• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Zaimpregnowani na argumenty i fakty

Środa, 20 września 2023 (09:05)

Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem, profesorem Społecznej Akademii Nauk, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej

Z rządowego dokumentu, którego treść ujawnił minister Mariusz Błaszczak, wynika, że za rządów Donalda Tuska w przypadku agresji ze Wschodu Polska miała być broniona dopiero na linii Wisły. Przypominają się słowa z restauracji
u „Sowy” z 2014 roku, gdzie jeden z liderów Platformy, ówczesny minister skarbu Włodzimierz Karpiński, w niewybrednych słowach mówił o Polsce Wschodniej.
W świetle materiałów ujawnionych przez Błaszczaka kontekst tej wypowiedzi rysuje się chyba jednoznacznie?

– Jest dużo wcześniejszych potwierdzeń, które mówią,
że taka była koncepcja obrony Polski za rządów koalicji
PO – PSL. Co prawda mieszkam po zachodniej stronie Wisły, ale ci, którzy mieszkają po stronie wschodniej,
w przypadku rosyjskiej agresji na Polskę mieliby – mówiąc językiem młodzieżowym – przechlapane. Oczywiście gdyby Polską nadal rządziła Platforma.

Jak skomentuje Pan plany „obrony” ekipy Tuska?

– Przede wszystkim to nie są żadne plany, ale to jest obraz nędzy i rozpaczy. Sytuacja jest następująca: jak duże jest państwo polskie, wie każdy, kto widział obraz na mapie, jaką długość ma granica Polski zagrożona ewentualną rosyjską agresją, każdy, kto potrafi liczyć, też ma rozeznanie. Powstaje pytanie: jak bronić tej granicy oraz naszego terytorium i co otrzymali wojskowi od tych, którzy zaplanowali taki plan obrony? Tak naprawdę otrzymali od polityków bardzo marne narzędzia. W związku z tym nie dziwię się za bardzo, że wybrali wariant obrony Polski za linią Wisły – z nadzieją, że otrzymamy wsparcie ze strony Sojuszu Północnoatlantyckiego i w kolejnych krokach będziemy odbijać obszary zajęte przez agresora. Zważając na instrumenty, w jakie wojskowych wyposażyli ówcześni politycy, innej możliwości nie było. Jest jednak pewne,
że takie wnioski wyciągnęli ówcześni wojskowi dowodzący polską armią, nie oznacza to jednak, że to oni odpowiadają za tę koncepcję.

A kto za to odpowiada?

– Politycy ówcześnie rządzący Polską, którzy sprawili,
że wojskowi nie mieli dostatecznych instrumentów, aby móc prowadzić skuteczną obronę państwa polskiego. Politycy, którzy taki pasztet zafundowali wojskowym, są dobrze znani. Są to ci, którzy kierowali resortem obrony, poczynając od zwierzchnika sił zbrojnych prezydenta Bronisława Komorowskiego, poprzez ministrów Bogdana Klicha i Tomasza Siemoniaka. O pomniejszych także
z koalicyjnego PSL, którzy byli wiceministrami, już
nie wspomnę. Można zatem rzec, że jest wspólna odpowiedzialność tych dwóch formacji, jeśli chodzi
o stan polskiej armii, i to oni za ten stan odpowiadają. Teraz, kiedy sprawa ujrzała światło dzienne, kiedy została przypomniana, udają zdziwienie, co więcej – krzyczą, jakie to straszliwe tajemnice ujawnił minister Mariusz Błaszczak. Taka retoryka opozycji jest oczywiście niedorzeczna.

Jeśli słyszymy, że większa czy też spora część Polski miała być skazana na okupację rosyjską, to brzmi to katastrofalnie?

– Zgadza się. Przypomnę, że te sprawy były znane już wcześniej. Kiedy się pojawiły, kiedy powstała dyskusja,
jak silną mamy armię i jak długo będziemy się bronić
w przypadku ewentualnej agresji, to zapytany przez
media powiedziałem, że przed II wojną światową Polska dysponowała 30 dywizjami i broniła się 30 dni, a teraz
(w tym czasie, o którym mówimy) Polska ma 3 dywizje, więc będzie się bronić trzy dni. Okazuje się, że to nie były słowa wyssane z palca, ale że to była prawda. Otóż emerytowany generał broni Waldemar Skrzypczak,
który był wówczas dowódcą Wojsk Lądowych, dzisiaj po informacji ministra Błaszczaka pomstuje, że jakaś tajemnica została ujawniona, i mówi, że upublicznienie takiego dokumentu może podważać zaufanie naszych sojuszników do Polski. Tylko że ten sam generał w 2014 roku powiedział, że jeśli zostaniemy zaatakowani, to nie dłużej jak trzy dni się utrzymamy i że w ogóle nie mamy żadnego systemu dowodzenia na wypadek wojny, że nie mamy armii, która byłaby w stanie nas obronić. Jeśli więc nie będzie pomocy sojuszniczej, to będzie katastrofa.
To, że taki jest stan polskiej armii w 2014 roku, mówił
generał Skrzypczak, jak wspomniałem, były dowódca Wojsk Lądowych i wiceminister obrony narodowej.
Co więcej – słowa o stanie polskiej armii wypowiedział
w momencie, kiedy pojawiło się zagrożenie ze strony Rosji. Rodzi się zatem pytanie: czy wtedy było to ujawnienie tajemnicy, czy nie było? Teraz zaś, kiedy sytuacja jest zupełnie inna, inne są plany obronne, mówi, że tajemnicę
o stanie armii i zamiarach obronnych w 2014 roku ujawnia minister Błaszczak. Jest to oczywiście nieprawda, a jeśli już, to tę tajemnicę wtedy ujawnił nie kto inny jak generał Skrzypczak.   

Dlaczego w tamtym czasie, za rządów koalicji PO – PSL, przyjęto tak nierozsądną, żeby nie powiedzieć – głupią i szkodliwą
dla Polski strategię, z czego to wynikało?

– Dlatego że nie przewidywano żadnej wojny, a jedynym zadaniem, jakie będą wykonywać nasze siły zbrojne, to udział w tzw. misjach pokojowych poza granicami Polski. Do tego nie potrzeba było jakiejś wielkiej armii, poboru
do wojska, który – nawiasem mówiąc – zawieszono. Zasadnicza służba wojskowa w 2008 roku przestała być obowiązkowa, przestaliśmy też szkolić rezerwy, które były przecież niezbędne na wypadek mobilizacji, na potrzeby armii, którą trzeba powołać, jak jest wojna. Uważano bowiem, że wystarczy stutysięczna armia zawodowych żołnierzy – armia czynna plus 20 tysięcy żołnierzy kontraktowych Narodowych Sił Rezerwowych. Tylko że
za rządów Platformy nigdy nie zbliżono się nawet do wyznaczonego pułapu 100 tysięcy żołnierzy, a było to zaledwie nieco ponad 90 tysięcy. Co więcej – jeden
z doradców, którego nazwiska nie wymienię, żeby go całkowicie nie kompromitować, mówił, że w zupełności wystarczy nam armia licząca 50 tysięcy żołnierzy, bo na więcej Polski nie stać. Słysząc to, skomentowałem wówczas jednoznacznie, że jest to projekt budowania armii, która zmieści się na jednym stadionie piłkarskim.

Panie Ministrze, czy taka postawa ówczesnych władz de facto nie była zgodą na likwidację państwa polskiego w obecnych granicach?

– Przede wszystkim był to przejaw głupoty ówczesnych władz i braku wyobraźni, co może się wydarzyć
w przyszłości. Założono po prostu, że wojny nie będzie. Zresztą przejawiało się to w oficjalnych dokumentach,
w strategii obronności państwa. Głosili to także różni oficjele, mianowicie że Europa jest stabilnym kontynentem, że w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi nam konflikt wojenny. Natomiast jeśli już są jakieś zagrożenia, to pojawiają się one daleko od nas, np. międzynarodowy terroryzm, dlatego Polsce wystarczy garstka żołnierzy, jednostki specjalne, które będzie można wysłać, aby zwalczać terroryzm. W jednej ze strategii pojawił się
nawet zapis, że wojsko polskie będzie walczyć z kategorią żołnierzy dzieci głównie w Afryce, gdzie bandyckie formacje porywają dzieci, szkolą je, wychowując armię bardzo okrutnych morderców. Na marginesie nawet Organizacja Narodów Zjednoczonych zajmowała się tym problemem. Natomiast u nas w oficjalnym dokumencie pojawił się zapis, że Wojsko Polskie, jak zajdzie potrzeba, będzie walczyć właśnie z armią dzieci. Niebywałe rzeczy, ale na tym, jak widać, skupiali się ówcześnie rządzący Polską.

Do czego doprowadziłaby nas polityka resetu Tuska: likwidacja jednostek wojskowych, likwidacja posterunków policji?

– Do kompletnej katastrofy, a w konsekwencji najprawdopodobniej do likwidacji państwa polskiego. Natomiast w wersji łagodniejszej do tego, że częścią
Polski zarządzałaby Rosja, a częścią Niemcy, oczywiście
w ramach funkcjonowania wspólnoty od Władywostoku
do Lizbony, co – zdaje się – jako program na przyszłość
w pewnym momencie ogłosił Władimir Władimirowicz Putin, a co bez protestu przyjmowali Niemcy, uznając,
że jest to świetne rozwiązanie. Niestety, w tym mieścił się także Tusk i jego kamanda. Ta ekipa nawet wyprzedzała życzenia niemieckie, jeżeli chodzi o współpracę z Moskwą. Potwierdził to zresztą sam Radosław Sikorski, który wyjawił, że jeśli chodzi o reset z Rosją, to nie ekipa Baracka Obamy, ale Polska jako pierwsza zaczęła. Skoro takie było podejście, to nic dziwnego, że polska armia
i nasze bezpieczeństwo za rządów Platformy wyglądało
tak jak wyglądało i może wyglądać podobnie, jeśli Donald Tusk z akolitami ponownie doszliby do władzy.

No właśnie, czy tacy politycy, którzy podkładali bombę pod fundamenty państwa polskiego, nie powinni zostać trwale wyeliminowani z polskiej polityki?

– Oczywiście, że tak, tylko kto to zrobi?

Jak to kto, polskie społeczeństwo
przy urnach wyborczych.

– To bardzo pozytywna wizja. Niestety, spora część polskiego społeczeństwa jest w sidłach kłamstw polityków opozycji i sprzyjających im mediów. Niedawno miałem rozmowę podczas spotkania, gdzie pewna starsza pani, która informacje czerpie za pośrednictwem stacji, co to mówi całą prawdę całą dobę, stwierdziła, że winne wszystkiemu jest złodziejskie PiS, które – jak powiedziała – nasprowadzało imigrantów ze świata,
więc nie wolno na nich głosować, że trzeba ich koniecznie pogonić. Kiedy się tym kłamstwom sprzeciwiłem
i próbowałem tłumaczyć, że wprost przeciwnie – trzeba głosować na Zjednoczoną Prawicę, to znaleźliśmy się na krawędzi awantury i trzeba było łagodzić nastroje, bo pani ta była nastawiona bardzo bojowo. Podaję ten przykład, żeby pokazać, że linia podziałów w Polsce istnieje i duża część społeczeństwa myśli, że trzeba tak robić, jak mówi Tusk i jego polityczna spółka. W przychodni, gdzie byłem
z żoną, usłyszeliśmy z ust jednej z pacjentek, że Polską rządzi Hitler. Kiedy żona dopytywała, a któż to jest ten Hitler, w odpowiedzi usłyszała: jak to, pani nie wie, nie ogląda pani telewizji? To pokazuje, że pewne stacje pokazują alternatywną rzeczywistość, a ludzie, którzy
w to wchodzą w sposób bezkrytyczny, żyją w informacyjnej bańce. To najlepiej pokazuje, że w polskim Narodzie istnieje podział, że sporo ludzi jednak ulega propagandzie totalnej opozycji wspartej bełkotem elit europejskich, że jedni i drudzy mydlą ludziom oczy.

Warto zatem sięgać po sprawdzone wiadomości i wysilić się odrobinę, żeby weryfikować fakty?         

– Niestety, ludzie bywają leniwi, złośliwi i nie chcą sięgać głębiej, a jeśli się im mówi, żeby szukali sprawdzonych informacji, to z góry to odrzucają, bo uważają za słuszną tylko jedną stację, a resztę nazywają dętą propagandą. Weźmy chociażby dokumentalny cykl w Telewizji Polskiej „Reset”, którego część ludzi nie chce oglądać, z góry zakładając, że to pisowska propaganda. Jak zatem
z wiadomościami dotrzeć do ludzi, którzy są świetnie zaimpregnowani na tego typu argumenty, na fakty. Są ludzie, którzy wolą siedzieć w medialnej bani, czerpiąc wiedzę z tzw. komercyjnej telewizji, którzy dostępu
do innych informacji nie uznają, którzy dają sobą manipulować, którzy między sobą wymieniają te same opinie, myśląc, że na Wiertniczej jest cała prawda całą dobę.

Jeśli ktoś szuka prawdy, to na pewno postara się, aby do niej dotrzeć?     

– Ma pan redaktor rację, ale żeby dotrzeć do prawdy, trzeba mieć dobrą wolę i używać rozumu. Niestety, nie jest tak, że wszyscy ludzie są otwarci, i kiedy pojawiają się argumenty, to posługując się własnym rozumem, potrafią to rzetelnie ocenić i przyjąć bądź odrzucić w oparciu
o fakty. Wielu jest jednak takich, którzy są oporni na wiedzę, na fakty i wolą żyć w bańce. Do tych argumenty nie docierają i nie dotrą, bo dowody nie mają dla nich żadnego znaczenia. Problem jest w tym, żeby nas była większość, a nie ich, i na tym się skupmy.

               Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki