Nie można deptać zasad demokracji
Piątek, 13 października 2023 (21:00)Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem
Ostatnie sondaże wskazują Zjednoczoną Prawicę jako formację, która ma największe szanse zwyciężyć w niedzielnych wyborach parlamentarnych, ale o samodzielne rządy będzie raczej trudno…
– Już wielokrotnie wskazywałem i dziś jeszcze raz powtórzę, że wygrać wybory to jedno, a rządzić to już zupełnie inna sprawa. Wszystkie dotychczasowe sondaże – łącznie z dzisiejszymi – wskazywały jako zwycięzcę obóz Zjednoczonej Prawicy, ale czy wygrana tej formacji oznacza, że będzie samodzielnie rządzić, to jest wciąż kwestia otwarta. Zgodnie z tradycją przyjętą w polskim systemie politycznym prezydent RP powierza funkcję tworzenia rządu ugrupowaniu, które uzyskało najlepszy wynik wyborczy. Wtedy rozpoczyna się proces tworzenia rządu, a wygłoszenie eksposé oznacza, że mamy rząd. Póki co nie znamy wyników wyborów, które przed nami i tak naprawdę nie wiemy, z jaką przewagą Prawo i Sprawiedliwość zwycięży i jak wielu głosów – wsparcia z różnych stron – będzie potrzebować, aby móc sprawować władzę w Polsce.
Jest też pytanie, czy wszystkie sześć komitetów wyborczych znajdzie się w parlamencie?
– Na to pytanie dzisiaj nikt z nas nie odpowie, ale jeśli założymy, że Trzecia Droga nie osiągnęłaby progu 8-procentowego i znalazłaby się po za Sejmem, to wówczas, zgodnie zresztą z metodą d’Hondta, zyskuje ta formacja, która uzyskała najlepszy wynik. Można więc powiedzieć, że im słabsze wyniki opozycji, tym większe szanse PiS-u na samodzielne rządy. To są jednak wszystko spekulacje, a o tym, jak będzie, oficjalnie dowiemy się prawdopodobnie w poniedziałek, może we wtorek. Teraz jesteśmy skazani na cierpliwe czekanie.
Podsumowując, trzeba powiedzieć, że tak agresywnej kampanii wyborczej w historii Polski dotąd chyba nie było?
– Prawdę mówiąc, my nie mieliśmy kampanii. Pierwszy raz widzę wybory, które nie poprzedzały spory programowe, natomiast były spory personalne. To wszystko sprawiło, że po raz pierwszy od 30 lat będziemy głosować nie za programem, ale przeciw danej formacji. To powoduje, że głos, jaki będą oddawali wyborcy, będzie głosem przeciwko tej lub innej partii. Będziemy mieli plebiscyt za lub przeciw tej czy innej formacji. I to jest paradoks, bo choć część Polaków może być usatysfakcjonowana, bo spełni swoje marzenie i zagłosuje przeciw, dajmy na to, rządzącym, ale czy w poniedziałek, czy we wtorek obudzą się z przekonaniem, że oddali głos na lepszą przyszłość? Co do tego mam wątpliwości. I to jest efekt tego, że nie mieliśmy debaty programowej i walki na programy, kto przedstawi lepszy program dla Polski i Polaków, tylko mamy emocje posunięte do granic, a nie racjonalne, zdroworozsądkowe spojrzenie na rzeczywistość i opowiedzenie się za tymi, którzy mają lepszy pomysł na Polskę. Mam wrażenie, że wielu naszych rodaków dało się wkręcić przez polityków w emocjonalną grę, która ma wykluczyć przeciwnika. Niestety, nie ma pozytywnego spojrzenia, pozytywnej oceny i wybrania lepszego, ale mamy totalną negację jednej bądź drugiej formacji.
Zazwyczaj pomocniczą rolę w kampanii odgrywają debaty polityków. Mieliśmy w zasadzie jedną główną debatę w TVP, którą Donald Tusk, można rzec, „przerżnął z kretesem” i na jego zapleczu nastroje chyba nie są najlepsze. Pojawiają się też głosy – jak Grzegorza Schetyny – który mówi, że to Tusk jednoosobowo prowadził kampanię. Czy nie jest tak, że już przed wyborami mamy próbę usprawiedliwienia ewentualnej porażki Platformy i wskazanie winnego?
– Zgadza się. Problem Donalda Tuska polega na tym, że – po pierwsze – nie powinien na taką debatę przychodzić, ale wysłać Rafała Trzaskowskiego. I to był pierwszy błąd Tuska. Skoro było wiadomo, że na debacie nie pojawi się prezes Jarosław Kaczyński, a Zjednoczoną Prawicę reprezentował będzie premier Mateusz Morawiecki, to również Tusk powinien wysłać Trzaskowskiego jako swojego zastępcę. Po drugie – Tusk był kompletnie nieprzygotowany do tej debaty. Nie można mówić o tendencyjnych pytaniach, bo przedstawiciele wszystkich komitetów wyborczych mieli takie same pytania, taki sam czas na odpowiedź. Również zakres tematyczny tej debaty został wcześniej zaakceptowany przez sztaby komitetów wyborczych. Pamiętajmy również, że nie była to klasyczna debata, bo w tym wypadku nie mamy do czynienia z wyborami prezydenckimi, ale wyborami parlamentarnymi. Podczas debaty w TVP każdy z komitetów miał łącznie 7 minut na zaprezentowanie swojego stanowiska w określonych kwestiach, co w przypadku niektórych, zwłaszcza dla Donalda Tuska, było i tak za dużo. Chodzi o to, że powiedzieć w ciągu 7 minut coś sensownego, coś mądrego, przedstawić najważniejsze punkty programu, jednocześnie zrobić to w sposób prosty, zrozumiały dla wszystkich, co więcej, bez jąkania, zbędnych gestów i tzw. wycieczek czy przytyków personalnych, to jest pewna sztuka. I jak widać dla niektórych, jak Donald Tusk – wydawałoby się wytrawny, doświadczony polityk – to było zbyt trudne wyzwanie i duży problem. Dziennikarze taką umiejętność wyrażenia w krótkim czasie swoich poglądów nazywają „setkami”. Donald Tusk wyraźnie tej umiejętności, tych zdolności nie posiadł. Nie potrafi w sposób jasny komunikować się z wyborcami, a jego wywody są bardzo złożone, skomplikowane i mało czytelne. To, co zaprezentował, to była totalna porażka i fatalny występ lidera Koalicji Obywatelskiej. Można więc stwierdzić, że Tusk jest mocno przereklamowany, skoro nawet przyjazne media i komentatorzy ten jego występ przemilczały albo w sposób jasny stwierdzały, że Tusk był nieprzygotowany, o co można winić sztabowców.
Czy jest to wina rzeczywiście sztabowców, czy po prostu wyszło na jaw, że roztrzęsiony, nerwowy Tusk jest – jak to młodzież mówi – po prostu cienki?
– To jest kwestia bezdyskusyjna. Widać, że Tusk jest bardzo słaby i jeśli chodzi o podsumowanie, to znalazł się na samym końcu szeregu uczestników tej debaty. I nie da się zaklinać rzeczywistości, skoro nawet przyjazne mu media mówiły krótko, że Tusk przegrał to wyborcze starcie.
Podczas debaty premier Morawiecki powiedział jedną ważną rzecz, mianowicie, że na Radzie Europejskiej dowiedział się, iż gdyby opozycja wygrała wybory w Polsce i nowy rząd poparłby pakt migracyjny, to Tusk w nagrodę miałby otrzymać kolejną ciepłą posadkę w strukturach unijnych. Donald Tusk ani słowem się do tego nie odniósł, nie ma też pozwu w trybie wyborczym. Można więc snuć przypuszczenia, że coś jest na rzeczy?
– To znaczy, że to, co zakomunikował premier Mateusz Morawiecki, jest prawdą, a Donald Tusk, nie mogąc zaprzeczyć, po prostu to przemilczał. W polityce już tak jest, że jeśli czemuś nie można zaprzeczyć, trzeba to przemilczeć, próbując przykryć ten temat nowymi tematami. Tusk nie mając żadnych argumentów na swoje usprawiedliwienie, działał zgodnie z tą regułą.
Coraz głośniej środowisko opozycji totalnej mówi też o sfałszowaniu wyborów. Oprócz Donalda Tuska taką obawę wyraził m.in. Piotr Zgorzelski z PSL…
– O tym słyszymy od dawna, zresztą temu ma służyć inicjatywa opozycji totalnej pod nazwą Obywatelska Kontrola Wyborów, która ma monitorować przebieg głosowania. KO zamiast przedstawić program, który przekonałby Polaków do oddania władzy w jej ręce, chodzi o stworzenie wrażenia, że jeśli przegrają, to znaczy, że wybory w Polsce zostały sfałszowane. Co więcej, podważane są kompetencje Państwowej Komisji Wyborczej, że jest to organ bezprawny. Jednak jakoś nikt nie kwestionował PKW i wyników wyborów do Parlamentu Europejskiego, wyborów samorządowych, wyborów prezydenckich. Choć warto przypomnieć, że Tusk podczas tej kampanii nie omieszkał stwierdzić, że według niego wybory prezydenckie wygrał Rafał Trzaskowski. Mamy więc dzisiaj próbę kwestionowania wyborów, które dopiero przed nami – wyborów parlamentarnych.
Czy jeśli opozycja przegra te wybory, to będziemy mieli kontestowanie wyników głosowania?
– Nie inaczej. Wygląda, że ktoś już dzisiaj próbuje oskarżać członków komisji wyborczych, którzy nawet jeszcze nie zaczęli pracy.
W tym kontekście są też próby atakowania Sądu Najwyższego…
– To kolejny rozdział tego scenariusza, bo przecież ważność wyborów parlamentarnych musi zatwierdzić Sąd Najwyższy. Nie można więc wykluczyć, że również i tutaj będzie próba wykorzystania tej instytucji jako ostatniego ogniwa czy też podważenia jej kompetencji. Zważając na to wszystko, od przeprowadzonych 15 października wyborów do ostatecznej akceptacji i zatwierdzenia wyników głosowania może być długa droga. Myślę, że przed nami jeszcze dużo zwrotów akcji i niemało emocji.
Kiedy opozycja totalna, kiedy Donald Tusk pogodzą się z faktem, że przegrywają kolejny raz? Kiedy pogodzą się z tym, że są słabi i to ludzie pozbawiają ich władzy, bo im nie ufają, i w końcu przestaną kontestować demokratyczny werdykt Polaków?
– Bądźmy realistami, bo przecież wiadomo, że ktoś te wybory musi wygrać, a ktoś je przegra. Taka jest kolej rzeczy. Dlatego jako komentator ciągle powtarzam, że nie martwię się o wynik wyborów, ale obawiam się strony, która przegra, czy będzie w stanie pogodzić się z werdyktem wyborców i przełknąć porażkę. Myślę, że to jest pytanie i temat dla specjalistów z dziedziny medycyny. Ja nie jestem specjalistą od chorób wszelakich, ale uważam, że to kontestowanie za każdym razem porażek i ciągłe, notoryczne próby obarczania winą za porażki wszystkich dookoła – tylko nie siebie – należałoby rozpatrzyć właśnie przez specjalistów. Można się obrażać albo i nie, ale widać, że ktoś emocjonalnie nie trzyma pionu i nie potrafi przełknąć porażki, nie chce do tego podejść w sposób zdroworozsądkowy, po męsku.
Czy ewentualna kolejna przegrana Koalicji Obywatelskiej może oznaczać koniec tego politycznego projektu, jakim jest Platforma?
– Na pewno oznaczałoby to konieczność szybkiego wyciągnięcia wniosków, rozliczenia się, bo czasu jest niewiele, a w kalendarzu kolejne wybory do Parlamentu Europejskiego – wybory bardzo ważne, zważając na to, co dzieje się w Europie, oraz wybory samorządowe. Nie wykluczałbym, że konieczne będą zmiany, zresztą po wyborach zawsze jest czas na podsumowania, remanenty, wyciągnięcie wniosków itd., a w kolejnym etapie za dwa lata przed nami też wybory prezydenckie.
TVP Info ujawniło fragmenty nagrania, które mieli zarejestrować urzędnicy pracujący w NIK z udziałem prezesa Mariana Banasia i adwokata Marka Chmaja. Dotyczy ono paktu Banasia i Tuska, w którym to układzie ma się mieścić polityczna strategia i rola Konfederacji…
– Jeśli to jest prawda, jeśli te nagrania są prawdziwe…
Mecenas Marek Chmaj potwierdził, że taka rozmowa miała miejsce…
– To tylko potwierdza, że sama Platforma, która usta ma pełne frazesów, kolejny raz przykłada rękę do niszczenia demokracji w Polsce. O ile pamiętam, to nikt nigdy – nawet kiedy szefem NIK-u był Krzysztof Kwiatkowski, który był z Platformy, i daleko mu było do PiS-u – nie podważał wiarygodności, kompetencji i profesjonalizmu NIK-u. Natomiast prezes Marian Banaś, który nie powinien zajmować się polityką, zrobił wszystko, żeby tak się stało. Jednocześnie opozycja totalna przyłożyła do tego rękę, co widzimy chociażby na tym przykładzie. Po wszystkich kwestiach prawnych Mariana Banasia widzimy też dzisiaj, że może szukać azylu lub wręcz gwarancji nietykalności politycznej czy prawnej. Ma świadomość, że kadencja szefa NIK kiedyś się skończy, a jako samotny żagiel daleko może nie popłynąć, więc może potrzebować nowych protektorów.
A rola Konfederacji, jeśli chodzi o „taśmy Banasia”?
– Jak wiemy, syn Mariana Banasia znalazł się na listach Konfederacji w wyborach do Sejmu, a słynna już konferencja Mariana Banasia z jednym z liderów Konfederacji – Sławomirem Mentzenem – przejdzie do historii jako swoisty precedens. Nie znam takiego przypadku, aby którykolwiek urzędujący prezes NIK – najważniejszej instytucji kontrolnej w Polsce – na coś takiego się zgodził. To rzecz niesamowita i kolejny dowód na to, że prezes Banaś stracił kontakt z rzeczywistością i zamiast zajmować się pracą obiektywnego i konstytucyjnego, najbardziej profesjonalnego organu kontrolnego państwa, zajął się polityką. Jeśli zaś chodzi o dogadywanie się Konfederacji i Platformy, to wydaje się, że coś może być na rzeczy. Mówimy jednak o pogłoskach, o niedomówieniach. Poczekajmy na konkrety, na jednoznaczne dowody, jeśli taki pakt istnieje. Niewątpliwie, eksperci mówią o zbliżeniu Platformy i Konfederacji. Również z ostatnich wypowiedzi polityków PO wynika, że nigdy nie należy mówić nigdy...
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki