem, a oni mogą tylko to potwierdzić. Swoją drogą Hołownia postawił przed sobą pierwszą przeszkodę, mówiąc, że w tym Sejmie nie będzie miejsca dla przestępców. Na razie w Sejmie nie ma przestępców potwierdzonych wyrokami sądów, ale są czy jest osoba, która ma prokuratorskie zarzuty. Więc występowanie marszałka z takimi hasłami jest co najmniej strzałem we własne kolano. I wyborcy pewnie to szybko wychwycą.
Szymon Hołownia w pierwszych dniach urzędowania poprosił o spotkanie z prezydentem Dudą. I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie ton, w jakim komentował to spotkanie…
– To prawda, bo ton, w jakim Hołownia skomentował spotkanie z prezydentem Dudą, daje dużo do myślenia. Jeśli bowiem ktoś mówi, że „prezydent zapewnił mnie, że będzie przestrzegał terminów”, „prezydent zapoznał mnie ze swoim stanowiskiem”, „prezydent przekazał mi” – to wszystko pokazuje, że ten człowiek ma siebie za Bóg wie co. Polityk, na progu kariery, który na skutek układu zostaje marszałkiem Sejmu, w dodatku – jak słyszymy – rotacyjnym, który nie ma absolutnie żadnego doświadczenia parlamentarnego, wobec prezydenta – głowy państwa – powinien zachować się godnie, z szacunkiem, a nie stawiać siebie przed szereg, nawet jeśli piastuje funkcję marszałka Sejmu. To nie reality show.
Obserwatorem tego spektaklu jest Donald Tusk, który siedząc w ławie sejmowej, patrzy, jak inni za niego wykonują robotę, i zaciera ręce. Swoją drogą Tusk – nawet jeśli obejmie rządy – to wytrzyma całą kadencję czy – jak to ma w zwyczaju – ucieknie do Brukseli? Zdaje się, że marzy mu się fotel szefa Komisji Europejskiej?
– I to nie jest żadną tajemnicą. Wydaje się, że bezpiecznie będzie chciał dotrwać do wyborów do Parlamentu Europejskiego, aby nie zawieść, nie zniechęcić wyborców i nie spalić eurowyborów oraz wyborów samorządowych. Pamiętajmy, że Koalicji Obywatelskiej zależy na sejmikach wojewódzkich, gdzie dzieli się środki unijne. To tam dzieje się polityka regionalna i z pewnością będzie o to wielki bój i próba ugłaskania elektoratu. Są bowiem zapowiedzi, które mogą szybko być odczuwalne przez elektorat, na zasadzie porównania z tym, co zrobił premier Morawiecki, ogłaszając „dekalog polskich spraw”, wskazując, że Polacy wciąż mają wybór, alternatywę. Ponadto tak jak się powołuje parlament, tak można go też odwołać; zdarzają się też przyspieszone wybory. Na razie obie strony prowadzą twardą grę, używając rozmaitych tzw. myków prawnych, żeby konkurenta osłabić. Jednak kiedy to robi totalna opozycja, to słyszymy, że wróciła demokracja, wolność, ale kiedy robi to PiS, to słyszymy, że to zamordyzm, że nie mogą się oderwać od koryta itd. To pokazuje, że mamy przekaz, który de facto jest ciągłą narracją fałszu. Przykładem jest wybór sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa i postawa chociażby poseł Kamili Gasiuk-Pihowicz. Kiedy została wybrana, to nie jest to już, jak to było dotychczas, „neo-KRS”, tylko to KRS, i to już nie są pseudosędziowie, tylko sędziowie. Ten przykład pokazuje, jak to wszystko ma koślawe nóżki i słabe fundamenty.
Gdzie w tym wszystkim są wyborcy? Nie czytają tej gry?
– Widzą, ale kto zajmuje się na co dzień polityką, wszystkimi szczegółami i kto to wszystko rozumie? Jeśli kampania parlamentarna była oparta głównie na emocjach, jeśli po stronie opozycji totalnej w ogóle nie było merytoryki, a tylko był jeden wróg: PiS, którego trzeba zwalczyć, a hasłem wywoławczym skupiającym wszystkich przeciwników władzy był anty-PiS, i to był w zasadzie jedyny program, a wszystkim nieszczęściom świata – łącznie z pogodą – był winny PiS i Kaczyński, to o jakiej logice mówimy? Widać, że nie było w tym żadnej logiki, żadnych racjonalnych działań, bo one w żaden sposób by nie pomogły i nie pomogą. Tu potrzeba czynów Tuska – jego elektorat musi doświadczyć działań tej nowej ekipy. Ludzie muszą się wreszcie przekonać, kogo wybrali, i jeśli nie odczują tych rządów na własnej skórze, to nic się nie zmieni. Tusk powoli już się wycofuje ze swoich obietnic, dlatego powstający w Sejmie zespół parlamentarny Marka Jakubiaka do spraw nadzoru wykonania 100 konkretów PO na 100 dni rządzenia będzie miał co robić.
Ucieczka Tuska do Brukseli jest, Pana zdaniem, prawdopodobna?
– Myślę, że jest wysoce prawdopodobna. Wszyscy chyba wiedzą, jaki Tusk jest, i tylko naiwna część polskiego społeczeństwa dała się ograć, stawiając na niego, wierząc w to, co mówi. Tylko Polski szkoda.
Tusk ma szanse na fotel szefa Rady Europejskiej?
– Na dzisiaj w prasie zagranicznej jest sprzedawany jako ten, który zatrzymał zły PiS, zatrzymał faszystów, populistów – takie są tytuły. Zatem jawi się jako zwycięzca.
Tylko czy to przełoży się na jakąś ciepłą posadkę?
– Tusk ma zadrę w sercu i mimo upływu czasu nie może zapomnieć porażki w wyborach prezydenckich i przegranej z Lechem Kaczyńskim. Jednocześnie ma spory negatywny elektorat, co może być kłopotem przy ponownym starcie na urząd Prezydenta RP. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę jego naturę osoby, która nie lubi się zbytnio przepracowywać, stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej może się okazać dla niego zbyt wymagające. Dlatego nie wykluczałbym, że po czerwcowym i październikowym marszu na Warszawę Tusk uwierzył, że może być prezydentem – zwłaszcza że Rafał Trzaskowski jest na boku, nie jest w rządzie i nie jest planowany do rządu, ale na kolejną kadencję prezydenta Warszawy. I choć warszawiacy wiedzą, że jest beznadziejnym włodarzem, który sam się męczy w stołecznym ratuszu, to i tak na niego zagłosują.
Tyle że Trzaskowski też ma ambicje europejskie?
– Wydaje się, że Tusk i Trzaskowski mają to przedyskutowane. Trzaskowski jest jeszcze stosunkowo młodym politykiem i chyba wszystko przed nim, a dla Tuska to w zasadzie ostatni dzwonek. Jest też Hołownia, który został wysłany na pierwszą linie frontu, żeby ośmieszając się, utorować drogę do Pałacu Namiestnikowskiego Tuskowi. Przypomnijmy, że na początku Tusk mówił, żeby wyborcy dali mu 100 dni na posprzątanie po PiS-ie, teraz jest mowa o 400 dniach. Jak widać, ten czas się wydłuża i jest zbieżny z kampanią prezydencką.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki