• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Dokąd Tusk i koalicjanci chcą doprowadzić Polskę?

Sobota, 11 listopada 2023 (19:47)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą
z KUL i AKSiM

„Szybko i zgodnie doprowadziliśmy do umowy” mówił o parafowanej wczoraj tzw. umowie koalicyjnej Donald Tusk.
Sklejenie tych 24 ogólników trwało jednak ponad 3 tygodnie. Oprócz zemsty i próby odegrania się na Prawie i Sprawiedliwości jest tam niewiele rzeczy merytorycznych...

– To jest tak jak w serialu „Ranczo”, gdzie główny bohater, wspomagany przez doradcę, ubiegając się o kolejne urzędy, w tym urząd prezydenta, poza hasłami: wiemy, gdzie jest problem, i mamy receptę, jak go rozwiązać,
nie mówił nic. I to, co usłyszeliśmy wczoraj z ust pięciu liderów ugrupowań, które chcą rządzić Polską, prezentują mniej więcej ten sam poziom. Wszystko jest mocno słabe w sensie merytorycznym, ale nic w tym dziwnego,
bo chodziło jedynie o to, żeby dać efekt. Skoro Tusk zapowiedział, że jest porozumienie, trzeba było to
wypełnić jakąś treścią.

Jednocześnie chodziło o to, aby zrobić to na takim poziomie ogólności, żeby nie generować jakichś większych konfliktów wewnątrz tych ugrupowań. Choć już się pojawiły, a przejawem tego jest decyzja partii Razem,
że poprze rząd Tuska, ale do niego nie wejdzie. Adrian Zandberg podsumował to stwierdzeniem, że przedstawione przez jego formację postulaty, takie jak: dekryminalizacja aborcji, 1 proc. PKB na publiczne budownictwo mieszkaniowe, 8 proc. PKB na ochronę zdrowia i 3 proc. PKB na naukę, badania i rozwój, zostały zignorowane,
stąd taka a nie inna decyzja. Co by nie powiedzieć, to pewien zgrzyt – i to na samym starcie, jeszcze przed wejściem na drogę rządzenia. Jednocześnie to pokazuje,
że nie udało się dopiąć tego projektu politycznego, skleić go całkowicie i ta rysa będzie się z czasem coraz bardziej pogłębiać. Pamiętajmy, że Tusk w kampanii obiecał legalną aborcję do 12. tygodnia ciąży, więc część lewicowego elektoratu mu zaufała, a widać, że na razie nie wygląda
to tak kolorowo.

Czy Lewica nie jest przegranym w tej koalicji, bo jej postulaty właściwie zostały zmarginalizowane. W związku z czym kobiety z „piorunami” mogą teraz oblegać biura poselskie Platformy Obywatelskiej?

– Patrząc na to, z kim mamy do czynienia, to różne
rzeczy mogą się dziać. Być może nie na początku,
bo antypisowska histeria czy euforia – jak kto woli 
– przykryją wszystko. Potem, kiedy emocje opadną,
może się zacząć, bo Lewica i środowiska tzw. strajku kobiet praktycznie nie mają innego programu poza szeroko rozumianą rewolucją seksualną i tylko to je napędza. Dlatego jeśli te postulaty przez przyszłą władzę nie będą realizowane, to Lewica będzie musiała to manifestować,
bo inaczej polityczne zginie, nie będzie nikomu potrzebna.

Tak czy inaczej 24 ogólniki zamiast 100 konkretów zapowiadanych przez Tuska
to jest nic w porównaniu z tym, co proponował i co realizował przez 8 lat
rząd Zjednoczonej Prawicy…

– Widać, że starano się tak sformułować punkty, żeby
nie znalazły się tam żadne konkretne treści, które mogą różnić strony tego sojuszu. Tyle tylko, że to się nie udało, ponieważ partia Razem, która żądała aborcji, nieusatysfakcjonowana, zdecydowała się nie wchodzić
do rządu. Jeśli zaś chodzi o program Zjednoczonej Prawicy, to tych ogólników nawet nie sposób porównywać z tym, co PiS zaproponowało Polakom i co w bardzo wielu obszarach zrealizowało.

Jak długo ten wielopartyjny kompromis może potrwać, skoro już na progu pojawiają
się różnice?

– To będzie zależało od sytuacji gospodarczej, od poparcia społecznego itd. Jeśli ono będzie się chwiać i ten układ będzie coraz bardziej niemile widziany przez Polaków,
to napięcia będą tylko rosły. Trudno jednak przewidzieć, jak długo może się to ciągnąc, być może nawet przez
całą czteroletnią kadencję. Tego typu prowizorki czasem potrafią trwać bardzo długo, bo scala je to, że każdy uczestnik ma jakieś profity. Bywa jednak, że tego typu konstrukcje sypią się bardzo szybko. W tym wypadku
nie jest to jakaś poważna konstrukcja, programowa,
a więc różnie może się kształtować jej byt.

Przypomnijmy że, kiedy PiS szło do władzy w 2015 roku,
to przedstawiało super konkrety, które od razu były widoczne, jak chociażby reforma szkolnictwa, czyli likwidacja gimnazjów i powrót do ośmioletnich szkół podstawowych, a także reformy społeczne, jak 500 Plus, walka z mafiami VAT-owskimi, przywrócenie dawnego wieku emerytalnego podniesionego przez koalicję PO 
– PSL. To były konkrety, które się pojawiały w programie PiS. Natomiast tutaj mamy listę życzeń, żeby było bardzo dobrze, ale na próżno szukać co, jak i kiedy.  

Widać, że nie ma też zgody, jeśli chodzi
o obsadę stanowisk. Wprawdzie na giełdzie pojawiają się różne nazwiska, ale chyba duży niesmak budzi 
pomysł rotacyjności funkcji marszałka Sejmu i Senatu, co świadczy o braku powagi. Skrytykował
go nawet Leszek Miller.       

– W naszym ustroju funkcja marszałka Sejmu jest usytuowana bardzo wysoko. Marszałek Sejmu to druga osoba w państwie. W związku z czym w przypadku śmierci prezydenta – doświadczyliśmy tego 10 kwietnia 2010 roku, kiedy prezydent Lech Kaczyński zginął w katastrofie smoleńskiej – funkcję tę zajął właśnie marszałek Sejmu,
w tym wypadku Bronisław Komorowski. A zatem jest to poważna sprawa. Sam fakt rotowania funkcji marszałka Sejmu i marszałka Senatu sprawia, że zaczyna to wyglądać fatalnie. Owszem Tusk piał w zachwycie, jak łatwo formacje pretendujące do władzy się porozumiały, jednak gdy popatrzymy na konkrety, słabo to wygląda. Co więcej, tej łatwości w porozumieniu wcale nie widać.

Czy Donald Tusk nie próbuje wmanewrować niedoświadczonego politycznie Szymona Hołowni, który zdaje się chce potraktować funkcję marszałka Sejmu jako trampolinę
w zbliżających się wyborach prezydenckich. Może się okazać, że nie podoła tej funkcji?

– Funkcja marszałka Sejmu nie jest obciążona konkretną władzą, nie wiąże się też z realizacją konkretnych obietnic, ale ma głównie prestiżowy wymiar. Można się pokazywać
w mediach, ale tak naprawdę za nic się nie odpowiada, poza prowadzeniem obrad i organizacją pracy Sejmu. Owszem, brak doświadczenia parlamentarnego może być na początku pewną trudnością dla Hołowni, ale to jest do ogarnięcia. Natomiast z punktu widzenia wyborców, a o to Hołowni zapewne chodzi, nie jest w stanie się za bardzo skompromitować. Zresztą jest Kancelaria Sejmu, która pracuje na to, żeby ułatwić marszałkowi pracę. Nawet jeśli coś nie będzie szło, to Hołownia swoim aktorstwem będzie w stanie to przykryć, bo za nic nie odpowiada.

Inaczej byłoby, gdyby przyszło mu objąć ministerstwo
i podejmować realne decyzje w konkretnych kwestiach, takich, które dotyczą konkretnych spraw Polski i Polaków. Wówczas miałby bardzo trudne zadanie. Widać jednak,
że Hołownia zdaje sobie sprawę, że do tego się nie nadaje, dlatego wziął funkcję marszałka Sejmu – i to w formule rotacyjnej jako pierwszy. Może to wskazywać,
że rzeczywiście szykuje się do wyborów prezydenckich
w 2025 roku, mając nadzieję, że tutaj nie zdąży się skompromitować. Natomiast Tusk, będąc premierem, będzie miał coraz większe obciążenia wizerunkowe. Ludzie prędzej czy później zaczną pytać, gdzie jest obiecane 100 konkretów. Na tym tle Hołownia może dużo ugrać. Chyba że rzeczywiście sprytny, stary wyjadacz polityczny Tusk będzie próbował jakoś manewrować w tym kotle i osłabiać tych, którzy mogliby mu zagrażać. Widać, że ktoś doradził Hołowni – przy jego charakterze celebryty a nie polityka
w sensie ścisłym – żeby brał stanowisko, w którym będzie się mógł wykazać.

Gdzie w tej układance formacji opozycyjnych jest Władysław
Kosiniak-Kamysz?

– Z tego, co słyszymy, ma objąć tekę pierwszego wicepremiera i ministra obrony narodowej. To jest oczywiście ważna funkcja w kontekście obrony kraju, zważając na sytuację geopolityczną i wojnę za naszą wschodnią granicą. Wygląda na to, że uważa, iż na tym stanowisku się wypromuje, tak jak umocnił się minister Mariusz Błaszczak. Czy tak faktycznie będzie, trudno dzisiaj powiedzieć.

Co z resortem spraw zagranicznych? Pytam o to w kontekście wypowiedzi Grzegorza Schetyny, który uważa, że najlepszym kandydatem na objęcie tego resortu
jest Radosław Sikorski?             

– Radosław Sikorski jest na razie posłem do Parlamentu Europejskiego – i to w porównaniu z obowiązkami
ministra spraw zagranicznych jest funkcją wymagającą nieporównywalnie mniej zaangażowania
i odpowiedzialności. Wszyscy jednak wiedzą, że ego Sikorskiego jest wielkie. Jeśli nie będzie chciał przyjąć propozycji objęcia kierownictwa MSZ, to go nie przyjmie.

Za odmowę mógłby się nie znaleźć na liście kandydatów w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego?

– Takiej ewentualności też nie można wykluczyć, znając, jak pamiętliwy jest Tusk. Trudno jednoznacznie powiedzieć, jak Sikorski się zachowa. Z całą pewnością jest to polityk skompromitowany – i to nie tylko na tym urzędzie ze względu na swoje prorosyjskie sympatie, ale również
w sensie ogólnym. Do historii przejdą jego wypowiedzi chociażby z taśm u „Sowy”. Wielkie kontrowersje wywołał też jego wpis „Thank you, USA”, zamieszczony na Twitterze pod zdjęciem gazu wydobywającego się na powierzchnię Bałtyku po uszkodzeniu gazociągu Nord Stream. Biorąc to pod uwagę, wyglądałoby to bardzo słabo, gdyby Sikorski rzeczywiście miał być kandydatem na szefa resortu spraw zagranicznych. Będzie czytany przez Amerykanów jako 
– co tu dużo mówić – promoskiewski polityk. Z punktu widzenia interesów Polski wygląda to słabo. Tak czy inaczej ta nominacja byłaby też na szkodę Tuska, bo jeśli będzie on stawiać na tak zgrane karty, to wizerunkowo ciężko mu będzie utrzymać władzę.      

        Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki