• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Nie pozwólmy, żeby sytuacja z Izraela powtórzyła się w Polsce

Środa, 11 października 2023 (20:30)

Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych,
prof. Społecznej Akademii Nauk, Romualdem Szeremietiewem
, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej

Co mogło stać u podstaw decyzji
o rezygnacji z zajmowanych stanowisk najważniejszych generałów w polskiej armii, Rajmunda Andrzejczaka i Tomasza Piotrowskiego, czym się mogli kierować?

– Podstaw takich decyzji może być bez liku.

Pana te decyzje o dymisji generałów zaskoczyły?

– Zaskoczyły to złe, niewłaściwe określenie. Natomiast widziałem, że już od dłuższego czasu narasta pewien konflikt między szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Rajmundem Andrzejczakiem, dowódcą operacyjnym Rodzajów Sił Zbrojnych gen. Tomaszem Piotrowskim, a ministrem obrony narodowej Mariuszem Błaszczakiem. Konflikt ten ujawnił się wyraźniej w momencie, kiedy wojskowi wskazywali na siebie palcem, kto zawinił, że jakaś rakieta z betonową głowicą przeleciała nad Bydgoszczą jakiś czas temu. Zdaje się, że wtedy szef MON obarczył odpowiedzialnością gen. Piotrowskiego, który według niego powinien ponieść odpowiedzialność, tyle że w tym momencie prezydent Andrzej Duda stanął po stronie generała. Wprawdzie sprawa z czasem ucichła, ale wiadomo było, że konflikt na linii dowództwo wojskowe – minister obrony – trwa.

Dlaczego to wszystko znalazło swój finał akurat teraz?   

– No właśnie. Trudno nie wiązać tego z trwająca kampanią wyborczą, także wojną toczącą się za naszą wschodnią granicą i tym, co ostatnio dzieje się w Izraelu. Są to zatem ważne okoliczności. Dlatego być może prezydent Duda doszedł do wniosku, że nie warto tego sporu ciągnąć dłużej i należy definitywnie go zakończyć. Proszę zwrócić uwagę, że reakcja prezydenta była bardzo szybka. Rezygnacje zostały przyjęte i natychmiast zostali powołani nowi dowódcy polskiej armii, szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego został mianowany gen. Wiesław Kukuła, a dowódcą operacyjnym Rodzajów Sił Zbrojnych gen. Maciej Klisz. Można więc podsumować, że nie ma kłopotu, który mógłby być, gdyby to wszystko trwało i tliło się dłużej. Trudno mi powiedzieć, ale być może ktoś doszedł do wniosku, że nie ma sensu przedłużać istniejącego konfliktu, który – nierozwiązany – może przybrać groźny wymiar dla naszego bezpieczeństwa. Stąd rozstrzygnięcie, które zapadło, i zdaje się, że jest już po kłopocie.

Jednak generałowie, zwłaszcza dowódcy wysokiego szczebla, jak gen. Rajmund Andrzejczak czy gen. Tomasz Piotrowski, chyba powinni przewidywać następstwa swoich decyzji?

– Owszem powinni, ale dodam, że nie wiemy, jakie były motywy działania panów generałów, czy podejmując decyzje o dymisji, nie daj Boże, nie działali w porozumieniu z kimś jeszcze, a jeżeli tak, to w porozumieniu z kim? Fakt, że sprawa została ujawniona na kilka dni przed terminem wyborów parlamentarnych, może sugerować, że polityka miała tu jednak jakieś znaczenie, ale niekoniecznie musi być takie tłumaczenie, bo powodów może być więcej. Myślę, że po jakimś czasie okaże się, jakie były fakty, kiedy emocje wygasną i różni ludzie zaczną mówić więcej. Wtedy będziemy analizować te przekazy i wyciągać stosowne wnioski. W tym momencie cieszę się, że już nie ma czym się przejmować. Oczywiście politycy opozycji mają jeszcze parę dni do ciszy wyborczej, będą grzać temat, ale na szczęście niedziela 15 października jest już tuż, tuż.

Czy rzeczywiście jest już po kłopocie?  

– Z pewnością nie jest, bo kłopot jest gdzie indziej, o czym osobiście mówię od bardzo dawna. Tym kłopotem jest system dowodzenia polską armią, siłami zbrojnymi, który został przyjęty jeszcze w czasach rządów koalicji PO – PSL, kiedy Donald Tusk z kolegami kierowali tymi sprawami. Zdaje się, że ten system dowodzenia w zarysie wymyślił ówczesny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego za prezydentury Bronisława Komorowskiego, gen. Stanisław Koziej, natomiast od strony wojskowej system ten rozpracowywał i wprowadzał w życie gen. Mirosław Różański, który jak już wprowadził ten projekt w życie, objął stanowisko dowódcy generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, przygotowując niejako to stanowisko dla siebie.

Jak ten system wygląda i dlaczego spotkał się z Pana krytyką, bo przypominam sobie, że od początku na systemie dowodzenia i kierowania Siłami Zbrojnymi RP autorstwa koalicji PO – PSL nie pozostawiał Pan suchej nitki?

– System ten wyglądał w ten sposób, że na szczeblu strategicznym – najwyższym w Siłach Zbrojnych – umiejscowiono trzech równych sobie dowódców. I tak szef Sztabu Generalnego, który dotąd był najwyższym dowódcą, w nowym rozdaniu nie był już tym dowódcą, tylko pomocnikiem ministra obrony do spraw kierowania Siłami Zbrojnymi. Oprócz tego pojawiło się dwóch dowódców na tym samym szczeblu, czyli równych szefowi Sztabu Generalnego, ale mu niepodporządkowanych – mianowicie dowódca generalny Sił Zbrojnych oraz dowódca operacyjny Sił Zbrojnych. Każdy z tych dowódców działał niezależnie od siebie, co powodowało, że na najwyższym szczeblu polskiej armii mieliśmy trzyosobowe dowództwo, którym zarządzał minister obrony – cywil, swoją drogą wówczas Bogdan Klich, nawiasem mówiąc, z wykształcenia lekarz psychiatra. Kiedy szczęśliwie doszło do zmiany władzy w Polsce, kiedy koalicja PO – PSL przeszła do historii, a władzę przejęło Prawo i Sprawiedliwość, to ówczesny szef resortu obrony min. Antoni Macierewicz stwierdził, że ten system kierowania i dowodzenia armią jest kiepski i zapowiedział jego zmianę, tyle że nie zdążył się rozprawić z tym tematem. Sprawa więc przeszła na min. Mariusza Błaszczaka, który po Macierewiczu przejął resort obrony. Owszem, wprowadził on pewne zmiany, a jedną z nich było to, że szef Sztabu Generalnego został ponownie najwyższym dowódcą, ale pozostali dwaj: dowódca generalny Sił Zbrojnych oraz dowódca operacyjny Sił Zbrojnych mu podlegali. Wciąż jednak te dwa ostatnie byty były w gruncie rzeczy niezależne.

Zatem reforma się dokonała, ale połowicznie?                       

– Dokładnie tak. Wtedy zresztą wskazywałem, że ta reforma jest, po pierwsze, niepełna, że ten system dowodzenia armią trzeba zorganizować inaczej, że należy pamiętać, iż na wypadek wojny musimy mieć sprawny system dowodzenia, a ten, który mamy – pokojowy, samoistnie nie przekształci się w sprawny system dowodzenia wojennego.

A zatem wciąż potrzebna jest odpowiednia ustawa reformująca system dowodzenia armią i zdaje się, że prezydent Andrzej Duda złożył w Sejmie swój projekt ustawy w tej sprawie…

– Owszem. Prezydent Duda skierował do Sejmu projekt ustawy o działaniach organów władzy państwowej na wypadek zewnętrznego zagrożenia bezpieczeństwa państwa, który zakłada m.in. wzmocnienie strategicznych zdolności państwa do przeciwdziałania zagrożeniom hybrydowym, podprogowym oraz bezpośredniej agresji zbrojnej. Projekt z tego, co wiem, bo bliżej go nie analizowałem, przewiduje zmiany zarówno w obszarze militarnym, jak i pozamilitarnym państwa polskiego. Zakładam więc, że system ten będzie odpowiadał za podniesienie zdolności kierowania polskimi Siłami Zbrojnymi. Natomiast nie wiem, czy ten projekt to był jakiś aspekt, który skłonił generałów Andrzejczaka i Piotrowskiego do tego, żeby się rozstać z mundurem… Tak czy inaczej trzeba powiedzieć, że jeśli chodzi o zaniedbania, jeśli chodzi o system dowodzenia naszymi Siłami Zbrojnymi, to są one duże, wręcz ciężkie, co więcej, takie zaniedbania zawsze się mszczą i widać, że zemściły się na parę dni przed terminem wyborów parlamentarnych.

Co próbuje skrzętnie wykorzystać opozycja
i Donald Tusk, którzy szukając chaosu, mówią o trzęsieniu ziemi w Wojsku Polskim, i chcąc stworzyć wrażenie destabilizacji państwa rozpowszechniali nawet fałszywą informację o dymisjach kolejnych 10 generałów?

– Jaka jest opozycja w Polsce, każdy trzeźwo myślący człowiek widzi. Nawet gdyby to, co mówił Tusk, okazało się prawdą, to znacznie bardziej niebezpieczna jest destrukcja, jaką w struktury państwa polskiego próbuje wprowadzać strona opozycyjna, usiłując przedstawić nieprawdziwy, fałszywy stan polskiej armii. To już nie jest polityka, ale perfidna, zmanipulowana gra przeciw Polsce i Polakom.
Ja natomiast zwracam uwagę na niebezpieczeństwo, ale ze zupełnie innego powodu – mianowicie mamy bardzo niebezpieczną sytuację w Izraelu. To jest bardzo znamienne i trzeba to brać pod uwagę. Otóż Izrael ma armię na przyzwoitym poziomie, bo gdyby tak nie było, to zważywszy na otoczenie arabskie, już dawno by tego państwa nie było. Co więcej, oprócz armii Izrael ma dobrze przeszkolone wojskowo społeczeństwo – tam nie ma żartów, jeśli chodzi o służbę wojskową, a pobór dotyczy zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Ponadto Izrael stworzył tzw. żelazną kopułę, która jest zdolna przechwytywać większość rakiet wystrzeliwanych w kierunku Izraela, pobudował też różne płoty i zapory na granicach z nieprzyjaznymi sąsiadami. Do tego istnieje przekonanie, że Izrael dysponuje jednymi z najlepszych na świecie służbami kontrwywiadowczymi. Tymczasem okazuje się, że jacyś przeciwnicy tego państwa na paralotniach czy na motocyklach rozwalają te zapory i dochodzi do rzeczy strasznych, bo wdzierający się w głąb państwa izraelskiego terroryści mordują w sposób okrutny Bogu ducha winnych ludzi, mordują również kobiety i dzieci.

Zatem jak to się stało, że tak dobrze przygotowany Izrael dał się tak zaskoczyć?        

– Panie redaktorze, tam od dłuższego czasu toczy się wojna, nazwijmy to, izraelsko-izraelska, mamy wewnętrzny głęboki kryzys, który wciąż narasta i jest czynnikiem destabilizującym. Izrael jest w permanentnym stanie wyborów, rządy są niestabilne, obecny premier Benjamin Netanjahu kurczowo trzyma się stołka rządowego,
a ulicami Izraela przechodzą ogromne manifestacje niezadowolonych ludzi. Można powiedzieć, że w Izraelu dzisiaj dzieje się to, co chciałaby uczynić w Polsce nie tylko totalna, ale fatalna opozycja. W moim przekonaniu, to sprawy wewnętrzne i kryzys, który trwa w Izraelu, musiały też dotknąć struktur odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa. To spowodowało, że Izrael ma dzisiaj to, co ma. Przechodząc na grunt Polski, proszę sobie przypomnieć sytuację, kiedy na naszej granicy czy w pobliżu granicy
z Białorusią pojawili się wagnerowcy, i zadać sobie pytanie, czy ta armia zbirów byłaby w stanie wykonać taką operację wobec Polski, jaką dzisiaj wykonują fundamentaliści, bojownicy palestyńskiego Hamasu wobec Izraela? Jak wówczas Polska reagowałaby, jak wyglądałaby dzisiaj, gdyby funkcjonariusze Straży Granicznej ulegli presji
i nabrali przekonania, że są śmieciami, jak ich nazywał Władek Frasyniuk, albo mordercami czy esesmanami, jak ich nazywali politycy opozycji czy celebryci sprzyjający fatalnej opozycji.

Jeśli do tego dołożylibyśmy konflikt między generałami, konflikt w fazie wysokiego zaognienia, to co mielibyśmy dzisiaj
u siebie?

– No właśnie. I to wszystko należy brać pod uwagę, bo to, co się dzisiaj dzieje w geopolityce zarówno za naszą wschodnią granicą, jak i w ogarniętymi konfliktem Izraelu, to naprawdę nie są przelewki. Tym bardziej ważna jest kwestia bezpieczeństwa narodowego, kwestia naszej odpowiedzialności, nie tylko rządzących państwem, ale również nas, obywateli, także polityków opozycji, którzy nie powinni wykorzystywać sytuacji, działając, podważając zaufanie do organów państwa i de facto występując przeciwko bezpieczeństwu naszej Ojczyzny. Dlatego w mediach społecznościowych ogłosiłem apel, który teraz powtarzam, aby w niedzielę ważyć swój głos i zdając sobie sprawę z realnych zagrożeń, postawić na Zjednoczoną Prawicę, bo opozycja, jaką dzisiaj mamy, jest totalna i fatalna pod każdym względem. I jeśli, nie daj Bóg, doszłaby do władzy, to musimy się liczyć z tym, że u nas możemy mieć sytuację podobną do tej, która dzisiaj panuje w Izraelu.

                Dziękuję za rozmowę.  

 

Mariusz Kamieniecki