Stawianie na Berlin może się skończyć katastrofą
Niedziela, 19 listopada 2023 (18:19)Rozmowa z dr. Bogdanem Więckiewiczem, socjologiem z Instytutu Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie
„Dekalogiem polskich spraw” – premier Mateusz Morawiecki wyciąga rękę do opozycji i zapowiada rząd ponadpartyjny. Czy to inicjatywa, wokół której można skupić przynajmniej tych parlamentarzystów, dla których ważna jest suwerenność, niepodległość Polski?
– Premier Mateusz Morawiecki jest bez wątpienia w niełatwej sytuacji, ponieważ będzie mu trudno stworzyć rząd, szczególnie kiedy widzimy, że jest bardzo silny blok opozycyjny. Premier zapewne liczył na PSL, że być może się przyłączy do tej inicjatywy, także na Konfederację, ale raczej nic z tego nie będzie. Ponadpartyjna propozycja premiera pn. „Dekalog polskich spraw” jest dosyć szeroka. Samo założenie jest szlachetne i dobre, ale czy i na ile będzie ono realne i możliwe do realizacji.
Widzimy bowiem, że opozycja jest totalna i nie ma najmniejszej ochoty na współpracę. Chce szybko przejąć wszystko, począwszy od stanowisk rządowych po spółki Skarbu Państwa. To oznacza proces odsuwania Prawa i Sprawiedliwości od jakiejkolwiek władzy, gdzie formacja Jarosława Kaczyńskiego mogłaby o czymkolwiek, w jakimkolwiek zakresie decydować. Dlatego być może propozycja premiera jest na bardziej odległą przyszłość.
Premier Morawiecki mówił, że nie przedstawia pomysłów na trzecią kadencję, ale pomysł na I kadencję właśnie koalicji polskich spraw, najważniejszych. Dlatego próbuje stworzyć krąg ludzi, którym drogie są sprawy bezpieczeństwa Polski w wymiarze militarnym, ale też gospodarczym…
– Ta propozycja wydaje się zasadna, dlatego że czasy są bardzo niespokojne. Nie pora i miejsce na kłótnie, zwalczanie się wzajemne czy – jak widzimy – wręcz wyniszczanie przez tych, którzy mają obecnie większość w parlamencie, co wynika chociażby z głosowania nad wyborem marszałka i wicemarszałków Sejmu. Uważam, że propozycje premiera Morawieckiego, dotyczące m.in. kwestii gospodarczych, takich jak: wakacje ZUS-owskie i tarcze dla firm w kryzysie, stały wzrost płac, program mieszkaniowy, a także kwestia bezpieczeństwa militarnego i energetycznego Polski, są to wskazania dobre, ale zważywszy na układ sił w Sejmie, raczej nie znajdą szerszego poparcia.
Być może – i pewnie to był zamysł premiera Morawieckiego, który wie, że trudno będzie jego gabinetowi zyskać poparcie w Sejmie, ale przyszłość koalicji Donalda Tuska też nie jest do końca pewna, szczególnie że koalicję tworzy 14 różnych formacji – przyjdzie czas, że ten sztuczny projekt zacznie się chwiać i rozpadnie wcześniej niż później. Nie można więc wykluczyć przyspieszonych wyborów.
Być może PSL, który na sztandarach ma hasła o przywiązaniu do Ojczyzny, do polskich wartości i do ziemi, a także przynajmniej części posłów Polski 2050 czy Konfederacji poprze tę inicjatywę. Sądzę więc, że jest to pewien sposób myślenia premiera Morawieckiego, który wybiega ku przyszłości i chce stworzyć nową, szerszą koalicję dla polskich spraw. Chcę podkreślić, że idea jest słuszna i ważna szczególnie w obliczu zagrożeń, które cały czas są aktualne i bardzo realne. Premier ma świadomość, że nic tak nie łączy w obliczu zagrożenia jak jedność, nic tak nie łączy i stanowi o sile, o bezpieczeństwie jak jedność, współpraca dla dobra kraju w najważniejszych obszarach funkcjonowania.
O ile premierowi Morawieckiemu zależy na bezpieczeństwie państwa w różnych wymiarach, o tyle Donaldowi Tuskowi zdaje się niekoniecznie. Co więcej, Tusk chyba nie będzie chciał spędzić całej kadencji w roli premiera. Więc czy po wyborach do europarlamentu ewakuuje się do Brukseli?
– Jeśli chodzi o Donalda Tuska, to nie powinno to być większym zaskoczeniem dla nikogo. Jego wiarygodność jest niewielka, co dobrze znamy sprzed lat, kiedy w kampanii wyborczej zapewniał, że nie podniesie wieku emerytalnego, a podniósł, kiedy obiecał obniżenie VAT-u, a go podniósł. Mówił też, że bycie dla niego polskim premierem jest po stokroć ważniejsze od funkcji unijnych i że nie wybiera się do Brukseli, a jednak wybrał ciepłą posadkę szefa Rady Europejskiej. Co więcej, już dzisiaj słyszymy, że wycofuje się z haseł czy obietnic, jakie złożył w kampanii, twierdząc, że w budżecie nie ma pieniędzy.
Swoją drogą – za rządów Platformy i PSL-u pieniędzy nigdy nie było. Jak więc można realizować program, skoro zakłada się od razu, że nie ma na to środków. W Unii Europejskiej będą nowe rozdania po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Zdaje się, że taka była umowa i część koalicjantów ma wie, że po roku Tusk może opuścić fotel premiera, opuścić polską scenę polityczną, udając się do Brukseli. Oczywiście za wsparcie Brukseli w kampanii Tusk będzie wdzięczny i będzie realizował program Niemiec i plany federalizacji Europy, a tak naprawdę pozbawiania państw narodowych jakiejkolwiek suwerenności. To nic innego jak plan przejęcia władzy w Unii Europejskiej przez Niemcy w sposób pokojowy. Wydaje się, że ten plan może być realizowany i niestety, kto wie, czy również nie rękami Donalda Tuska.
Tusk ma zdaje się cały czas zadrę w sercu za przegrane wybory prezydenckie z Lechem Kaczyńskim w 2005 roku, a z drugiej strony zajmowanie eksponowanych, dobrze płatnych stanowisk europejskich to jest to, co też mu bardzo odpowiada...
– Jest pytanie, co będzie robił dla kraju jako premier i po ewentualnej ewakuacji do Brukseli? Jeśli się zastanowić, co zrobił dla Polski jako szef Rady Europejskiej i jakie korzyści z tego tytułu miała Polska i Polacy, to odpowiedź jest prosta: żadnych. Swoją drogą nie wiem, czy w ogóle intencją Tuska jest to, żeby pomagać Polsce czy raczej żeby zajmować zaszczytne stanowiska przynoszące wymierne korzyści jemu samemu w postaci prestiżu, ale także gratyfikacji finansowej. Obserwując zachowania Tuska, można stwierdzić, że jego potencjał związany z pomocą i działaniem na rzecz Polski jest mały, słaby. Również analizując program Koalicji Obywatelskiej dla kraju, widać, że poza ogólnikami i pustymi hasłami jest tam niewiele rzeczy, które zmierzałyby do poprawy życia Polaków.
Zatem nic dobrego nie możemy się spodziewać po przejęciu mediów publicznych, pewnie też spółek Skarbu Państwa i wielu innych instytucji, których nowa ekipa będzie obsadzać swoimi ludźmi. Jeśli się bliżej przyjrzeć, to zapowiada się rząd niemalże dyktatury, eliminowania każdego, kto ma inne poglądy, i niedopuszczanie do głosu przeciwników politycznych, co już ma miejsce w Sejmie. Zobaczymy też, jak będzie wyglądało obsadzanie poszczególnych komisji sejmowych, ile tam miejsc przypadnie opozycji. Warto śledzić, warto obserwować, ale z doświadczenia poprzednimi rządami Donalda Tuska wynika, że niewiele można się spodziewać działań na rzecz Polski i Polaków.
Ważne, zwłaszcza dzisiaj, jest bezpieczeństwo w wymiarze energetycznym, ale ekipa Tuska chce wykazać, że Polska nie jest gotowa do realizacji budowy elektrowni jądrowych. Jak donosi agencja Bloomberg, z Amerykanami ma być prowadzona gra zmierzająca do utrącenia tego projektu. Stąd naciski na amerykańskich partnerów technologicznych, aby te firmy objęły co najmniej 30 procent udziałów w projekcie polskiej energetyki atomowej...
– Eskalacja żądań rzeczywiście może zniechęcić amerykańskich partnerów i kto wie, czy nie o to tu chodzi. Nie jest tajemnicą, że Niemcy rezygnują z elektrowni jądrowych, dlatego też u nas jest duże ryzyko, że Donald Tusk będzie robił podobnie. Swoją drogą jest wielką niewiadomą, co zrobi ekipa Tuska, jeśli chodzi o gospodarkę. Obawiam się, że może nawet dojść do pewnego konfliktu i osłabienia relacji polsko-amerykańskich. Pamiętamy sprawę śmigłowców Caracal, jak ówczesna władza PO – PSL lobbowała za tym, żeby kupować sprzęt we Francji, w przyszłości może też z Niemiec, ale nie ze Stanów Zjednoczonych. Podobnie jeśli chodzi o inwestycje gospodarcze. Z całą pewnością Berlin będzie naciskał, żeby udział niemieckich technologii, niemieckich inwestycji w Polsce był jak największy, a Tuskowi przecież bliżej do swoich sojuszników z Niemiec czy z Francji niż do Stanów Zjednoczonych. Tym bardziej jeśli proces federalizacji Unii Europejskiej będzie postępował.
Również jeśli chodzi o kwestię obronności, to na tym polu też może dojść do nieporozumień między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi, bo Unia może chcieć się uniezależnić militarnie od Ameryki, a tym samym od NATO, które stanowi największy sojusz obronny i siłę, której Rosja się obawia. Natomiast projekt armii europejskiej jest na korzyść Rosji, która ma w strukturach Unii dobrze ulokowany wywiad, co tylko pokazuje słabość państw europejskich, które bez Stanów Zjednoczonych tak naprawdę nie będą w stanie same się obronić przed ewentualną agresją. Sytuacja jest więc bardzo nieciekawa, tym bardziej że po stronie Donalda Tuska i ekipy pretendującej do władzy w Polsce nie widać żadnej wizji, stabilności, strategii politycznej, gospodarczej i militarnej.
Szczególnie Niemcom zależy, żeby wypchnąć Amerykanów z Europy, co jest na rękę Chinom, z którymi Berlin gospodarczo rozwija współpracę, a nade wszystko Rosji. Nic więc dziwnego, że Putin niedawno jasno stwierdził, że jedna nitka Nord Stream 2, którą można dostarczać ponad 27 miliardów metrów sześc. gazu, jest cały czas aktywna i tylko od władz niemieckich zależy, kiedy znów popłynie nią gaz…
– To jest z jednej strony zaproszenie Putina odnośnie do dalszej współpracy adresowane do Niemiec, które tylko czekają na zakończenie wojny na Ukrainie, aby móc powrócić do relacji gospodarczych i jak dawniej współpracować z Moskwą i robić interesy. Nic więc dziwnego, że dawna formacja byłego kanclerza Schroedera SPD nagradza go za osiągnięcia, a przecież znane są jego bliskie relacje z Kremlem i Putinem oraz kariera, jaką po zakończeniu misji kanclerza Niemiec robił w rosyjskich spółkach energetycznych. Nie jest też żadną tajemnicą, że Niemcy, które – jak słyszymy – dążą do jak najszybszego zakończenia tej wojny, robią to w dobrze pojętym własnym interesie. Z jednej strony chodzi o powrót do interesów gospodarczych, w tym gazowych, z Rosją, a z drugiej zależy im, aby w sposób znaczący partycypować w odbudowie Ukrainy ze zniszczeń, co wiąże się z konkretnymi pieniędzmi. Zatem dla Berlina biznes i interesy są najważniejsze. Co więcej, wiadomo, jak Berlin podchodził do sankcji unijnych na Rosję i jak, zwłaszcza na początku konfliktu, Niemcy wspierały Ukrainę. Do historii przejdą słynne już niemieckie hełmy, jakie władze w Berlinie, zamiast broni, miały wysłać walczącej Ukrainie.
Jeśli uda się Niemcom wypchnąć Amerykanów z Europy, to będzie to na korzyść Moskwy. Możemy mieć zatem na nowo podział na strefy wpływów rosyjską oraz niemiecką?
– To jest bardzo niebezpieczne dla Europy, a w szczególności dla Polski, której położenie geopolityczne między Rosją a Niemcami jest bardzo niekorzystne. Gdyby ten scenariusz się ziścił – zwłaszcza że Niemcy i część państw europejskich rzeczywiście chce mniejszego zaangażowania się Stanów Zjednoczonych w Europie – to musiałoby dojść do roszady w europejskich strukturach, m.in. militarnych. Polska musiałaby szukać wsparcia militarnego głównie w Wielkiej Brytanii, aby stworzyć przeciwwagę dla Niemiec i Rosji, co wcale nie będzie łatwe. Chodzi o to, że Niemcy – jakby nie było państwo o bardzo dużym potencjale gospodarczym – to kraj, który myśli i działa w sposób egoistyczny. Nie łudźmy się zatem, że Berlin w przypadku agresji ze strony Rosji nagle poświęci wszystko: gospodarkę, wojsko, ludzi, i rzuci się z pomocą, aby bronić innego kraju.
Historia, która jest najlepszą nauczycielką, którą zawsze trzeba brać pod uwagę, w tym względzie nie pozostawia złudzeń, że wszelkie deklaracje, zobowiązania, obietnice są niewiele warte – zwłaszcza ze strony Berlina. Dlatego bardzo dobrze, że rząd Zjednoczonej Prawicy, myśląc w sposób bardzo strategiczny i propolski, zaczął odbudowywać potencjał obronny Polski, tworząc – inne niż za czasów Platformy – państwo pod względem militarnym. Dzięki temu mamy w tym momencie jedną z najmocniejszych armii w Europie i proces dozbrajania i liczebnego wzmocnienia naszego potencjału cały czas trwa. Zobaczymy, jak to będzie po zmianie władzy, czy będziemy mieli kontynuację czy wprost przeciwnie – rząd Tuska powróci do zwijania armii. Na razie sygnały, jakie płyną ze strony potencjalnych kandydatów na ministra obrony, nie są zachęcające. Można mieć zatem spore obawy, zwłaszcza jeśli ta nowa ekipa ulegnie w sposób bezrefleksyjny wpływom Niemiec i Unii Europejskiej.