Można wygrać wybory i nie rządzić…
Wtorek, 5 września 2023 (20:52)Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem
Roman Giertych, który ma status podejrzanego w prowadzonym przez prokuraturę regionową śledztwie, umieszczony na liście Koalicji Obywatelskiej może przynieść jakąś korzyść Donaldowi Tuskowi, czy to tylko próba zrobienia na złość prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu?
– Myślę, że tym gestem Donald Tusk tak naprawdę zrobił na złość swojemu elektoratowi, a tym samym pokazał, że rządzi samodzielnie, twardą ręką, a pomysł z Romanem Giertychem jest jego autorskim projektem. Zdaje się, że wszyscy jego polityczni partnerzy, cały sztab są w szoku, ale chcąc nie chcąc muszą przełknąć tę żabę, podobnie jak musieli przytaknąć umieszczeniu na liście Michała Kołodziejczaka i robić dobrą minę do złej gry. To może jednak pociągnąć za sobą określone konsekwencje. Mianowicie – elektorat lewicowy Platformy, zniesmaczony tym wszystkim, może przesunąć się w kierunku Lewicy.
Wracając do Romana Giertycha, czy da się prowadzić kampanię wyborczą, nie będąc w Polsce?
– Rzeczywiście, zastanawiające jest, jak Roman Giertych chce prowadzić kampanię z Włoch. To chyba pierwszy taki przypadek. Kampania to koszt, co oznacza, że trzeba operować środkami finansowymi z konta, dlatego być może uczyni kogoś swoim pełnomocnikiem, który będzie dokonywał z jego konta w Polsce płatności na fundusz wyborczy. To jest oczywiście możliwie, bo Giertych ma przecież rodzinę, natomiast jest pytanie, co tym startem chce on sam osiągnąć?
Immunitet…?
– Immunitet w sytuacji, w jakiej znajduje się Giertych, oczywiście by się przydał, i co do tego nie ma wątpliwości. Pamiętajmy jednak, że Giertych chciał bardzo startować w wyborach do parlamentu, ale nikt nie chciał go widzieć na swoich listach. Myślę, że przelicytował swoją pozycję w opozycji totalnej i miał okazję zobaczyć, przekonać się, jak naprawdę jest odbierany przez swoich, jak się okazuje, pseudosojuszników. Kiedy przyszło co do czego, to okazało się, że obrońca Donalda Tuska i wielu innych polityków Platformy nie jest mile widziany na liście i nikt nie chce się do niego przyznawać. Zatem został sierotą polityczną.
Coś jednak zdecydowało o tym, że Donald Tusk umieścił Giertycha na liście. W komentarzach politycznych pojawia się opinia, że Tusk tym samym może spłacać dług wobec mecenasa swojego i swojej rodziny…
– No właśnie, czy to jest spłata długu, czy może próba rozegrania spraw w kontekście prezesa Jarosława Kaczyńskiego przez Donalda Tuska, i oczywiście Romana Giertycha. Tylko że Roman Giertych i prezes Jarosław Kaczyński to dwie różne ligi. Używając języka sportowego, z boisk piłkarskich, nie można porównywać okręgówki z ekstraklasą.
Trzecia Droga też wykonuje dość niespodziewany krok i na ostatnim miejscu swojej listy w Warszawie jako kandydata do Sejmu umieszcza Ryszarda Petru, który chce walczyć ze Sławomirem Mentzenem…
– Przyznam, że pierwszy raz widzę kampanię wyborczą, gdzie jest tak duże zamieszanie na listach, gdzie są tak duże rotacje. Dawno nie widziałem takiego rozgardiaszu, takiej dynamiki, gdzie byli posłowie, uznane osobowości nie znajdują miejsca na listach, za to pojawiają się rozmaite dziwne twarze, jak Klaudia Jachira, Michał Kołodziejczak, a znani posłowie, zasłużeni działacze dla danej formacji nie zyskują uznania partyjnych kierownictw. Joanna Fabisiak, warszawska poseł Platformy – poseł z zasadami, przeciwniczka aborcji, nie znalazła się na liście wyborczej Koalicji Obywatelskiej. Miała startować jako kandydat Trzeciej Drogi, ale też nie ma jej na listach. Widać, ktoś postawił na swoim i nie pozwolił na jej start w wyborach. I takich przypadków jest bardzo dużo.
Za to na liście Trzeciej Drogi znalazł się Ryszard Petru. Czy może pomóc Kosiniakowi-Kamyszowi i Hołowni w przekroczeniu ośmioprocentowego progu wyborczego?
– Trudno powiedzieć, natomiast z pewnością możemy się spodziewać nowych tworów i wpadek językowych w wypowiedziach Ryszarda Petru, z czego jest znany.
Tak czy inaczej ten ośmioprocentowy próg może być problemem dla Trzeciej Drogi?
– Moim zdaniem na dzisiaj liderzy i politycy PSL-u oraz Polski 2050 robią wszystko, żeby nie wejść do Sejmu. Podobnie jak Zjednoczona Prawica, wbrew pozorom, robi wszystko, żeby nie wygrać nadchodzących wyborów. Również totalna opozycja robi wszystko, żeby przegrać te wybory. Mamy więc ciekawą sytuację i wszystko może zakończyć się politycznym patem. Mianowicie – wybory parlamentarne się odbędą, będziemy po głosowaniu, a tak naprawdę nie będzie finalnego rozwiązania.
Jeśli Trzeciej Drodze nie uda się przekroczyć progu wyborczego, to będziemy mieć powtórkę z 2015 roku, kiedy Lewica startująca w koalicji znalazła się poza Sejmem, co z kolei pozwoliło PiS-owi uzyskać samodzielną większość?
– Na dzisiaj ten scenariusz jest jak najbardziej realny. Pytanie tylko, jaka będzie frekwencja, czy i w jakim stopniu partiom uda się zmobilizować elektorat i jak zagłosują niezdecydowani. Ciągle powtarzam, że można wygrać wybory i nie rządzić. Trzeba zbudować koalicję, a języczkiem uwagi może być Konfederacja. Bez Konfederacji nie powstanie przyszły rząd. Jest tylko pytanie, który rząd i kto z kim?
To będzie też zależało od tego, komu prezydent powierzy sformowanie rządu?
– Na pewno zwycięzca jako pierwszy otrzyma propozycję sformowania rządu i będzie miał swój czas na zbudowanie rządu, ale żeby przyjąć program i przegłosować, to potrzeba 230 głosów posłów plus jeden. I tu dochodzimy do sedna sprawy.
Z sondaży wynika, że największy klub w przyszłym parlamencie może mieć Zjednoczona Prawica, ale nie daje to samodzielnych rządów…
– No właśnie. Uważam, że Zjednoczona Prawica na dzisiaj zachowuje się bardzo zachowawczo, powiedziałbym nawet, że zbyt zachowawczo, jeśli chodzi o budowanie swoich list. W mojej ocenie to nie są listy na trzecią z rzędu kadencję, ale to mi przypomina budowanie list na utrzymanie status quo, a więc działanie z myślą, żeby przede wszystkim nie stracić. To jednak za mało, żeby rządzić. Jeśli ma się ambicję rządzenia Polską na trzecią kadencję, co do tej pory żadnemu ugrupowaniu w Polsce się nie udało, to trzeba mieć odwagę podejmować bardziej zdecydowane i odważne decyzje. Wszystko po to, żeby sięgnąć głębiej poza elektorat i zdobyć dodatkowe głosy. Żeby osiągnąć sukces i wziąć całą pulę, to trzeba walczyć nie tylko o plan minimum, a więc utrzymanie dotychczasowego stanu posiadania, tylko walczyć ambitnie i stawiać na siłę list i iść szeroką falą, a nie dbać jedynie o gwarancje miękkiego lądowania dla wybranych posłów. Dzisiaj, niestety, tak to wygląda.
Tyle tylko, że listy są już gotowe, zamknięte, a zatem zmian już nie będzie?
– Zgadza się, ale jeśli Prawo i Sprawiedliwość ma swoich sojuszników – mam na myśli koalicjantów – to powinno być bardziej otwarte na nazwiska z tych właśnie środowisk. Zapomina się chyba, że tego tortu nikt sam nie zje, dlatego należy działać zespołowo. Natomiast jeśli koalicjantom, sojusznikom daje się tylko minimum – i nie mówię tylko o jedynkach, ale w ogóle o miejscach na listach – to znaczy, że nie podejmuje się rękawicy i działań o zwycięstwo. I to może się okazać za mało. Żeby rządzić, trzeba mieć większość, stąd w tym momencie wszystkie ręce na pokład i wszystkie najsilniejsze atuty poszczególnych formacji wchodzących w skład Zjednoczonej Prawicy powinny się znaleźć na listach, a nie poza układem, bo ktoś się obraził, bo ktoś znajdujący na liście może się czuć zagrożony, że inny go wyprzedzi. To jest gra zespołowa i liczy się wynik całej formacji. Jeśli ktoś liczy tylko na tzw. miejsce biorące, to znaczy, że nie czuje się na siłach, bo tak naprawdę wszystkie miejsca na liście są biorące i to wyborcy decydują, a nie widzimisię danego lidera listy. To już wychodziło wielokrotnie, że z bardzo odległych miejsc kandydaci zostawali posłami, i to jest nauka, której widać wielu posłów ze stażem się boi. Jeżeli ktoś ciężko pracował przez cztery lata kadencji, to nie ma się czego obawiać. Jeśli ktoś nie pracował ciężko, to nic dziwnego, że się obawia i chce zająć jak najwyższe miejsce na liście.
Tylko że to jest problem nie tylko PiS-u, ale wszystkich formacji…
– Zgadza się. „Starzy” posłowie przyjmują zasadę, że mają być na jedynkach na liście. Mamy 41 okręgów, a 41 posłów to za mało, żeby rządzić, dlatego trzeba budować silne listy. W przypadku Zjednoczonej Prawicy mamy Republikanów, Suwerenną Polskę i kilka pomniejszych środowisk, ale osoby, które mogłyby pociągnąć listę, być tą wartością dodaną, nie zawsze się na nich znajdują, bo mogą być zagrożeniem dla „starych” posłów. Co więcej, jak spojrzeć na listy, to widać, że w wielu okręgach na listach są nazwiska kandydatów z zewnątrz, podczas gdy Koalicja Obywatelska wypełniła listy politykami, działaczami lokalnymi. Rodzi się zatem pytanie, czy osiem lat rządzenia to za mało, żeby wypromować lokalnych liderów, ludzi znających problemy swoich okręgów, środowisk. Zobaczymy, jaki będzie wynik tych wyborów. Obawiam się, że Zjednoczona Prawica może nie osiągnąć pułapu, który pozwoliłby jej na samodzielne rządzenie krajem, dlatego przy takim podejściu, o którym wspomniałem, może nas czekać na wiosnę przyszłego roku kumulacja, czyli wszystkie możliwe wybory: przyspieszone parlamentarne, samorządowe i do Parlamentu Europejskiego, z wyjątkiem wyborów prezydenckich.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki