Tylko pomysłów na Polskę brak…
Poniedziałek, 13 listopada 2023 (09:43)Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem
Dużo szumu, reklam przed podpisaniem umowy koalicyjnej i bardzo krótki spektakl. Też ma Pan takie wrażenie po wystąpieniu pięciu liderów ugrupowań opozycyjnych?
– Miał być sukces przed świętem 11 listopada, miała być wielka uroczystość nawiązująca do fenomenu roku 1918, kiedy porozumienie międzypartyjne zbudowało front do niepodległości, tymczasem panowie się spotkali, podpisali, co trzeba i… uciekli. Otóż każda umowa koalicyjna jest
– a przynajmniej powinna być – sukcesem, który się adoruje, chwali się nim, każdy punkt się analizuje, rozbiera na czynniki pierwsze. To zrobimy, na to zwrócimy uwagę, tu jeszcze mamy wątpliwości, ale wciąż rozmawiamy, jednak w tym wypadku czegoś takiego nie było. Donald Tusk z koalicjantami po wypełnieniu formalności, czyli złożeniu podpisów i krótkim komentarzu, który można uznać mową o niczym, de facto uciekli, nie chcąc odpowiadać na pytania dziennikarzy. Więcej było wokół tego PR-u niż konkretów w samej umowie. Zatem albo ta umowa jest poważna, albo sami liderzy uważają ją za jedną wielką lipę i nie chcą nawet o tym mówić. Fakt faktem, miny panowie mieli nietęgie, może z wyjątkiem Szymona Hołowni, który wydaje się mieć pewne miejsce marszałka Sejmu. Co ciekawe, koalicja jeszcze nie powstała, a już stopniała, bo jak zapowiedział Adrian Zandberg, partia Razem nie wejdzie w skład rządu, choć będzie popierać koalicję.
Szeroko rozumiana lewica w całym tym towarzystwie została zmarginalizowana?
– Dokładnie. Fakt, że partia Razem nie będzie tworzyć rządu, bo odrzucony został na razie sztandarowy postulat tego środowiska, czyli legalna aborcja do 12. tygodnia życia dziecka, pokazuje, że ma pełnić rolę kwiatka do kożucha.
Umowa zawiera 24 punkty, przebrnął Pan przez gąszcz zawartych tam „szczegółów”?
– No właśnie, wszystko brzmi pięknie, dopóki nie zacznie się czytać tej umowy. 13 stron, 24 obszary tematyczne i zero konkretów. Po przeczytaniu zastanawiam się, co autor czy autorzy mieli na myśli, formułując takie, a nie inne tezy. Mamy bowiem jedną wielką kompilację, zbitek bardzo nielogiczny, co świadczyć może, że im bardziej coś jest ogólne, miękkie w rozumieniu koalicji opozycyjnej, tym bardziej jest do wpisania do programu. Natomiast konkrety i kwestie trudne zostały zupełnie pominięte. Nie ma kwoty wolnej od podatku, babciowego, kredytu zero procent na zakup pierwszego mieszkania czy zapisu podwyżki dla nauczycieli zapowiedzianych w kampanii wyborczej przez Tuska.
Zatem jakie i czy w ogóle w tym programie, w tej umowie są konkrety?
– Za konkret można uznać np. zapowiedź finansowania
in vitro, przywrócenie emerytur esbekom czy likwidację Centralnego Biura Antykorupcyjnego. To są konkrety, ale
w wielu miejscach tego programu są ogólniki, co może wskazywać, że koalicja jest niedogadana. I to dlatego liderzy zapowiedzieli, że nie będzie protokołu rozbieżności. Za konkret można też uznać zapowiedź rozliczenia Prawa
i Sprawiedliwości, prezydenta czy też prezesa Narodowego Banku Polskiego. Jednym słowem Trybunał Stanu dla wszystkich, także dla marszałek Sejmu Elżbiety Witek czy prezes Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, a więc przeważa wola czy chęć zemsty. Można więc powiedzieć,
że obecna opozycja, kiedy już dojdzie do władzy, będzie chciała się zamienić w jedną wielką komisję śledczą. Zamiast rządzenia państwem esencją przyszłej władzy ma być jeden wielki trybunał i krocząca przez cztery lata wendeta.
Jeśli tylko wola zemsty ma scalać tych ludzi, to szanse na przetrwanie takiej władzy są chyba marne?
– To nawet nie jest scalenie, co raczej próba nakarmienia emocji ulicy, które Donald Tusk rozbujał i doskonale wie
o tym, że jeśli nie zrobi czegoś spektakularnego, to oczekiwania i emocje, które rozhulał, bardzo szybko obrócą się przeciwko niemu. Każdy kij ma dwa końce. Proszę też zwrócić uwagę, że w czasie kampanii tak otwarty, wręcz kochający był dla dziennikarzy, szczególnie tzw. wolnych mediów, a podczas podpisania – przepraszam –parafowania umowy koalicyjnej pokazał, co o nich wszystkich myśli. Powiedział swoje i wyszedł, żeby nie powiedzieć wybiegł, a za nim pozostali liderzy opozycji.
Nie było konferencji prasowej.
Za to konferencję kierownictwa NBP zwołał prezes Adam Glapiński, który mówił
o bezpodstawnym ataku na bank centralny, co godzi w prestiż tej instytucji i uderza bezpośrednio w dobro Polski…
– Sytuacja rzeczywiście jest kuriozalna, zwłaszcza że mamy zapowiedzi wyprowadzenia szefa NBP, bo pamiętamy, co mówił Tusk w kampanii. Ponadto jeśli chodzi o politykę fiskalną przyszłego rządu, to w umowie koalicyjnej nie ma nic ani o 13. i 14. emeryturze, ani o programie 800 Plus. Kampania się skończyła i wygląda na to, że zaczyna obowiązywać zasada: dwa razy zapowiedziane, obiecane, równa się zrealizowane. Przecież jest już po wyborach. Ponadto głównym wrogiem ekipy Tuska staje się prezydent Andrzej Duda, który w pierwszym kroku nie powierzył mu misji tworzenia rządu. Można się spodziewać, że teraz obarczanym za niepowodzenia, za niezrealizowane obietnice Tuska będzie Andrzej Duda. Już słyszymy, że oni nic nie wiedzą, że się ich oszukuje, kryje się przed nimi faktyczny stan państwa, że prezydent Duda dał czas rządowi, aby pozamiatał
i wywiózł samochodami kasę. Taka narracja jest budowana i pytanie tylko, jak długo ludzie będą ten chłam kupować, czy nie widzą, że Tusk i Platforma z przystawkami – starymi i nowymi – kolejny raz zrobili ich na szaro, że
w biały dzień zostali oszukani. Tusk po raz kolejny wypiął się na wszystkich i zrobił to, co potrafi doskonale, czyli naobiecywał wszystkim wszystko. Tymczasem zapowiedziana kwota wolna od podatku w wysokości 60 tysięcy złotych w ogóle nie znalazła się w parafowanej umowie koalicyjnej. Miało nie być podatku dochodowego dla tych, którzy zarabiają do 6 tysięcy złotych, i też cisza. Za to ZUS ma wziąć na siebie już od pierwszego dnia wypłatę chorobowego. Myślę, że również panie
z „piorunami” mogą być zawiedzione, bo Tusk, delikatnie rzecz ujmując, się na nie wypiął. I teraz te wściekłe kobiety, które liczyły na możliwość przerywania ciąży do 12. tygodnia życia dziecka, nie pójdą już pod biura poselskie PiS-u, ale zaczną obrzucać jajkami biura Platformy.
Chyba więc nic dziwnego, że partia Razem nie wejdzie do rządu?
– Adrian Zandberg doskonale wyczuwa, że gdyby po tym, jak Tusk go wykiwał, wszedł do rządu, to zawiedzione, rozwścieczone i oszukane panie pojawiłyby się pod biurami partii Razem. Dlatego chce wyjść na bohatera, tego jedynego sprawiedliwego, który powiedział „nie” Donaldowi.
To dlaczego w ten tzw. kompromis wszedł Czarzasty, przecież to też lewica?
– Proszę pamiętać, że Lewica nie osiągnęła spektakularnego wyniku, a sam Włodzimierz Czarzasty ledwo sam wszedł do Sejmu. Ponadto jest tym, który czeka w kolejce na objęcie funkcji marszałka Sejmu po Szymonie Hołowni. Zatem wie, że drugiej takiej szansy już mieć nie będzie, bo wkrótce czeka go polityczna emerytura, a bycie marszałkiem Sejmu byłoby pięknym zwieńczeniem kariery parlamentarnej i w ogóle politycznej.
Pomysł rotacyjnego marszałka Sejmu
i Senatu skrytykował nawet Leszek Miller, uznając to za „kuglarską sztuczkę”
i apelując, żeby koledzy zajęli się pożytecznymi sprawami…
– Rzadko zdarza mi się zgadzać z politykiem Lewicy
o rodowodzie komunistycznym, ale to prawda, że jest to jeden z głupszych pomysłów. W przypływie szczerości Miller powiedział prawdę, bo sposób, w jaki politycy
z Tuskiem na czele chcą potraktować funkcję marszałka Sejmu, to kompromitacja dla państwa.
Czy kandydatura Hołowni – bez doświadczenia politycznego – to dobry pomysł na marszałka Sejmu i czy w kwestii wyboru kandydata nie należałoby zachować więcej szacunku dla funkcji bądź co bądź drugiej osoby w państwie?
– Szymon Hołownia uznał, że bycie drugą osobą
w państwie to trampolina do urzędu prezydenta RP i tym samym właśnie rozpoczął kampanię do wyborów prezydenckich w 2025 roku. Tylko że kij zawsze ma dwa końce. Słabością Hołowni jest to, że im więcej występuje
w mediach, tym bardziej poparcie dla niego spada, a nie wzrasta. Dlatego myślę, że Tusk, godząc się na takie rozwiązanie, doskonale wie, co robi, bo im więcej Hołownia będzie zabierał głos publicznie – jako pierwszy wśród równych i osoba reprezentująca Sejm na zewnątrz, jako osoba, która będzie prowadzić proces legislacyjny, rozmowy z „pałacem dużym i małym” – tym więcej szans na kompromitację. Marszałek nie ma prawa się obrażać, ale zawsze powinien wysłuchać wszystkich stron i tak prowadzić proces legislacyjny, żeby posłowie – kolokwialnie rzecz ujmując – się nie pozabijali. Prowadząc obrady, ma przed sobą 460 posłów, często rozemocjonowanych, nabuzowanych i trzeba być na tyle skutecznym, aby swoją powagą, autorytetem sprowadzić zwaśnionych posłów do porządku, a jednocześnie w sposób sprawny, płynny poprowadzić obrady Sejmu, żeby cały proces legislacyjny odbywał się zgodnie z prawem. To nie jest łatwa praca, bo nie polega tylko na splendorze, że jest się drugą osobą
w państwie, mającą ochronę BOR-u, ale za tym idzie cała lista spraw do załatwienia. Marszałek Sejmu jest bowiem głową administracji najwyższego organu ustawodawczego w Polsce. Jeśli te zapowiedzi się sprawdzą, to źle się stanie, że poseł debiutant zostanie marszałkiem Sejmu, bo do tego potrzeba chociażby jednej kadencji, co daje pewien sznyt, obycie. Tymczasem Hołowni tego brakuje i w mojej ocenie poniekąd na własne życzenie został wrzucony na głęboką wodę. I Tusk wie, co robi.
Z kolei Hołownia też ma chyba świadomość, że drugiej kadencji i szansy na funkcję marszałka Sejmu może już nie być?
– Dokładnie. Z drugiej strony kto powiedział, że marszałkiem, nawet rotacyjnym, będzie przez całe dwa lata, czy nie okaże się, że nie jest w stanie sprostać wymaganiom i nagle może się stać tak dużym balastem, że trzeba go będzie wymienić. Tym samym Tusk miałby jeden kłopot z głowy, mianowicie Hołownia nie odegrałby żadnej roli jako kandydat na prezydenta RP, co otwierałoby,
a przynajmniej ułatwiłoby drogę do prezydentury kandydatowi Koalicji Obywatelskiej, przy czym wcale nie jest powiedziane, że będzie to Rafał Trzaskowski.
Tylko że jeśli chodzi o Donalda Tuska, to ma on zbyt duży negatywny elektorat?
– Nie szkodzi. Kto wie, czy wynik wyborczy, sumarycznie rzecz biorąc, który daje opozycji totalnej większość, nie podkręcił ambicji Donalda Tuska, jeśli chodzi o prezydenturę. Trzaskowski jest jeszcze stosunkowo młody, więc wszystko przed nim, ale dla emeryta Tuska to jest marzenie, które nie zostało zrealizowane. Myślę, że w tyle głowy cały czas ma porażkę z Lechem Kaczyńskim. Tak czy inaczej czas pokaże, jak się to rozwinie, ale pewne jest, że przed Hołownią jest pułapka i albo w nią wpadnie i już na progu politycznej kariery odejdzie w niebyt, bo nie takie tuzy kończyły w ten sposób w polityce, albo funkcja marszałka Sejmu stanie się trampoliną w jego karierze. Jeśli chodzi o Szymona Hołownię, to warto pamiętać, że do bycia marszałkiem nie wystarczy przetarcie w stacji komercyjnej, bo to nie jest zabawa, publicystyka, ale każde spotkanie, każde słowo, każda złożona obietnica, to wszystko zostaje zapisane i musi być realizowane. Odnoszę wrażenie, że Hołownia właśnie się pogrąża i choć wydaje mu się, że rozpoczął kampanię prezydencką, to faktycznie wszedł na drogę zwijania się. Chyba że jest geniuszem, że ma nieprzeciętne zdolności szybkiego uczenia się i jakoś ogarnie te niełatwe zadania, jakie są przed nim. Ale nie sądzę…
Czy w tej sytuacji to, co się dzieje na opozycji, nie przypomina zabawy dużych chłopców w Indian?
– Ależ dokładnie tak. Donald Tusk i pozostali liderzy tak „poważnie” traktują Polskę, że nie mogąc dogadać się nawet w sprawach personalnych, wymyślili sobie rotacyjnego marszałka Sejmu – największą bzdurę, jaką sobie można wyobrazić. Jeśli takie żarty ktoś sobie robi
z bardzo poważnej funkcji w państwie, to zasadne jest pytanie, jak będą traktowali sprawy Polski.
Są jednak ludzie, którzy uważają, że wreszcie wraz z parafowaną umową koalicyjną wraca poczucie bezpieczeństwa, sprawiedliwości, wolności i zwykłej przyzwoitości…
– Zobaczymy, jak ten kompromis wielopartyjny będzie funkcjonował. Uważam, że radośnie dla tych liderów już było, czas euforii mija i trzeba się będzie zabrać za robotę, ale pomysłów na Polskę brak. Stąd myślę, że to wszystko, łącznie z poparciem dla tych formacji, będzie pikować
i nastąpi to szybciej, niż może się nam wydawać.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki