Wolność i demokracja według Tuska
Czwartek, 31 sierpnia 2023 (16:14)Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem
Wystąpieniem, żeby nie powiedzieć, występem Donalda Tuska zakończyła się tegoroczna edycja Campusu Polska Przyszłości. Podobno wydarzenie apolityczne?
– Apolityczna tylko w teorii i przekazie organizatorów.
W Campusie w ogromnej mierze uczestniczy młodzież
– pokolenie 500 Plus, tymczasem Donaldowi Tuskowi
i Rafałowi Trzaskowskiemu nie przeszkadza to mówić
o wiarygodności, o dotrzymywaniu słowa, obietnic,
o wartościach – do pokolenia, które, rzec można, wychowało się na środkach z programu 500 Plus. To są dzisiaj studenci, to jest młodzież licealna – pokolenie, które być może m.in. dzięki wsparciu w postaci 500 Plus, wprowadzonemu osiem lat temu przez „zły” PiS, rodzice mogli wykształcić na poziomie szkoły podstawowej czy liceum. I ci młodzi ludzie obecni na Campusie w Olsztynie za Tuskiem i Trzaskowskim krzyczą: „zły PiS”. Co więcej, niesamowitą rzeczą jest to, że do młodzieży o wiarygodności mówi człowiek, za rządów którego ich starsi koledzy nie mogli o niczym pomarzyć – ani o darmowych podręcznikach, ani o wyprawkach szkolnych, ani o wsparciu rodziców w ich wychowaniu. To przykre, że właśnie pokolenie 500 Plus biernie patrzy, jak Tusk, mówiąc o wiarygodności, wciska im kit. Dziw bierze, że nikt z obecnych tam nie wstał i nie zapytał, czy nie pamiętają tego, o czym powiedziałem. Natomiast oni woleli mówić za Tuskiem o rozdawnictwie PiS, o marnotrawstwie. Zastanawiam się, czy ktoś z rodziców obecnej tam młodzieży, niepopierający PiS-u, honorowo nie przyjmował świadczenia 500 Plus?
Podczas wystąpienia Tuska często przewijały się słowa „godność” czy wspomniana przez Pana „wiarygodność”.
W ustach Tuska brzmi to co najmniej dziwnie…
– Dokładnie tak. Takie słowa, jak „wiarygodność”, „godność”, ”dotrzymywanie słowa”, które Tusk często powtarzał, to są określenia, z którymi ma on największy problem. Przez chwilę starał się nie używać nazwy Prawo i Sprawiedliwość, którym – jak wiemy – szasta podczas spotkań z wyborcami. Nie używał też słów „kampania”, „wybory”, ale tylko przez chwilę, bo długo nie wytrzymał. Mówił o konkurencji, która prowadzi politykę prorosyjską,
a siebie i swoją formację stawiał w szeregu tych, którzy są prozachodni. Co więcej, działania PiS-u porównywał do wschodniego zamordyzmu, wskazywał, że jego ugrupowanie jest prodemokratyczne, a PiS jest antydemokratyczne. Tusk zachowywał się tak, jakby już dzisiaj był premierem, mówiąc, że w pierwszych stu dniach zrobi to i to, co wyglądało niczym exposé.
Jak rozumieć, że polityk formacji liberalnej bierze na pokład Romana Giertycha?
– Tusk zachowuje się niczym pan i władca i manewr
z Giertychem jest chyba jego autorskim pomysłem.
Wydaje się, że Rafał Trzaskowski i Donald Tusk chcieli, żeby to spotkanie nie miało cech kampanii wyborczej. Czy to się udało?
– Absolutnie nie. Celowo wcześniej wspomniałem o tym, że przez pierwsze 15-20 minut Tusk usiłował stworzyć wrażenie, że nie jest to spotkanie kampanijne, ale czar szybko prysnął i szydło wyszło z worka, bo dalej mieliśmy – jak to mówi młodzież – jazdę bez trzymanki i bez kamuflażu: była krytyka PiS-u, mediów publicznych. Co ciekawe, Tusk, wchodząc w rolę przyszłego premiera, zapewniał, że nie będzie członków PiS zwalniał, że nie będzie dzielił Polaków na tych, którzy głosują na niego, i tych, co oddają głosy na PiS. To niedorzeczne, że w sytuacji, kiedy wybory są tajne, on gwarantuje wyborcom PiS-u nietykalność. Muszę powiedzieć, że brzmiało to bardzo dziwnie. Tak czy inaczej Donald Tusk podczas spotkania z młodzieżą na Campusie w Olsztynie zrobił jeden wielki wiec wyborczy, coś w rodzaju prania mózgu dla ludzi młodych – w mojej ocenie łamiąc podstawowe kanony prawa wyborczego.
Tym, który firmuje Campus Polska, jest Rafał Trzaskowski. Tymczasem Warszawa kolejny raz zalana, a prezydent miasta stołecznego bryluje na Campusie i widać, że niespecjalnie interesowało go to, że wiele ulic było w wodzie, ważniejsze było uprawianie polityki razem z Tuskiem…
– Bez wątpienia Warszawie brakuje gospodarza i to jest wiedza powszechna od dawna. Betonoza stworzona przez Hannę Gronkiewicz-Waltz i rozszerzana przez Rafała Trzaskowskiego kolejny raz potwierdza, że to zły pomysł, a urzędujący prezydent bryluje w Olsztynie, w komercyjnych stacjach. Zastanawiam się, co w tym momencie czują warszawiacy, kiedy zalane ulice są nieprzejezdne, czy mogą powiedzieć, że mają gospodarza… No nie! Przyznam, że gdybym był warszawiakiem, to byłbym wściekły.
Nie jestem pewien, czy warszawiakom to przeszkadza, skoro widząc bezczynność swego prezydenta, i tak go popierają, i jak pokazują wyniki kolejnych wyborów,
w większości głosują przeciwko PiS-owi?
– To prawda. Tylko, że Trzaskowski, który mówi o zmianach klimatu forsując politykę klimatyczną Unii Europejskiej, a w Warszawie tak naprawdę wprowadza betonozę, zieleń znika przeczy temu wszystkiemu. Jest to kontynuacja jego poprzedniczki. Oboje pogrążyli miasto i dzisiaj Warszawa podczas większych opadów deszczu dosłownie tonie i nie da się tego zwalić na zmieniający się klimat. Co więcej gospodarz, który powinien być w takich sytuacjach na posterunku jest po za Warszawą, na Campusie w Olsztynie.
Rafał Trzaskowski twierdzi, że będąc na Campusie Polska, cały czas monitoruje sytuację w Warszawie.
– Opowiada bzdury, bo tak naprawdę zdradził, zawiódł warszawiaków – zresztą nie pierwszy raz. Nie był tam, gdzie powinien być. Myślę, że nie dorósł do tego, żeby być prezydentem stolicy europejskiego miasta. Raz za razem nie zdaje egzaminu, co więcej, pokazuje, jak bardzo się męczy na fotelu prezydenta Warszawy, jak bardzo mu ta funkcja uwiera. Jednak najbardziej przykre i de facto zatrważające jest to, że Warszawa nie ma gospodarza. Stefan Starzyński, który był prezydentem Warszawy, był jednym z najbardziej aktywnych obrońców stolicy Polski podczas kampanii wrześniowej, podnosząc morale mieszkańców Warszawy oraz zagrzewając ich do walki. To dzięki niemu – jego słynnym przemówieniom radiowym do mieszkańców – Warszawa długo się broniła. Natomiast dzisiaj Warszawa jest bez włodarza, Warszawa jest samotna, opuszczona, co więcej, jest na kursie mocno ideologicznym.
Temat, który często pojawia się podczas wystąpień Tuska, który był także obecny podczas spotkania z młodzieżą w Olsztynie, to „pilnowanie wyborów”. Czemu ma służyć tworzenie aury, że PiS może sfałszować wybory, i czy racji nie ma prezydent Andrzej Duda, który w jednym ze swoich wywiadów powiedział, że jeśli trzeba pilnować wyborów, to przed opozycją?
– To jest motyw wyborczy w przekazie Tuska. Co więcej, także w Olsztynie słychać było z jego ust, że „nasza armia” przypilnuje wyborów. Tusk zachowuje się tak, jakby zadania komisji wyborczych, mężów zaufania itd. odkryto dzięki niemu w 2023 roku. Z tego, co mówi, wynikałoby, że wszystkie poprzednie wybory po 1989 roku były naznaczone jakimś kombinatorstwem, a tylko teraz, gdy on i Platforma wezmą się za pilnowanie, to ma być przejrzyście. To coś niesamowitego, to nic innego jak mącenie ludziom w głowach, jakby od patentu Tuska i Nitrasa zależał porządek podczas wyborów. Przecież tego nikt nigdy nie ograniczał, cały czas taka możliwość kontroli była, jest i będzie, i to bez Tuska i Nitrasa.
Czemu ma to służyć?
– To jest trik Platformy i zakładanie z góry, że jeśli opozycja totalna przegra wybory, to znaczy, że zostały one sfałszowane. Nie można zatem wykluczać, że możemy być świadkami czegoś w rodzaju prowokacji, że pilnowaliśmy, ale PiS było bardziej przebiegłe. Obawiam się także, co ta grupa od „pilnowania” wyborów pod przewodnictwem Nitrasa może wymyślić. Aż dziw bierze, że to właśnie Sławomira Nitrasa Donald Tusk postawił na czele inicjatywy czy akcji „Obywatelskiej Kontroli Wyborów”. Osobiście jako poseł na Sejm RP miałem możliwość obserwowania, jak Nitras na sali sejmowej kontrolował cudze torby. Zresztą wszyscy mogli i mogą to zobaczyć, bo jest nagranie, po które można sięgnąć. Jeśli tak ma wyglądać „kontrola” wyborów, to jak dziękuję bardzo. Ktoś, kto zaglądał do cudzych toreb oraz prywatnych dokumentów, rzeczy posłów, ma być dzisiaj sprawiedliwym mężem zaufania, to jest dla Tuska autorytet, ideał. Z drugiej strony, po co Tusk ma się wysilać, skoro duża część wyborców Platformy jest wrogo nastawiona do PiS-u i wszystko, co on powie, bezrefleksyjnie chłonie jak gąbka.
Na liście Platformy znalazł się Roman Giertych, który deklarował się jako obrońca życia ludzkiego, tymczasem Donald Tusk zażądał od wszystkich kandydatów deklaracji poparcia liberalizacji prawa aborcyjnego…
– Tusk, który usta ma pełne frazesów o wolności, staje się pierwszym przewodniczącym partii w parlamencie, który łamie kręgosłupy moralne ludzi i umieszczenie na liście warunkuje podpisaniem cyrografu. I to mówią otwarcie byli posłowie Platformy, którzy za to, że pozostali wierni swoim poglądom, zostali wyrzucenie z szeregów partii. Trzeba zapytać: jaka to demokracja, warunkowana łamaniem kręgosłupów moralnych, poglądów, przekonań, skoro robi się z tego dyscyplinę partyjną? Dodam może, że w klubie Kukiz’15, w którym jako poseł byłem, od początku obowiązywała zasada, że w sprawach światopoglądowych, w sprawach wartości nie ma dyscypliny. Donald Tusk zrobił dyscyplinę nie przy głosowaniu, ale przy doborze kandydatów na listy wyborcze, stawiając warunek, że tylko takie towarzystwo chce widzieć na liście. To jest coś niewyobrażalnego, bo doprowadził do selekcji przed wyborami. Można więc powiedzieć, że pierwsze pranie mózgów kandydatów już się dokonało, ale nie tylko kandydatów, ale także wyborców, których Tusk stawia przed faktem. To jest przykład wolności i demokracji według Tuska. Jeśli ktoś – mam na myśli wyborców – tego nie widzi, nie rozumie, to znaczy, że jest człowiekiem nieodpowiedzialnym, nieobiektywnym. Ja za taką tuskową wolność i demokrację bardzo dziękuję. Jeśli ktoś na dzień dobry nie szanuje poglądów, wartości czy zasad wyznawanych przez ludzi, co więcej, narzuca swoją wolę,
z demokracją nie ma to nic wspólnego. A przecież pamiętamy, że to Tusk zarzucał prezesowi Kaczyńskiemu, że prowadzi partię w sposób wodzowski.
Campus, który podobno miał być spotkaniem i debatą młodych na temat idei, poglądów, stał się de facto kampanią wyborczą?
– To była idea, założenie dla naiwnych, bo każdy, kto zna Tuska, nie powinien mieć wątpliwości, o co temu człowiekowi chodzi. Zresztą tematy niewygodne, które miały się pojawić, zostały zdjęte z agendy, przykład panel „symetrystów”, bo jeden z dziennikarzy, który miał wziąć w nim udział, wypowiedział się negatywnie o radykalnych zwolennikach Platformy. Campus miał być symbolem wolności, natomiast motywem najczęściej powtarzanym przez Rafała Trzaskowskiego był sprzeciw wobec indoktrynacji w szkołach, a jednocześnie nieodcięcie się od indoktrynacji gender. Zarzucanie, że obecna władza prowadzi indoktrynację szkół, a jednocześnie patrzenie przychylnym okiem i chęć wpuszczania do szkół bez wiedzy rodziców rozmaitych organizacji pozarządowych, manipulatorów siejących zamęt moralny, to hipokryzja
w czystej postaci. Widać więc, że wyłania się coś, co uwiera totalną opozycję – mianowicie dostęp do młodych. Liberałowie z Platformy mają świadomość, że jeśli uda im się dotrzeć do młodych, złamać im kręgosłupy czy zasiać zamęt w ich umysłach, np. na temat ludzkiej płciowości, to będzie im łatwiej zapanować nad tą grupą także w przyszłości. To pokazuje, że dzisiaj toczy się wojna o umysły młodych ludzi, mamy wojnę o przedszkola i szkoły. Dlatego trzeba bronić młodzież i dzieci przed zakusami tych manipulatorów.
Tak czy inaczej, żeby zwichrować serca
i umysły młodzieży, potrzebna jest ich zgoda. Co zatem sprawia, że młodzież często nabiera się na te sztuczki i ulega, że lewactwu udaje się przyciągnąć wielu ludzi młodych?
– Młodych ludzi łatwo omamić, nabrać, oszukać. Myślę, że tym młodym nikt nie powiedział tego, o czym wspomniałem na wstępie naszej rozmowy – mianowicie, że są pokoleniem 500 Plus i że może dzięki temu programowi i wsparciu nie od Donalda Tuska, ale od tego „złego” Kaczyńskiego, mogli ukończyć szkołę, a ich rodzice otrzymali poważną pomoc na drodze ich wychowania. To trzeba powiedzieć w oczy często buntowniczym młodym osobom, które wielu rzeczy nie rozumieją. Po ośmiu latach rządów Zjednoczonej Prawicy w takim Campusie Polska Przyszłości uczestniczy pokolenie ludzi 500 Plus, których rodzice otrzymali wsparcie państwa na wychowanie, kształcenie swoich dzieci. Tymczasem te osoby biją dziś brawo, cieszą się na widok kogoś, kto miał w nosie sprawy polskiej rodziny, polskich dzieci, a jednocześnie gardził programem, z którego oni jako dzieci korzystali. I to jest paradoks. Czas zatem młodemu pokoleniu wykrzyczeć w twarz, zachęcić do myślenia i zadawania rodzicom pytania: czy środki ze świadczenia 500 Plus, które otrzymywali, były im potrzebne i na ile w ich wychowaniu i edukacji? Być może młodzi nie mają o tym pojęcia albo zwyczajnie nie chcą o tym wiedzieć. Część roczników młodzieży – beneficjentów programu Rodzina 500 Plus – jest dzisiaj na studiach, ale warto, by wiedzieli, że suchą stopą przeszli przez szkołę średnią. Wielu rodzicom byłoby bowiem trudno wychować swoje potomstwo bez tego wsparcia. Jak było za rządów koalicji PO – PSL, wszyscy wiemy, można to zamknąć w haśle „pieniędzy nie ma i nie będzie”. Tymczasem ten program wielu rodzinom pomógł wyjść z biedy, przywrócił godność. I warto, żeby młodzi byli tego świadomi.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki