Pretendenci do władzy wciąż niedogadani
Wtorek, 31 października 2023 (12:17)Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Społecznej Akademii Nauk, Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej
Zmiana unijnych traktatów przewiduje,
że o bezpieczeństwie w Europie będzie decydował ktoś w Brukseli, a nie
w Polsce. Co z tego wynika?
– Pomysł zastąpienia Sojuszu Północnoatlantyckiego, bo
o to w tym projekcie chodzi, jakimś bliżej nieokreślonym wewnątrzeuropejskim sojuszem militarnym jest całkowicie chybiony. Co więcej, może przynieść jak najgorsze konsekwencje. Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie. Zdaje się, że ci, którzy tak bardzo prą do tego, żeby stworzyć superpaństwo europejskie, przeliczyli się ze swoimi zapędami i możliwościami. Przewiduję, że sprzeciw wobec tego pomysłu będzie tylko rósł, że grono przeciwników tych odrealnionych pomysłów będzie coraz większe, i to na różnych polach. Otóż ci wichrzyciele, którzy chcą dokonać federalizacji, czy wręcz centralizacji Europy na różnych frontach, zaczęli się śpieszyć, co tym bardziej wydaje się podejrzane.
Trudno, żeby się nie spieszyli, skoro
w przyszłym roku na wiosnę odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego i różny może być ich wynik, więc lepiej załatwić sprawę teraz, kiedy mają jeszcze większość?
– To prawda. Tak czy inaczej tym reformatorom europejskim nie daję większych szans, natomiast zagrożenie rzeczywiście istnieje, co więcej, jest realne
i groźne z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski. Jeśli bowiem powstanie rząd tych, którzy są bardzo proeuropejscy i sami chcą wejść brukselskim elitom pod but, żeby nie zacytować znacznie ostrzejszego porównania, jakiego użył Marszałek Józef Piłsudski, to sytuacja staje się niebezpieczna.
Pozostaje liczyć, że ten plan brukselsko-
-niemiecki może się nie udać. Ale wracając do niedawnych wyborów parlamentarnych, to liczyliśmy chyba, że od Polski rozpocznie się odwrót od tego lewackiego szaleństwa
i wizji scentralizowanej Europy. Stało się jednak, jak się stało.
– Zarówno Niemcy, jak i cały aparat brukselski dostrzegł, że rola Polski w tym procesie odwrotu od ich planów może być kluczowa, dlatego założyli sobie, żeby złamać polski rząd, rząd Zjednoczonej Prawicy, jako głównego przeciwnika tej scentralizowanej wizji Europy. Użyli do tego Tuska i tych, których udało się skupić wokół niego. Wbrew pozorom sprawa jednak nie jest zakończona, dlatego że ci, którzy aż palą się, żeby objąć rządy w Polsce, zdaje się, że mają duży kłopot z dogadaniem się co do programu rządzenia, wizji państwa itd. Czas wyborów i antypisizm się skończył i należy przejść do konkretów, ustalić wspólny front, program rządzenia, podzielić się stanowiskami, co – zważając na ambicje poszczególnych formacji i ich polityków – zdaje się nie jest takie proste. Nie mówiąc już o tym, jak zrealizować wszystkie złożone obietnice. Widać więc, że te trzy formacje, które – jeśli się bliżej przyjrzeć – można podzielić na znacznie więcej, mają z tym wszystkim spory problem i wcale nie jest powiedziane, że uda im się tę koalicję sklecić. Ponadto poza zagorzałymi przeciwnikami Prawa i Sprawiedliwości do Sejmu dostało się wielu rozsądnych ludzi o konserwatywnych poglądach, którym nienawiść jest obca, i ci być może się zastanawiają, jakie stanowisko zająć.
Tak naprawdę to te ugrupowania, poza niechęcią do PiS-u, łączy niewiele, a jeśli spojrzeć na PSL, jest kilka podstawowych kwestii, jak np. aborcja, usunięcie religii ze szkół, likwidacja IPN czy CBA, które zupełnie nie są po ich linii. Jest zatem pytanie, co ludowcy robią w tym gronie i co zrobią z tym fantem.
– Jeśli chodzi o PSL, to jest pytanie, czy zwycięży chęć, żeby jakkolwiek, ale rządzić, płacąc nawet frycowe, czy też potrafią wybić się na niezależność. Przypomnę tylko, że Władysław Kosiniak-Kamysz już raz doświadczył na własnej skórze, czym jest alians z Tuskiem, który jego rękami przeprowadził dwie najbardziej szkodliwe reformy w wolnej Polsce, mianowicie podniesienie wieku emerytalnego oraz zabranie pieniędzy z OFE, a mimo to wciąż ciągnie go do koalicji z Platformą. Ten wówczas jeszcze młody człowiek wziął to na siebie, a teraz PSL mówi, że to była pomyłka i chcieliby o tym zapomnieć. Na całe szczęście Polacy nie zapominają. Dzisiaj jest pytanie, czy ludowcy chcą to konto szkód dla Polski powiększyć kolejny raz, wchodząc w koalicję z Platformą i Tuskiem, który z pewnością bez mrugnięcia oka wykorzysta każdą słabość „partnera” od czarnej roboty, czy stać ich będzie na wyjście honorowe.
Z tym honorem to w polityce różnie bywa, więc czy jednak racji nie mają ci, którzy mówią, że doły partyjne PSL-u są tak mocno wygłodzone przez osiem lat, że doskwiera im brak synekur, w związku z tym nie będą oponować przeciwko koalicji, jaką tworzy szefostwo, bo to oznacza profity, układy itd.?
– Ten motyw, o którym pan redaktor wspomniał,
w przypadku PSL-u jest często dominujący. Chęć usadowienia się na fotelach, możliwość czerpania zysków chociażby z zasiadania w spółkach Skarbu Państwa jest w przypadku tej formacji tak potężna, że będą robić wszystko, żeby tylko być – w przypadku stanowisk rządowych, czy też mieć, czerpać korzyści z zasiadania
w rozmaitych instytucjach, które są w dyspozycji państwa. Ta klientela z całą pewnością ma i będzie miała wpływ na to, jak się PSL zachowa, jeśli chodzi o koalicję z Platformą
i Lewicą, nie zapominając oczywiście o Polsce 2050. Podobny problem miała zawsze lewica, problem, który się jednak wyjaśnił. Otóż zawsze pytałem, czy w lewicy więcej jest Dzierżyńskiego czy Daszyńskiego. Wyszło, że jednak Dzierżyńskiego, i tak już zostało. I dzisiaj jest też pytanie o PSL, czy więcej jest tam Witosa, czy więcej Gucwy – także działacza ludowego, marszałka Sejmu w okresie PRL-u, który znany był z tego, że prowadząc głosowania, pytając, kto z posłów jest za, przeciw, kto się wstrzymał, często nie patrząc nawet na salę, mówił „nie widzę, nie słyszę”. Jeśli więc „Gucwa” dzisiaj wygra, a więc PSL, ustawiając się
w tej koalicji, puści parę rzeczy płazem, udając, że nie widzi problemu, to będzie oznaczało, że PSL to jest jednak ciągle ZSL, że nic się w tej materii nie zmienia, że jest to kolaborant – wtedy z PZPR, a dzisiaj z Platformą.
Powróćmy jeszcze na chwilę do tematu,
od którego rozpoczęliśmy naszą rozmowę – mianowicie niemiecki europoseł Helmut Scholz, członek i sprawozdawca Komisji Spraw Konstytucyjnych Parlamentu Europejskiego, która jako pierwsza przyłożyła rękę do zmiany w unijnych traktatach, mówi wprost, że należy zmierzać m.in. do uniezależniania się od NATO…
– To jest tzw. autonomia strategiczna Europy, do której dążą ci, którzy chcieliby z Europy stworzyć supermocarstwo, odchodząc od założeń Unii Europejskiej, która w projektach ojców założycieli miała być Europą ojczyzn. Tak niestety to dzisiaj wygląda.
Tylko że taki projekt oznacza de facto wypchnięcie Stanów Zjednoczonych
z Europy?
– Tak, istotnym elementem tego zamiaru jest właśnie pozbycie się Stanów Zjednoczonych z Europy. Choć nie ukrywam, że może to być trudne, bo nie wiem, czy da się tak szybko zlikwidować bazy, jakie Amerykanie mają na Starym Kontynencie.
Co by nie powiedzieć, jest to woda na młyn dla Moskwy, oddanie jej przewagi na tacy?
– Ta koncepcja to jest wspólny zamiar wspólnoty gospodarczej od Władywostoku po Lizbonę, gdzie wschodnią częścią Europy zawiaduje Rosja, a zachodnią Niemcy. A my, tkwiąc pomiędzy mocarstwami, strefami wpływów rosyjskich i niemieckich, mamy grzecznie pracować na rzecz całej tej nowej wspólnoty, absolutnie nie przeszkadzając, ale pokornie wykonując to, co wielcy sobie zażyczą. Zdaje się, że do tego świetnie nadają się koledzy, którzy tak ochoczo rwą się do władzy i którzy są gotowi, żeby taką rolę potulnego baranka spełniać.
Co można jeszcze zrobić, żeby ten deal niemiecko-rosyjski nie rozkwitł na dobre?
– Po pierwsze, mimo wszystkich swoich niedociągnięć czy wad, przy władzy w Polsce powinna pozostać ekipa Zjednoczonej Prawicy. Miejmy nadzieję, że w tym zakresie jeszcze nie wszystko jest rozstrzygnięte, że coś się jeszcze wydarzy i mimo czarnych wizji rysowanych przez liberalne media wygrana PiS przełoży się na możliwość rządzenia. Oczywiście do tego potrzeba jeszcze sporo głosów posłów, ale miejmy nadzieję, że troska o państwo przeważy u tych, którzy choć weszli do Sejmu z innych komitetów, to będą w stanie wznieść się ponad podziały i nie przyłożą ręki do niszczenia państwa i zagrożenia bezpieczeństwa Polski. Mieliśmy nadzieję, że stanie się to 15 października, że rozsądek i patriotyzm zwyciężą, ale niestety, siły wrogie Polsce – także te zewnętrzne – były tak wielkie, że stało się to, co się stało. Oczywiście nie chcę snuć żadnych teorii spiskowych, czy i na ile ten akt wyborczy był rzetelny i do końca uczciwy, ale różne informacje, jakie się pojawiają, że dajmy na to, przed zamknięciem lokalu zjawia się tysiąc młodych ludzi, którzy mają zaświadczenia, że mogą głosować poza miejscem swojego zamieszkania, są zastanawiające. Mam nadzieję, że ktoś to sprawdza
i ustala…? Zatem jeszcze wiele rzeczy może się wyjaśnić, niezależnie od tego, że – jak powiedzieliśmy – Koalicja Obywatelska, Trzecia Droga i Lewica mają problem
z porozumieniem się, z ułożeniem umowy koalicyjnej
i zbudowaniem rządu.
Kwestia nieprzedłużenia ciszy wyborczej,
a jednocześnie możliwość głosowania do godziny trzeciej nad ranem 16 października rzeczywiście jest zastanawiająca, szczególnie że bywało wcześniej, iż ciszę wyborczą przedłużano z bardziej błahych powodów?
– Zachowanie Państwowej Komisji Wyborczej w tym wypadku rzeczywiście było dziwne. Ponadto ciągle docierają do mnie informacje dotyczące referendum, gdzie członkowie komisji wyborczych pytali, choć nie mieli do tego prawa, czy chce pan, pani kartę referendalną. To oznacza, że musiało czy mogło być jakieś zalecenie dla ludzi w komisjach sprzyjających opozycji i różne rzeczy mogły się dziać. Skoro opozycja tak otwarcie zniechęcała ludzi do udziału w referendum, to rodzi się pytanie, czy
w taki czy inny sposób nie mogli dopuścić się rozmaitych manipulacji. Przyjęło się, że zawsze można było stawiać jakieś niestworzone zarzuty PiS-owi, to dlaczego nie można się zastanowić i zbadać, czy w tych wypadkach, o których wspomniałem, ktoś czegoś nie namieszał. Przez osiem lat PiS popełniło błędy, ale nawet największy cynik musi uznać, że w kwestiach socjalnych, w kwestiach bezpieczeństwa państwa i wzmacniania naszej siły militarnej czy w polityce zagranicznej ekipa ta ma ogromne zasługi dla Polski i Polaków. Ten rząd zrobił naprawdę bardzo dużo, a tu nagle opozycja w sumie zbiera więcej głosów, i to opozycja, która poza krzykiem, krytyką – bardzo często nieuprawnioną – poza donoszeniem na własną Ojczyznę za granicę, kiedy rządziła, nie zrobiła nic dla Polski poza bałaganem. I ta opozycja, która nawet nie ma planu rządzenia, nie może się między sobą dogadać w podstawowych kwestiach, ma nagle rządzić Polską. Swoją drogą tak się już w historii zdarzało, np. w Wielkiej Brytanii, gdzie Winston Churchill, który był figurą numer jeden, jeśli chodzi o obronę kraju w czasie wojny, przegrał wybory.
Tak czy inaczej głosująca młodzież też odegrała sporą rolę, stawiając na Tuska
i akolitów?
– Młodzież trzeba uczyć i wychowywać, ale kto ma to robić, skoro nauczyciele też bywają różni. Jest to też efekt tego, co działo się w oświacie przez ostatnie lata, a nie mogło być inaczej, zważywszy na postawę sporej rzeszy nauczycieli przeciwnych władzy, która w przeciwieństwie do rządów Tuska i Kopacz dała im podwyżki. Mam na myśli zwłaszcza nauczycieli skupionych wokół Związku Nauczycielstwa Polskiego i jej lidera, towarzysza Sławomira Broniarza. Widać, że poprzez odpowiednią propagandę dało się zainfekować całkiem sporą grupę nawet – wydawałoby się – myślących ludzi. Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o wymiar sprawiedliwości, który niestety nie doczekał się zreformowania, gdzie jest część sędziów upolitycznionych, biorących udział w marszach antyrządowych itd. Tylko te dwa środowiska pokazują, że takie historie mają miejsce i że nie są to sprawy łatwe do rozwiązania. Podobne problemy z opozycją miał już Marszałek Józef Piłsudski, przypomnę tylko sprawę Centrolewu.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki