• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski

Poniedziałek, 23 października 2023 (20:40)

Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Społecznej Akademii Nauk, Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej

Tomasz Siemoniak, zabierając głos po wyborach, mówi m.in., że Polska nie ma potencjału demograficznego na trzystutysięczną armię.

– Były minister obrony mówi oczywiste bzdury. Twierdzenie, że w blisko 38-milionowym narodzie nie można stworzyć armii liczącej trzysta tysięcy żołnierzy, to jakiś absurd. Tym bardziej że sam Tomasz Siemoniak twierdzi, że jednocześnie należy zbudować kilkusettysięczną rezerwę. Idąc tokiem rozumowania Siemoniaka, skąd on chce tę rezerwę wziąć, w jaki sposób można przeszkolić wojskowo taką liczbę obywateli, żeby taka rezerwa powstała? Pomijam już taką drobnostkę – mianowicie nie wiem, jaką kalkulację przy tym wszystkim zastosował i w jakich rozmiarach ta armia z czasu pokojowego miałaby się rozwijać podczas ewentualnej wojny? Przypomnę tylko, że w okresie II Rzeczypospolitej, w 1939 roku, rozwijaliśmy stan armii pokojowej pięciokrotnie do stanu ponad miliona żołnierzy. Przy czym ówczesna Rzeczpospolita nie była państwem bogatym i nie dysponowała środkami, które pozwalałyby na zbudowanie
i utrzymywanie dużej armii, a mimo to zdołano to zrobić. Tymczasem teraz, zgodnie z wizją Siemoniaka, państwa polskiego, które liczy znacznie więcej ludności, niż miała
II Rzeczpospolita, stać na to nie będzie. Przy czym pamiętajmy, że wówczas w Polsce były liczne, bo wielomilionowe mniejszości narodowe, i nie na każdego powołanego rezerwistę można było liczyć jako na lojalnego żołnierza polskiego. Co prawda w czasie kampanii wrześniowej 1939 roku nie było zdrady i na ogół również nasi żołnierze innej narodowości byli lojalni wobec państwa polskiego, ale niebezpieczeństwo takie istniało i ówczesne władze brały i ten fakt pod uwagę, miały jednak sposoby, jak armię w momencie zagrożenia mobilizować. Z kolei w wizji kreślonej przez Siemoniaka tego nie ma. Zatem jak to jest, że w ówczesnych okolicznościach zdolności tworzenia wielusettysięcznej armii Polska miała, a teraz ma nie mieć. Reasumując, to, co mówi Siemoniak, jest niepoważne.  

Wygląda to, jak wygląda, ale widać, że tak jak już raz zwijali armię, będą to robić ponownie...

– I to jest groźne dla bezpieczeństwa Polski. Widać, że ta ekipa niczego się nie nauczyła, nie wyciągnęła żadnych wniosków. Co więcej – w mojej ocenie – oni są wciąż zwolennikami tej samej koncepcji, którą zastosowali poprzednio, kiedy rządzili Polską, jeśli chodzi o rolę i znaczenie naszych sił zbrojnych. Założenie to polega na tym, że wspólnie z Niemcami uda się ułożyć relacje z Rosją w taki sposób, że żadnych wojen nie będzie, a więc liczna i dobrze wyposażona armia nie jest nam do niczego potrzebna.

Tyle tylko, że ta polityka już dawno zbankrutowała...   

– Problem w tym, że oni wcale tak nie uważają. W tej chwili, jeśli idzie o politykę międzynarodową, odbieram to tak, że jeśli chodzi o Niemcy i ich dążenia, to trwa gorączkowe poszukiwanie, jak możliwie najszybciej zakończyć wojnę na Ukrainie. Zatem z jednej strony myślenie jest takie: zaoferować Ukraińcom jakieś frukta typu: będziecie szybko członkiem Unii Europejskiej, ale musicie ustąpić Rosjanom, a z drugiej strony obiecują Rosji, że Ukraina odda im to, czego sobie zażyczą, i tym sposobem chcą zakończyć ten konflikt, bo ta wojna nie służy nikomu. Putin z całą pewnością chciałby się z tej wojny wyplątać i wyjść możliwie jak najmniej poturbowany, bo jeśli nie, to będzie zmuszony zrobić drugie podejście zmodernizowania armii.

Swoją drogą robił to już raz, kiedy napadł na Gruzję, kiedy okazało się, że armia, jaką wtedy dysponował, nie bardzo się spisała w rozmaitych operacjach. Wyciągnięto z tego wnioski, Rosja zaczęła się zbroić, przebudowywać swoje struktury, przechodzono na formacje brygadowe itp.
I teraz w wojnie z Ukrainą okazało się, że Putinowi również nie bardzo wyszło z armią, więc potrzebuje trochę czasu, żeby ją na nowo usprawnić. Do tego są jednak potrzebne pieniądze i zakończenie wojny na Ukrainie, ale w taki sposób, jak to już dawno planował prezydent Francji Emmanuel Macron, żeby dać Rosji możliwość wyjścia
z tego konfliktu z twarzą. Może więc takie wyjście zaaprobuje prezydent Wołodymyr Zełenski, a biorąc pod uwagę to, jak się dzisiaj zachowuje w relacjach z Polską, wydaje się, że jest czy może być otwarty na takie rozwiązanie. Teraz ktoś taki jak Polska może mu już nie być potrzebny, więc taki zarysowany przeze mnie scenariusz jest oczywiście możliwy. I w tym momencie do władzy w Polsce dochodzi fatalna opozycja, wracamy do relacji z Berlinem i Moskwą i do takich sił zbrojnych, jakie mieliśmy za poprzednich rządów koalicji PO – PSL. Tak to w zarysie wygląda.

Tylko że ta polityka niemiecko-francuska,
o której Pan mówi, w którą wydaje się wpisywać kolejny raz totalna opozycja,
ni mniej, ni więcej oznacza wypchnięcie
z Europy Stanów Zjednoczonych…        

– Dokładnie. Pozbycie się z Europy Stanów Zjednoczonych to warunek sine qua non polityki niemiecko-francusko-
-rosyjskiej, a wtedy, kto wie, być może uda się zerwać umowy zbrojeniowe i gospodarcze, jakie obecny rząd Zjednoczonej Prawicy zawarł z Amerykanami.
Z Koreańczykami będzie to łatwo załatwić, bo Korea jest daleko, natomiast ze Stanami Zjednoczonymi może być problem, bo Amerykanie są u nas obecni i ciągle mają duży wpływ na sytuację w naszym regionie. Tak czy inaczej, jeśli uda się jakoś wypchnąć Amerykanów z tej europejskiej orbity, zniechęcić ich, a przypomnę, że z tarczą antyrakietową Tuskowi już raz się udało, to Rosjanie będą bardzo zadowoleni.

Prezydent Joe Biden mówi, że jeśli dzisiaj nie powstrzyma się Rosji, to ta nie zatrzyma się na Ukrainie, zwłaszcza że Putin już mówi, iż zachodnie ziemie Polski są „darem” od Rosji. Spiesząca się do objęcia władzy szeroka koalicja rozgardiaszu tego przekazu nie czyta?

– Tej ekipie słowa „rozsądek” czy „refleksja” są obce. Natomiast kręgi w Waszyngtonie, które decydują o polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych, mają zdaje się jednolite stanowisko i niezależnie od tego, jaki obóz demokratyczny czy republikański tam rządzi, chcą bardzo utrzymać dominującą pozycję Ameryki w świecie, a więc pozycję państwa, które jest gwarantem ładu międzynarodowego. W związku z tym powstrzymanie Rosji jest warunkiem, czy tę pozycję Stanom Zjednoczonym uda się utrzymać. Z kolei koncepcja, której hołduje Berlin – w czym prawdopodobnie dogadał się z Rosją – mianowicie pozbycie się Amerykanów z Europy i stworzenie wspólnoty od Władywostoku do Lizbony, o czym słyszeliśmy już po wielokroć, to jest ten plan, w którym Stany Zjednoczone są niepotrzebne, a wręcz zbyteczne.

I na tej linii dochodzi do sprzeczności. Gdyby rzeczywiście udało się Amerykanów zniechęcić i spowodować, że wezmą oni swój sprzęt wojskowy z Europy albo mocno ograniczą tu swoją obecność, i gdyby Niemcom udało się zawrzeć pokój ukraińsko-rosyjski, to wtedy otworzy się pole, na którym sporo będzie można zrobić.

Niemcy próbują wypchnąć Amerykanów z Europy, ale my przecież mamy podpisane umowy gospodarcze i zbrojeniowe z Waszyngtonem. Co z tą sprawą?

– Myślę, że są tacy, którzy będą pracowali nad tym, jak te kontrakty zerwać. Jeżeli nie będzie zaangażowania Stanów Zjednoczonych, jeśli chodzi o Ukrainę, bo załóżmy, że wojny nie będzie, to automatycznie zainteresowanie Waszyngtonu wschodnią flanką może zmaleć i to bardzo. Co więcej, jeśli w Ameryce dojdą do głosu ludzie, którzy uważają, że państwo to powinno bardziej skoncentrować się na sprawach wewnętrznych i nie trwonić sił i środków na jakieś wojny w świecie, to wtedy nie powinno być problemów z zerwaniem tych naszych kontraktów.   

To co w takim układzie z NATO? Jak wiemy, ze względu na agresywną postawę Rosji uruchomiło ono regionalne plany obronne, które zakładają zwiększanie potencjału wojskowego. Jak ta polityka odstraszania NATO ma się do wizji Siemoniaka, a więc ekipy, która ma przejąć władzę w Polsce?

– I to jest kolejna odsłona tego całego spektaklu, o którym rozmawiamy – mianowicie, co się będzie działo w NATO i z NATO. Plany, o których pan redaktor wspomniał, oczywiście są, tak jak wiele innych w rozmaitych obszarach, ale one też mogą ulegać korektom w zależności od sytuacji geopolitycznej. Sytuacja jest zatem ciekawa. Decyduje tzw. wola polityczna i w tym wypadku wola polityczna, którą wobec sytuacji zaistniałej w Europie będą prezentowały kręgi decyzyjne w Stanach Zjednoczonych.   

Patrząc na wszystkie wypowiedzi różnych polityków opozycji totalnej, to widać, że jeszcze nie zaczęli rządzić, a już chcą zmieniać rzeczywistość geopolityczną…

– Ta ekipa tak bardzo przebiera nogami, żeby dorwać się do rządzenia, do ministerialnych stanowisk, do spółek Skarbu Państwa, że po drodze narobi jeszcze całą masę głupstw. Widać, że są tak bardzo spragnieni władzy, że nie wytrzymują także emocjonalnie. To sprawia, że nawet w środowiskach, które im sprzyjały, pojawiają się już głosy, że głosowanie na nich było błędem. Ludzie – wielu z nich – doszli szybko do przekonania, że dali się nabrać. Ale jak chcieli, tak mają.

A co z młodzieżą, bo to młodzi wyborcy w gruncie rzeczy zdecydowali, że do władzy może dojść ekipa złożona de facto z jedenastu różnych, często wykluczających się programowo formacji?

– Młode pokolenie, które poparło fatalną opozycję, teraz musi się przekonać na własnej skórze, że rządy tych, na których oddali swoje głosy, będą dla nich bolesne.

Tylko jak, skoro internet, tzw. wolne media nadal będą ich utrzymywać w przekonaniu, że to wszystko wina PiS-u?

– Kiedy zabraknie pieniędzy na markowe ciuchy, smartfony, wegańską dietę i jeszcze parę innych rzeczy, to wydaje mi się, że i oni zrozumieją, w czym rzecz. Trzeba mieć nadzieję, że mimo wszystko są w stanie pojąć, zrozumieć, jaka jest prawda. Z tym że jednym wystarczy rzeczowy argument i fakty, a inni muszą to zrozumieć na własnej skórze.

Warto też pomyśleć o wychowaniu i odpowiednim kształtowaniu młodego pokolenia Polaków, bo parę rzeczy chyba się wymknęło spod kontroli?

– Owszem, i to jest wielkie niedopatrzenie, poważne zaniedbanie. Uważam, że Zjednoczona Prawica przy wszystkich swoich zaletach oraz przy mojej aprobacie, bo popierałem i nadal popieram ten kierunek jako korzystny dla Polski, to jednak popełniła błędy. Jednym z błędów było to, że nie udało się utrzymać tego przekazu, który młode pokolenie Polaków już przyjęło – mianowicie znaczenia i wartość Żołnierzy Niezłomnych i tego wysiłku, jaki wtedy Polacy podejmowali, aby Polska była wolna. A to są piękne karty, przykłady i wspaniały etos, który młodego człowieka powinien zachwycić. Niestety, w tej kampanii, w ogóle w ostatnim czasie to zostało gdzieś pominięte, zapomniane, a szkoda.

Drugi element to jest ukłon do naszego Kościoła katolickiego i kwestia dotycząca przekazu, jaki po sobie zostawił nasz największy rodak św. Jan Paweł II. Ojca Świętego nie można sprowadzać tylko do emocji, do kremówek, ale w jego nauce, w przesłaniu, jakie nam pozostawił, jest głęboka wiara, teologia, ale też głęboka patriotyczna chrześcijańska myśl, nauka – jak być Polakiem i służyć Polsce. Niestety, dzisiaj chyba niespecjalnie czerpiemy z tego źródła, a powinniśmy, bo przykład Jana Pawła II, prawda zawarta w tym jego przekazie do nas jest i będzie zawsze aktualna, bo wyrasta z Ewangelii. Nie może być też tak, że dopiero kiedy ze środowisk wrogich Kościołowi pojawiają się ataki na św. Jana Pawła II, to dopiero wówczas my i władze zwierają szyki, żeby te kłamstwa obalić i obronić tego człowieka, który mówił za nas i o nas, kiedy jako naród byliśmy w komunistycznej niewoli i który przyniósł nam wolność. Dzisiaj widzę tu też rolę Kościoła i hierarchów.

           Dziękuję za rozmowę.   

 

Mariusz Kamieniecki