• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Zasada Neumanna niezmiennie obowiązuje

Piątek, 17 listopada 2023 (21:26)

Rozmowa z Beatą Kempą, posłem Suwerennej Polski do Parlamentu Europejskiego

Eva Kaili i Marc Tarabella czekają już z kwiatami na speca od warszawskich śmieci – Włodzimierza Karpińskiego?

– Można tak powiedzieć. Wygląda na to, że już od przyszłego tygodnia będziemy mieć doborowe towarzystwo w Parlamencie Europejskim. Przepisy prawa w tej materii są takie, jakie są, ale to jest coś niebywałego, żeby z błogosławieństwem nowego marszałka Sejmu – w dodatku tak szybkim, bo była to jedna z pierwszych decyzji Szymona Hołowni po objęciu funkcji – umożliwić wyjście na wolność Włodzimierzowi Karpińskiemu i otwarcie mu drogi do objęcia mandatu posła do Parlamentu Europejskiego. I to, jak widać, jest „nowa jakość”, o której w kampanii wyborczej mówili politycy Trzeciej Drogi. To jest skandal.

Skąd ten pośpiech Hołowni?

– W przyszłym tygodniu w Parlamencie Europejskim w Strasburgu odbędzie się głosowanie dotyczące poprawek do traktatów o Unii Europejskiej, czyli tego wszystkiego, co przyjęła Komisja Spraw Konstytucyjnych (AFCO), a co de facto zmierza do zmiany traktatów – m.in. ograniczenia prawa weta, a tak naprawdę stworzenia superpaństwa europejskiego. Nie wiem, czy Włodzimierz Karpiński w europarlamencie usiądzie obok Evy Kaili – ale być może taką ławkę już szykują, bo powoli standardem w Parlamencie Europejskim staje się, że wśród jego członków są ludzie z zarzutami, podejrzani o łapówkarstwo. No cóż, być może tak teraz będzie wyglądała „praworządność”, ale poważnie na to patrząc, jesteśmy świadkami kompletnego upadku obyczajów. Gdyby tak naprawdę Koalicja Obywatelska, która usta pełne ma frazesów o praworządności, chciała rzeczywiście te zasady stosować i sama je przestrzegać, to szef Włodzimierza Karpińskiego – Donald Tusk – powinien wystosować apel do swojego podwładnego, czy też kolegi jeszcze z rządu, żeby ten jednak nie przyjmował mandatu eurodeputowanego, bo to jest wstyd dla Polski.

Tyle że Tusk jednak nic takiego nie zrobił…

– Nie tylko że nic nie zrobił w tym kierunku, ale on sam, jak i cała formacja polityczna, toleruje tego typu zjawiska. W tym przypadku to sąd decyduje i na podstawie – jak słyszymy – „mocnych zarzutów o charakterze korupcyjnym” podjął decyzję o areszcie tymczasowym dla Karpińskiego. Zresztą prokuratura jasno stwierdziła, że decyzja o zwolnieniu Karpińskiego z aresztu i objęcie mandatu europosła może w znaczący sposób wpłynąć na tok postępowania, które – jak widzimy – dotyczyło bardzo poważnej sprawy. Ale wygląda na to, że takie teraz będziemy mieli standardy. Jedną ręką będą sobie wycierać usta praworządnością, a drugą pozwalać na tego typu zjawiska. To jest smutne, bo to jest upadek obyczajów nie tylko parlamentarnych, ale to jest demonstracja, zwiastun i zapowiedź tego, jak teraz będą wyglądały i w jakim kierunku będą zmierzały sprawy państwa polskiego. Miejmy tego świadomość.

Swoją drogą czy to jest przypadek, że Krzysztof Hetman, europoseł PSL, startuje w wyborach i wchodzi do Sejmu, rezygnując z mandatu europosła; Joanna Mucha druga w kolejce do europarlamentu, też woli polski Sejm, co w konsekwencji otwiera drogę Karpińskiemu do Parlamentu Europejskiego?

– Oczywiście, że to mogła być metoda na wyciągnięcie Włodzimierza Karpińskiego z aresztu i skorzystanie z procedur, które są dziurawe, i to zarówno w prawie polskim, jak i w prawie Parlamentu Europejskiego. Zasada Neumanna niezmiennie obowiązuje. Dlatego nie wykluczam, że to mógł być sprytny zabieg, żeby wydobyć z aresztu swojego i „bronić go jak niepodległości” – termin ten przecież dobrze znamy… Wygląda więc, że teraz będziemy mieli rządzenie za pomocą sprytnych zabiegów, a nie troski o sprawy państwa polskiego i Polaków. I tego świadomość też trzeba mieć. Powtórzę raz jeszcze: nie wykluczam, że tak mogło być, że była to zmowa, aby wydobyć Karpińskiego z celi i wysłać go do Brukseli. Mówiono o PiS-owskim reżimie, jak zatem nazwać praworządność w wydaniu ekipy Tuska i Hołowni, który musiał, nie musiał, ale wykonał zadanie i umożliwił przeniesienie się Karpińskiego z celi do Brukseli.

Zajmujący się europejską polityką portal Brussels Signals donosi, że Tusk miał poinformować swoich koalicjantów, że może być premierem tylko przez rok, a następnie wróci do Brukseli, żeby objąć stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej…

– Ależ Panie Redaktorze, dla mnie to absolutnie nie jest żadne zaskoczenie. Przypomnę tylko, że zaraz po październikowych wyborach – zanim jeszcze poinformował o tym Brussels Signals – na antenie Telewizji Polskiej powiedziałam krótko i wyraźnie, że tak naprawdę Donald Tusk potrzebuje swojego rządu tylko przez rok, bo wtedy – po wyborach do europarlamentu – każde państwo będzie wysyłać swojego kandydata do Komisji Europejskiej. Dlatego Donald Tusk potrzebuje tego rządu, żeby wysłał jego kandydaturę na komisarza do Komisji Europejskiej. Swoją drogą jak to się ułoży i czy finalnie zostanie przewodniczącym Komisji Europejskiej – w tym momencie to jest sprawa wtórna. Ważne natomiast, że Tusk będzie mógł – tak jak już raz to zrobił – zostawić wszystko, zostawić polskie sprawy po to, żeby pójść na bardzo, bardzo lukratywną posadę. Być może jeszcze bardziej korzystną niż ta, którą zajmował jako szef Rady Europejskiej. I to, w mojej ocenie, jest cel Donalda Tuska.

Czyżby więc funkcja premiera też miała być rotacyjna?

– Ależ dokładnie tak. Dlatego Donald Tusk mówi o rotacyjnych marszałkach Sejmu, o tym, że z ministrami umawia się tylko na rok – jak donoszą media. Z tym że przewidziałam to już dawno. To pokazuje też, że Tusk de facto ograł swoich koalicjantów i dalej będzie ich ogrywał. Swoją drogą ciekawe byłoby, gdyby w ramach koalicji PSL zaproponował, że rząd wyśle jako kandydata na unijnego komisarza Władysława Kosiniaka-Kamysza. Dopiero działyby się cyrki w tej niby-trwałej, ideowej koalicji…

Tylko że PSL tego nie zrobi?

– Zapewne tak, ale gdybym była na miejscu ludowców, to zrobiłabym taki manewr, aby sprawdzić reakcję i prawdziwe intencje Tuska. Żeby ocenić to, co w kim drzemie, wcale nie trzeba być Kasandrą, ale wystarczy pewne doświadczenie w polityce, obserwowanie sytuacji i wyciąganie wniosków. Tak jak mówię: ten plan Tuska przejrzałam już dawno i można to sprawdzić w internecie. Tak czy inaczej taki jest plan. To jest cel Tuska.

Z prezydentury się już wyleczył?

– Nie sądzę. Donald Tusk porażki, której doznał w starciu z Lechem Kaczyńskim, nie może zapomnieć. Myślę, że do dzisiaj nie potrafi się z tym pogodzić, dlatego nie można też wykluczyć, że będzie chciał startować w wyborach prezydenckich w 2025 roku, aby i na tym najważniejszym urzędzie w państwie polskim odegrać swoją rolę.

Jednocześnie Tusk zapowiada, że rok jest mu potrzebny na rozliczenie rządów PiS?

– A co może zaproponować ktoś taki jak Tusk, który nie potrafił stworzyć dobrego, spójnego programu? Owszem, słyszymy o jakichś „stu konkretach”, które powoli odchodzą w cień, których – jak się przekonamy – nawet nie będzie potrafił uchwalić, bo jak je zderzyć z pomysłami innych formacji wchodzących w skład tej koalicji, to są one sprzeczne i irracjonalne, a ponadto niemożliwe do wprowadzenia. Jeśli więc nie można dać ludziom chleba, co więcej: za chwilę zaczną zabierać, ograniczać różne programy prospołeczne – jestem tego pewna, bo czekają tylko, aż skończy się kadencja prezydenta Andrzeja Dudy, bo wiedzą, że prezydent nie pozwoli, aby Polakom odebrać przywileje i zapewne będzie wszelkie próby tego typu wetował – ale później przystąpią do likwidacji tego, co my wprowadziliśmy. Zresztą już to zapowiadają chociażby politycy Polski 2050 – np. wiceprzewodniczący tej formacji Michał Kobosko, który na antenie Radia Zet 13. i 14. emeryturę nazwał „prowizorkami, które nie powinny mieć miejsca w poważnym programie społecznym”. Ponadto słyszymy, jak „ekspert gospodarczy” Platformy – Andrzej Domański – mówi, że Polska powinna od 1 stycznia 2024 r. przywrócić 5-procentowy VAT na żywność. Oni nie potrafią rządzić, nie mają żadnego pomysłu. Dlatego potrzeba im igrzysk, stąd zapewne będą powstawały różnego rodzaju komisje śledcze i inne. Ale myśmy już to przerabiali, my się tego nie boimy. To ma być zemsta za to, że mieliśmy inny pogląd na sprawy państwa. Będą szukać, ale niczego nie znajdą, bo afery to były za ich rządów, a nie za naszych. To, co słyszymy – te wszystkie groźby – to jest burza w szklance wody, robienie igrzysk i epatowanie tym wszystkim, zwłaszcza że będą mieli za sobą media. Jednak tak naprawdę będzie to zasłona dymna przed nicnierobieniem. Tusk potrzebuje przez najbliższy rok tej zadymy, żeby potem czmychnąć na bardzo, ale to bardzo lukratywną posadę do Brukseli.          

Jakie szanse ma Tusk, żeby objąć stanowisko szefa Komisji Europejskiej? Przecież o reelekcję będzie się zapewne ubiegała Ursula von der Leyen, ponadto zdaje się, że mimo zaprzeczeń chrapkę na to stanowiska ma też przewodnicząca Parlamentu Europejskiego Roberta Metsola…

– Jeśli chodzi o Tuska, to z jego strony jest to megalomania. Myślę, że raczej będą traktować go jak giermka, a nie jak jakiegoś wodza. Patrząc na to, jak elity europejskie, brukselskie, są zdeterminowane przeprowadzić procesy federalizacji, centralizacji Unii Europejskiej, to chcąc tego dokonać, nie postawią na kogoś tak miękkiego i potulnego jak Donald Tusk. To musi być ktoś twardy, zdecydowany.

A może właśnie jest im potrzebny ktoś taki jak Tusk, który posłusznie będzie wykonywał wszystko, czego zażądają Berlin i Bruksela?      

– Donald Tusk, owszem, był im potrzebny do przejęcia władzy w Polsce. Myślę, że kiedy jako szef polskiego rządu nie zablokuje na forum Rady Europejskiej projektu zmian Traktatu o Unii Europejskiej oraz Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej – które budzą ogromne obawy przede wszystkim, jeśli chodzi o forsowane zniesienie prawa weta w wielu obszarach i przekazanie Brukseli kolejnych kompetencji państw narodowych – i jeśli je zatwierdzi, to nie będzie im więcej do niczego potrzebny.

To po co się pcha do Brukseli?  

– Bo lubi dobre, fajne, spokojne życie. Nicnierobienie i cały ten brukselski klimat. Przypomnę, że zawsze tak było – także wtedy, kiedy piastował funkcję premiera. Wszyscy pracowali do godz. 16.00, światła w KPRM-ie gasły, panowie „haratali w gałę” i nikt się specjalnie sprawami państwa nie przejmował. Słynne jest przecież powiedzenie Jacka Rostowskiego „piniendzy nie ma i nie będzie”, co pokazuje dobitnie, że tam każdy martwił się przede wszystkim o siebie, a ludzie, obywatele państwa polskiego, byli na szarym końcu. Tusk taki jest, takie są jego poglądy i takie jest jego podejście do spraw państwa. Szkoda tylko, że część Polaków tego nie zauważyła i dała się nabrać.  

              Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki