Kłamstwa i manipulacje to chleb powszedni totalsów
Niedziela, 22 października 2023 (21:00)Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem
Jeszcze nie przejęli władzy, a już wycofują się z obietnic składanych w kampanii wyborczej, co więcej – są zapowiedzi ograniczenia świadczeń już obowiązujących. Mowa oczywiście o Donaldzie Tusku i jego ekipie.
– Trzeba dodać, że jeszcze nie przejęli władzy, a już chcą łamać Konstytucję RP, którą – jak pamiętamy – nosili
na sztandarach, zarzucając PiS, że nie przestrzega najważniejszego w Polsce prawa. Obecna IX kadencja Sejmu i Senatu trwa do 12 listopada – koniec kropka. Każde wcześniejsze zwołanie Sejmu, do czego nawołują tzw. wolne media, co to – jak twierdzą – mówią prawdę całą dobę, oraz totalna opozycja ze swoimi liderami, jest niczym innym jak nawoływaniem do łamania Konstytucji RP i naruszania zasad praworządności. Prezydent jako strażnik Konstytucji RP nie może dzisiaj zwołać nowo wybranego Sejmu X kadencji, kiedy trwa jeszcze, kiedy
nie wygasła jeszcze poprzednia kadencja. Sejm X kadencji może obradować dopiero od 13 listopada. Takie są fakty. Wtedy nowo wybrani parlamentarzyści, którzy na dzisiaj
są posłami elektami, złożą przysięgę i w tym dniu, obejmując mandat, już oficjalnie staną się posłami.
Czy z własnego doświadczenia poselskiego lub ze słyszenia zna Pan przypadek, żeby jakakolwiek opcja polityczna próbowała podważyć ten stan prawny, do czego dzisiaj prze Donald Tusk i formacje opozycyjne?
– Nie, nie znam, bo taki przypadek nie miał nigdy miejsca. Na swoim profilu facebookowym zamieściłem kalendarium ostatnich trzech wyborów oraz kalendarz powołania
i zaprzysiężenia Sejmu. Co ciekawe, nawet prezydent Bronisław Komorowski wykorzystał do końca przysługujące mu 30 dni – od momentu zakończenia wyborów parlamentarnych do powołania posiedzenia nowego Sejmu. Mówię o tym, bo wspomniani liderzy opozycyjni oraz sprzyjające im tzw. wolne media tak naprawdę, będąc
w sporze z prawdą, próbują wywrzeć presję na prezydenta Andrzeja Dudę. I ta presja, te działania są sprzeczne
z Konstytucją, co więcej – te działania są niczym innym
jak próbą wprowadzania w błąd obywateli. Prezydent nie może na zasadzie własnego widzimisię zwołać Sejmu,
bo wszystko jest rozpisane w prawie, na wszystko jest kalendarz. Dlatego narracja, że prezydent nie zwołuje nowo wybranego Sejmu, bo nie chce zmiany władzy
w Polsce, to wierutne kłamstwo. Mówimy tu zatem
o manipulacjach i jednym wielkim medialnym kancie.
To jest bardzo niebezpieczne i najgorsze, że jest sprzeczne z rzeczywistością, a politycy opozycji nawet nie próbują tego dementować.
Donald Tusk sam apelował do prezydenta Dudy o szybkie decyzje, aby ten nie zwlekał i natychmiast zwołał Sejm, bo – jak stwierdził – „wygrały demokratyczne partie, są w stałym kontakcie i są gotowe przejąć odpowiedzialność za rządy w kraju w każdej chwili”…
– Fakt, że mówi to polityk, który wie, jak wyglądają względy formalne, prawne, który ma świadomość, że ludzie, wyborcy, którzy na co dzień nie interesują się polityką, tego nie rozumieją, jest jawną próbą wprowadzania Polaków w błąd. W końcu nie wszyscy musimy znać prawo i rozumieć systemy, w jakich funkcjonuje i na jakich opiera się państwo, ale ci, którzy to wiedzą, powinni zachowywać się odpowiedzialnie. Nie wolno wprowadzać obywateli w błąd. Natomiast to, z czym mamy dzisiaj do czynienia, to jest nic innego jak szczucie, ciąg dalszy szczucia jednych przeciw drugim. Jak widać, nic się nie zmieniło w porównaniu z sytuacją przed wyborami, a zatem po stronie opozycji i u Donalda Tuska wciąż bez zmian.
Z czego wynika ten pośpiech czy ta troska
o sprawy polskie, a może jakiś inny scenariusz mają w głowach?
– Jest pytanie, czy oni się śpieszą, czy tylko udają pośpiech i komu prezydent ma powierzyć władzę
czy misję tworzenia rządu? Fakty są takie, że do wyborów po stronie opozycji poszły trzy różne siły, trzy różne byty, komitety. Tymczasem odnoszę wrażenie, że dzisiaj, po
15 października, ktoś usiłuje nam wmówić, że są już nie trzy siły, ale jedna. Podczas gdy nie ma umowy koalicyjnej, nie ma oficjalnie wskazania, kto jest liderem, nie ma programu, a ktoś krzyczy i domaga się, aby oddać mu władzę. Gdyby prezydent był złośliwy i gdyby nie miał na względzie przestrzegania prawa, to mógłby powiedzieć: proszę brać! Tylko jak, skoro – jak wspomniałem – nie ma formalnej umowy koalicyjnej zawartej przez Koalicję Obywatelską, Trzecią Drogę i Lewicę, nie ma programu
na rządzenie Polską, nie istnieje podział kompetencji ani stanowisk. Zatem nie ma nic. Tymczasem słyszymy, jak jedni po stronie opozycji mówią, że rozmowy już trwają, inni mówią, że spotkanie ma się odbyć w przyszłym tygodniu po wręczeniu parlamentarzystom przez Państwową Komisję Wyborczą zaświadczeń o wyborze na posła czy senatora. Kto zatem mówi prawdę: czy ci, którzy mówią, że rozmowy koalicyjne już trwają, czy ci, którzy twierdzą, że sprawa ruszy, rozmowy się rozpoczną po akcie wręczenia zaświadczeń o wyborze? Komu zatem prezydent miałby dać dzisiaj szansę na stworzenie rządu? Matematyka jest nieubłagana i wskazuje, że 194 mandaty poselskie, jakie zdobyło Prawo i Sprawiedliwość, to więcej niż 157 drugiej na podium Koalicji Obywatelskiej. Arytmetyki nie da się zakłamać. Jeśli ktoś próbuje namówić prezydenta do postępowania niezgodnego
z prawem i przyjętym zwyczajem, że najpierw misję tworzenia rządu otrzymuje formacja, która wygrała wybory, jest po prostu niepoważny. Dodajmy też, że to,
iż prezydent nie ulega presji i nie poddaje się żądaniom Tuska i jemu podobnych, to tak naprawdę ratuje twarz nieodpowiedzialnej opozycji, która w mediach już kłóci się między sobą i mówi, na co się godzi, a na co nie, jakie są jej warunki itd. Zamiast rozmawiać w ciszy gabinetów, robią to za pośrednictwem mediów, co pokazuje totalny miszmasz. Sami się ośmieszają, a potem próbują wmawiać, że to manipulacja.
No dobrze, ale jeśli zadać pytanie obiektywne, czy jest koalicja po stronie opozycyjnej, to odpowiedź brzmi: nie ma, podobnie jak nie ma programu koalicyjnego. Z czym zatem Tusk i spółka antypisowska pcha się do władzy?
– Dokładnie tam nie ma nic. Każde z tych ugrupowań
ma własne cele, często rozbieżne, różne są też ambicje poszczególnych polityków, liderów. Nie wiem więc, jak
z tego da się stworzyć jakiś konglomerat i z kim prezydent Duda – nawet przy założeniu, gdyby chciał – ma rozmawiać i komu powierzyć misję tworzenia rządu?
O czym świadczy ten chaos i czy wyborcy, stawiając na opozycję totalną, mieli świadomość, jakiego wyboru dokonują?
– Jeśli chodzi o opozycję, to mimo zakończonych wyborów realizowany jest jeden scenariusz pod nazwą: kłamiemy, kłamiemy, kłamiemy. Wyborcy do tej pory jechali na emocjach, dali się zwieść i teraz, kiedy te emocje stopniowo stygną, będą się przekonywać, kogo wybrali,
na kogo postawili. Wyborcy, którzy głosowali na Koalicję Obywatelską, Trzecią Drogą czy Lewicę – przynajmniej
ich duża część – tak naprawdę nie wiedzieli, na jaki program głosują. Teraz już wiedzą. Pierwsze symptomy,
co pretendenci do władzy chcą zrobić, już widać. Słyszymy, że nasza armia jest za duża, że trzeba ją zmniejszyć,
że nie wszystkie obietnice zostaną dotrzymane, że część
z przywilejów socjalnych trzeba będzie zlikwidować. Co ciekawe, każda ze stron opozycji na każdy temat ma różne zdanie. Mamy więc nie tylko totalną opozycję, ale też totalny chaos, który prezentują.
Z kim zatem prezydent Andrzej Duda ma rozmawiać o stworzeniu rządu, który ma rządzić Polską?
– Dlatego bardzo mądrym ruchem jest zaproszenie na przyszły tydzień przedstawicieli wszystkich formacji, które weszły do parlamentu, począwszy od partii, która uzyskała w wyborach najlepszy wynik. Prezydent musi rozeznać,
z kim tak naprawdę może rozmawiać o utworzeniu rządu. Oczywiście sytuacja byłaby zgoła odmienna, gdyby opozycja szła do wyborów jako jeden blok albo miała podpisaną umowę koalicyjną na czas powyborczy. Tymczasem nie ma programu, nie ma koalicji, jest chaos
i pęd do władzy.
Zauważył Pan, że po stronie opozycji jest chaos w kwestiach światopoglądowych, ekonomicznych, gospodarczych, programów społecznych, do głosu dochodzą też ambicje polityczne poszczególnych liderów.
Czy z tego miszmaszu da się stworzyć jakąś rozsądną, spójną większość, bo niechęć do PiS i jego krytyka była dobra w kampanii?
– Bądźmy realistami, bo czy np. można sobie wyobrazić, dajmy na to, resort gospodarki z udziałem jednego
z liderów Lewicy, Adriana Zandberga, czy z Ryszardem Petru. Oczywiście wyobraźnia może być nieograniczona, ale z jakimi konsekwencjami dla Polski. Tak czy inaczej mamy cztery skrajne formacje, cztery różne spojrzenia
na sprawy państwa. Nie wspomnę już o kwestiach ideologicznych, o aborcji.
Skoro poruszył Pan ten temat, to słychać,
że PSL, które jest przeciw aborcji, próbuje oszukać mocno zdeterminowaną w tej kwestii Lewicę. Czy taki scenariusz wchodzi w grę, bo wyautowanie Lewicy oznaczałoby, że Tuskowi i spółce zabraknie do 231 głosów?
– Nowa koalicja, jeśli taka powstanie, będzie chciała osiągnąć szybkie sukcesy szybkimi, prostymi decyzjami. Powstaje jednak pytanie, czy na wprowadzenie aborcji
do 12. tygodnia życia dziecka zgodzi się PSL. Jak pan redaktor zauważył, PSL twierdzi, że nie, a to oznacza, że temat ten nie przejdzie. Tak naprawdę 10 czy 11 partii, które wchodzą w skład tego konglomeratu, który summa summarum uzyskał więcej głosów niż Zjednoczona Prawica, to tak naprawdę cała masa polityków – przedstawicieli partii, zwłaszcza PSL, wygłodniałych, spragnionych synekur, stanowisk – która pali się, żeby wrócić do układu. Swoją drogą warto przypomnieć, że przed wspólnym startem w wyborach PSL co do programu, kilku czy kilkunastu punktów dogadywało się z Polską 2050 parę miesięcy, a teraz cztery różne ugrupowania, które połączyła jedynie niechęć do PiS, żeby się dogadać,
będą potrzebowały znacznie więcej, a i skutek jest trudny do przewidzenia.
Zatem z jakim programem ten konglomerat kilku formacji chce iść do rządzenia Polską?
– Na początek mamy tworzenie wizji, że budżet po PiS
jest w fatalnym stanie, że dane na temat finansów, jakie przedstawia PiS, są nieprawdziwe. Tylko że ta bzdurna retoryka odbywa się w momencie, kiedy nawet instytucje unijne twierdzą coś zupełnie innego. Widać jednak, że manipulacje i kłamstwa to chleb powszedni totalsów.
Czy w tej sytuacji to, że Polską będzie rządził Tusk z „koalicjantami”, to rzecz przesądzona?
– W polityce nigdy nie mówi się nigdy, dlatego każdy scenariusz do końca jest możliwy. Wiele osób, a mówię to
z własnego doświadczenia poselskiego, zmienia zdanie. Wielu polityków świadomie dzisiaj się nie wypowiada, aby zrobić to w odpowiednim momencie. Pamiętajmy też, że każdy mandat poselski jest wolny, mimo że posłowie są członkami tych czy innych klubów, tych czy innych partii. Każdy mandat jest wolny i do końca nie ma pewności, jak ten czy inny poseł zagłosuje w Sejmie.
PSL może się jeszcze wyłamać z tej „koalicji” z Koalicją Obywatelską i Lewicą?
– A kto tu mówi tylko o PSL? Proszę pamiętać,
że w każdym ugrupowaniu są frakcje bardziej konserwatywne, bardziej liberalne czy bardziej lewicowe. Jest więc pytanie, czy także w Platformie nie znajdzie się kilka osób o poglądach konserwatywnych, którym kierunek obrany przez Tuska się nie podoba.
Wygląda na to, że nie wszystkim podoba się twarda ręka i mocny skręt na lewo Tuska.
– W mojej ocenie, jeśli Donald Tusk upiera się przy
tym, że ma być premierem i koniec, to popełnia błąd.
Co więcej – wprowadza zasadę, która zmniejsza szanse
na koalicję i wspólny rząd.
A może premier tylko na początek, a potem ucieczka do Brukseli, co raz już pokazał?
– Gdybym był dzisiaj na miejscu Donalda Tuska, to nie ubiegałbym się o funkcję premiera, tylko wskazałbym Rafała Trzaskowskiego. Natomiast ten jego pęd do władzy mimo negatywnego elektoratu pokazuje, że polityk ten pomimo doświadczenia nie wyciąga wniosków, nie odrobił lekcji, którą odrobił prezes Jarosław Kaczyński, który przecież już osiem lat mógł być premierem, ale świadomie tego nie zrobił, wskazując Beatę Szydło, a później Mateusza Morawieckiego. Kaczyński nie został premierem, bo wiedział, że wzbudza za dużo emocji, które są bardzo skrajne, a żeby rządzić, trzeba mieć za sobą pozytywny elektorat, a emocje odłożyć na bok. Dlatego jeśli Donald Tusk uprze się, żeby być premierem, to będzie to rząd emocji, a więc przedłużenie kampanii wyborczej.
Z tym że Platforma, jak się okazuje, wtedy zyskiwała?
– Tak, tylko kampania wyborcza się zakończyła i dzisiaj trzeba rządzić. Kampanii już nie ma.
Jak rozumie Pan wypowiedź prezydenta Joe Bidena, który niedawno w orędziu odniósł się do słów Władimira Putina o tym, że Polska zachodnią część swojego kraju zawdzięcza Rosji?
– Widać, że Stany Zjednoczone mają problem, bo jeśli
w Polsce powstałby rząd Platformy, to jednocześnie rozpocznie się akcja wypychania Amerykanów z Europy. Niemcy byliby z takiego obrotu sprawy zadowoleni, ale najbardziej Putin. Ponadto warto pamiętać, co w przyszłym tygodniu czeka nas w Parlamencie Europejskim, gdzie
ma być debata i głosowanie nad federalizacją Europy,
gdzie zakłada się – mimo że większość krajów członkowskich Unii Europejskiej to członkowie Sojuszu Północnoatlantyckiego – że pierwszeństwo mają mieć struktury europejskie, a nie NATO-wskie. Zatem szykuje się rewolucja, eurokraci szykują wielki przewrót urzędniczy przy milczeniu państw narodowych. I to jest coś niesamowitego, że część państw narodowych sama chce pozbawić się suwerenności. Przed nami historyczne wydarzenia, które ktoś chce przeprowadzić bezprawnie poprzez system urzędniczy, a nie legislacyjny. Są poważne obawy, że nowa władza posłuszna Brukseli i Berlinowi może nas pozbawić suwerenności, że politycy,
na których postawiła spora część Polaków, są niepoważni
i nieodpowiedzialni.