• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Politykę buduje się na konkretach

Wtorek, 7 listopada 2023 (21:06)

Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem

Prezydent Andrzej Duda powierzył misję tworzenia rządu premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. To zaskakująca decyzja?

– Absolutnie nie. Prezydent działa zgodnie z obowiązującym prawem oraz z przyjętymi tradycjami parlamentarnymi. Ponadto decyzja o powierzeniu misji stworzenia nowego rządu premierowi Mateuszowi Morawieckiemu jest zbieżna z tym, co Andrzej Duda zapowiadał jeszcze przed wyborami parlamentarnymi. Tak czy inaczej nie ma w tym nic dziwnego, a jedynie kontynuacja dobrej parlamentarnej tradycji w Polsce.     

Widać jednak, że nie dla wszystkich ta tradycja jest zrozumiała i obowiązująca, skoro decyzja prezydenta spotkała się z hejtem i krytyką ze strony środowisk opozycyjnych?

– Skupmy się na faktach, które najwidoczniej nie docierają do formacji opozycyjnych, a te są następujące. Wybory parlamentarne odbyły się 15 października, ogłoszenie oficjalnych wyników przez Państwową Komisję Wyborczą miało miejsce 18 października, a więc prawie trzy tygodnie temu. Formacje opozycyjne, które aspirują do rządzenia w Polsce, podnoszą larum, że chcą rządzić, mówią, że mają wszystko gotowe, tymczasem do tej pory nie zdołały stworzyć i podpisać umowy koalicyjnej, nie ma też oficjalnych ustaleń programowych i kadrowych. Wszystko odbywa się na zasadzie: robimy, pracujemy, mamy i na tym koniec.

Tylko czy kogoś takiego w polityce można traktować poważnie?

– Dla mnie jest to grupa absolutnie niepoważna i niewiarygodna. Sytuacja byłaby inna, gdyby te trzy formacje: Koalicja Obywatelska, Trzecia Droga i Lewica, stworzyły koalicję i jako taka startowały w wyborach, jako jeden blok wyborczy. Wtedy byłoby jasne, że jest to jedna siła. Tymczasem te formacje wystartowały oddzielnie, w trzech różnych blokach, bez umowy koalicyjnej, bez programu – chyba że za program uznać chęć odebrania władzy Zjednoczonej Prawicy. Teraz, po wyborach, sumują uzyskane mandaty i wręcz żądają od prezydenta, żeby ten w pierwszym kroku powierzył misję stworzenia rządu nie kandydatowi partii zwycięskiej, ale ich przedstawicielowi. No, nie…! Prezydent musi przestrzegać prawa i tradycji parlamentarnej i zgodnie z arytmetyką funkcję budowania rządu powierzył przedstawicielowi Zjednoczonej Prawicy, która wygrała wybory, uzyskując najlepszy wynik. Koniec, kropka! Można się obrażać, można dyskutować, ale trudno poważnie traktować kogoś, kto mówi, że jest stworzona koalicja, kiedy tak naprawdę nie ma nic. Nie ma ustaleń, nie ma podpisanego porozumienia, a same deklaracje powtarzane przez polityków i tzw. wolne media to za mało. Mamy więc politykę widzi mi się i działanie na zasadzie, że kiedy prezydent powierzy nam misję stworzenia rządu, to będziemy coś mieli. Na dzisiaj nie ma programu, nie ma umowy, a więc oficjalnie jako koalicja oni nie istnieją. Na razie mówią o swoich ambicjach, o marzeniach, ale na marzeniach, czyli na piasku, polityki się nie buduje, tylko na konkretach.

Nic więc dziwnego, że wypunktował to sam Leszek Miller, mówiąc, że skoro wszystko idzie tak dobrze, jak słyszymy, to powinni zakończyć negocjacje i ogłosić chociażby umowę koalicyjną…

– Dokładnie tak jest. Od wyborów minęły trzy tygodnie, a tu zamiast konkretów mamy jazgot i żądania, ponaglanie prezydenta – właściwie od pierwszego dnia – aby dał im możliwość działania. Tylko co byłoby dzisiaj, gdyby zaraz po wyborach misję tworzenia rządu Andrzej Duda powierzył opozycji, zwołując Sejm w pierwszym przewidzianym prawem terminie? Kto miałby budować rząd, na podstawie czego, jakiej koalicji? Przecież oni poza krzykiem nic nie prezentują, sami nie wiedzą, w jakim są miejscu, a to, co robią, jest jedynie próbą wywarcia presji. Zachowują się tak, jakby wciąż trwała kampania, tymczasem jest już po wyborach, są wyniki, a oni wciąż nie wkroczyli w nowy etap. Wciąż są niepoważni. Co więcej, Tusk z tą różnorodną ekipą prowadzi politykę ułudy i fałszu. Rozumiem, że muszą się jakoś usprawiedliwić przed wyborcami, bo doskonale wiedzą, że te 3 bloki, w sumie bodajże 11 partii, 4 liderów, że to wszystko jest nie do pogodzenia, że więcej ich dzieli, niż łączy i że tak naprawdę scalenie tego wielopartyjnego konglomeratu w jedną większość jest niemożliwe. Próbują więc znaleźć winnego, kozła ofiarnego, którym ma być prezydent Andrzej Duda. Nikt z nich nie dyskutuje o programie, tylko chcą całą negatywną uwagę i odpowiedzialność skierować na prezydenta.

Od 13 listopada premier Morawiecki będzie miał dwa tygodnie na skonstruowanie rządu. Plan poszukiwania przez PiS sejmowej większości to rzeczywiście mission impossible i zaklinanie rzeczywistości, jak uważa opozycja, czy może ta misja może zakończyć się sukcesem?

– Życie i praktyka parlamentarna pokazują, że po pierwsze: dyskutujemy o konkretach, czyli o głosowaniu. I dopiero kiedy odbędzie się głosowanie nad wotum dla rządu, dopiero wtedy wszystko wyjdzie. Ponadto na sali sejmowej musi być komplet, tymczasem praktyka sejmowa pokazuje, że różnie z tym bywa. Przyznam, że jako poseł mało kiedy widziałem 460 posłów – może poza inauguracją pracy Sejmu RP, natomiast zwykle ta liczba wahała się w granicach 420-430 posłów. Może się więc okazać, że podczas głosowań wydarzą się sytuacje, gdzie będą wygrywać kluby skonsolidowane, zdyscyplinowane. Opozycja, a więc Koalicja Obywatelska, Trzecia Droga i Lewica mają w sumie 248 mandatów, ale może się zdarzyć – z różnych względów, że zebranie wszystkich na sali będzie problematyczne. Ponadto może się zdarzyć, że w tej grupie pretendującej do władzy znajdą się posłowie rozczarowani czy z poglądami na prawo od centrum, których ambicje polityczne nie będą spełnione. Dlatego sytuacja jest dynamiczna i choć arytmetyka daje przewagę opozycji, ale tak naprawdę piłka cały czas jest w grze i do momentu pierwszych głosowań w nowym Sejmie wszystko jest możliwe. Zatem, na tym etapie nie można zakładać z całą pewnością, że ktoś – być może grupa – się nie wyłamie, że nie zrobi czegoś, co może odwrócić sytuację. Ponadto pamiętajmy, że opozycji nie wiąże żadna umowa. Oni ciągle mówią o marzeniach, o tym, co chcą, tylko jeśli zapytać poszczególnych posłów z danej formacji, to dopiero wychodzą rozbieżności, które na dzisiaj są wytłumione, ale im bliżej pierwszego posiedzenia Sejmu X kadencji zaczną się one uwidoczniać czy uaktywniać.

Jak skomentuje Pan powierzenie funkcji marszałka seniora Markowi Sawickiemu z PSL-u? 

– Przez ostatnie tygodnie pojawiło się tak dużo różnych teorii spiskowych, że trudno wszystkie zliczyć. Przypomnę tylko, że słyszeliśmy niestworzone historie, począwszy od przewrotu, wprowadzenia stanu wojennego czy stanu wyjątkowego, przez sfałszowanie wyborów, po wieść, że zostanie powołany marszałek senior, który zablokuje prace Sejmu, ogłosi przerwę, żeby tylko Zjednoczona Prawica nie straciła władzy. I prezydent Andrzej Duda, wskazując jako marszałka seniora Marka Sawickiego – posła, który w Sejmie zasiądzie bodajże dziewiąty raz, tak naprawdę uciął pogłoski tworzone i głoszone przez totalne media, co to mówią całą prawdę całą dobę. Ten ruch pokazuje, że formacja rządząca nie robi nic z rzeczy, które imputują jej wspomniane media i politycy totalnej opozycji. Nic takiego się nie dzieje, nikt nie trzyma się stołków, nikt nie paraliżuje niczego, a prezydent powierza funkcję marszałka seniora Sejmu nie politykowi z PiS-u, ale z PSL-u. Widać więc, że wszystkie te teorie spiskowe są warte funta kłaków. I to jest najważniejsze w tym momencie – mianowicie pokazanie czystych intencji, a prawda i czyste intencje są najbardziej niebezpieczne dla tych, którzy kłamią, bo to obnaża cały ich misternie skrojony plan, pokazując, że to, co głosi opozycja, to czysta fikcja. To wszystko właśnie legło w gruzach, tylko politycy i wpierające je media nie chcą o tym pamiętać. Kto bowiem dzisiaj się przyzna, że straszył Polaków sfałszowanymi wyborami, że PiS nie odda władzy i siłą będzie jej bronić? Czy pamiętamy, co pisały czy pokazywały niektóre media, bo mam wrażenie, że tempo wydarzeń i zabiegi polityków sprawiły, że dzisiaj już o tym nie pamiętamy, a szkoda…  

Czy manewr z Sawickim może mieć też inny kontekst, mianowicie ma otworzyć polityków opozycji o poglądach prawicowych na przyszłą współpracę z PiS-em?

– W polityce nigdy nie należy mówić nigdy, w polityce nie ma rzeczy niemożliwych. W tym momencie nie wiem, kto stworzy pierwszy rząd, która koalicja faktycznie powstanie i przejmie władzę w Polsce. Wiem natomiast jedno, że po stronie „koalicji” partii opozycyjnych jest cała masa różnych ryzyk związanych z wielością czy też nadmiarem formacji pretendujących do władzy. 11 formacji, które chcą utworzyć rząd, to jest powrót do końcówki poprzedniego wieku, kiedy mieliśmy koalicje wielopartyjne, tymczasem ostatnie osiem lat to były rządy jednej partii, to był swoisty fenomen, tego nie było wcześniej. Dzisiaj zapomnieliśmy o tym, jak to było, i mam wrażenie, że teraz będziemy świadkami wielu, bardzo wielu zwrotów sytuacji, które nie będą budujące, a wprost przeciwnie – będą kłopotliwe, z których rządzący będą się musieli często, gęsto tłumaczyć. Jednocześnie pamiętajmy, że im bliżej powstania rządu, im bliżej posiedzenia parlamentu, tym marzenia i aspiracje mogą opadać, bo nie wszyscy politycy i nie wszystkie ugrupowania będą zadowolone z podziału ról. Nie wszyscy ambitni otrzymają stanowiska ministrów itd., a to oznacza, że prędzej czy później pojawi się bunt na statku i możemy się spodziewać różnych nieprzewidywalnych działań. I to jest coś – zakładając, że opozycja obejmie władzę – co spowoduje, że ten format po prostu nie przetrwa, a to może stworzyć im poważne problemy.         

Zgodzi się Pan z tezą, że jeśli nawet opozycji uda się stworzyć rząd, to przez pierwszy rok będzie się on jakoś ślizgał, próbując się odróżniać od PiS-u, a jednocześnie korzystając z tego, co Zjednoczona Prawica wypracowała przez osiem lat. Natomiast prawdziwym sprawdzianem, na którym ekipa Tuska się wyłoży, będzie przygotowanie budżetu na 2025 rok?  

– Tak jest, zgadza się. Ten rok i presja przetrwania, chęć pokazania jedności mimo wewnętrznych różnic może jakoś mobilizować i scalać ekipę Tuska, żeby ludzie ich nie wygwizdali. Ale przyszły rok i rok 2025 to będą lata prawdy. Zatem niekoniecznie X jubileuszowa kadencja Sejmu musi trwać cztery lata. Ponadto „program” na sto dni z każdym dniem będzie punktowany i sądzę, że szybko się okaże, że ze stu pomysłów na sto dni rządzenia zrobi się sto kłamstw i sto problemów.

Swoją drogą ciekawe, kto będzie te kłamstwa ujawniał, skoro Tusk chce zlikwidować telewizję publiczną, a przynajmniej ją zreformować do rangi tzw. wolnych mediów?     

– Zobaczymy, czy temu zwolennikowi tzw. wolnych mediów to się uda. Ale są także inne media, ponadto są media społecznościowe, które będą w sposób bardzo konsekwentny przypominać obietnice Tuska i pokazywać hipokryzję tych ludzi. Donald Tusk, robiąc karierę w Brukseli, chyba zapomniał, że przez ostatnie osiem lat dużo się w Polsce zmieniło, m.in. w informatyce, nasza młodzież nauczyła się bardzo sprawnie poruszać po internecie i odkopywać to, co niektórzy chcieliby ukryć przed społeczeństwem.

              Dziękuję za rozmowę.            

Mariusz Kamieniecki