• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Celebryci, TW i zadymiarze na jednej wyborczej liście

Wtorek, 22 sierpnia 2023 (20:50)

Rozmowa z dr. Bogdanem Więckiewiczem, socjologiem z Instytutu Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie

Kampania wyborcza w pełni, są emocje, ale po stronie opozycji totalnej wciąż nie widać programu. A może żyjemy w czasach, gdzie o wyborze mają decydować emocje, a niekoniecznie programy?

– Obserwując scenę polityczną, rzeczywiście widzimy, że coraz mniej formacji politycznych przedstawia realny program, z którym chce iść do wyborów. Natomiast partie z jednej strony skupiają się na tym, aby wzbudzić emocje i tymi emocjami zachęcić elektorat, żeby w dniu wyborów poszedł i oddał głos. Z drugiej strony idzie to wszystko w złym kierunku, bo odchodzimy od tego, co było istotą demokracji – mianowicie, że ugrupowania polityczne przekonywały do siebie wyborców, prezentując to, co chciałyby zrobić po wyborach dla społeczeństwa, dla kraju. Natomiast dzisiaj – zwłaszcza po stronie opozycyjnej – nie widać żadnego programu, a jedynym „programem”, jedynym celem jest odsunięcie Prawa i Sprawiedliwości od władzy, ale niestety nie ma żadnej wizji, co dalej. Jedynym zatem celem jest przejęcie władzy i obsadzenie stanowisk ludźmi ze swojego środowiska politycznego.

Zatem emocje, emocje i jeszcze raz emocje?

– W tym wszystkim same emocje nie są jeszcze najgorsze, ale istotą jest to, że te emocje są bardzo negatywne i właśnie one dominują nad pozytywnymi. Oczywiście wiece, kampania wyborcza, gdzie ludzie się spotykają są ważne. Ważny jest też odpowiedni sposób przemawiania, komunikowania się z wyborcami, istotne są także loga, hasła wyborcze, muzyka – jednym słowem cały szereg aspektów charakterystycznych dla wieców takich jak brawa, oklaski, cała otoczka, która jest wpisana w kampanie wyborcze na całym świecie. Natomiast czymś wyjątkowo negatywnym, niepokojącym jest agresja, która coraz częściej jest obecna w trwającej kampanii wyborczej. Mamy więc atak w przeciwnika i to w sposób bardzo agresywny, nawet z wykorzystaniem – przynajmniej werbalnie – agresji, która co gorsza może prowadzić do agresji fizycznej. I to jest już bardzo niebezpieczne, co więcej, może prowadzić do destrukcji w społeczeństwie, bo jeśli te emocje wymkną się spod kontroli i przekroczą pewne granice, to sytuacja staje się niebezpieczna dla funkcjonowania społeczeństwa i może prowadzić do zachowań, które nie mają już nic wspólnego z rywalizacją, z przekonywaniem wyborców. Wówczas w roli głównej będą występować emocje związane z agresją, a nawet z próbą wyeliminowania przeciwnika politycznego.

Wspomniał Pan o agresji werbalnej, od której tylko krok do agresji fizycznej. A co możemy powiedzieć o języku? Czy różni się on od poprzednich kampanii?

– Wcześniej emocje też towarzyszyły kampaniom wyborczym, bo one są czymś naturalnym, charakterystycznym dla każdej kampanii. Natomiast tutaj coraz częściej słyszymy język, który mówi, że trzeba wyprowadzić prezesa NBP, trzeba napinać mięśnie, a nawet użyć siły, żeby kogoś usunąć ze stanowiska. Dodatkowo sytuacja jest niepokojąca, bo mamy ingerencję zewnętrzną w wewnętrzne wybory w Polsce. Czym jest bowiem wypowiedź szefa Europejskiej Partii Ludowej Manfreda Webera, który mówi o zwalczaniu formacji rządzącej czy ostatnio stanowisko unijnego komisarza ds. sprawiedliwości Didiera Reyndersa, podważające status Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, która będzie decydować o ważności wyborów parlamentarnych w Polsce. To wszystko powoduje, że już niekoniecznie tylko w białych rękawiczkach, ale otwarcie jest ingerencja w wybory w Polsce i wsparcie dla opozycji z zagranicy. To jest wyjątkowo niepokojące, dlatego że podważa to suwerenność danego kraju, suwerenność wyborców, co, jak wiemy, jest głównym przywilejem demokracji. Niestety, coraz częściej obok negatywnych emocji występują wpływy zagraniczne, które łączą się z zastraszaniem. Już dzisiaj się mówi – jak chociażby unijny komisarz Didier Reynders – że pewne instytucje, które decydują o ważności wyborów, mogą być nieuznane przez zagranicę. To jest swojego rodzaju szantaż, szantaż emocjonalny, który jest związany z tym, że jeśli nie wygra opcja będąca spolegliwa wobec Brukseli, to będzie blokada unijnych funduszy, które się Polsce należą. Zresztą to już ma miejsce, jeśli chodzi o środki z Krajowego Planu Odbudowy. I to też jest pewna przemoc, wprawdzie nie fizyczna, ale związana z dystrybucją należnych nam środków. Można się więc spodziewać, że takich czynników, które mają wpływać na proces wyborczy w Polsce, może być więcej, jeśli wynik wyborów będzie nie po myśli przywódców Unii Europejskiej, a więc ten szantaż wobec Polski może się nasilać.      

To obnaża politykę Unii Europejskiej, która ma stać na straży demokracji?     

– Jeśli instytucja, która głosi hasła praworządności, która ma stać na straży demokracji, ingeruje w procesy demokratyczne w suwerennych krajach – a przynajmniej sobie takie prawo uzurpuje, to sama nie przestrzega zasad demokracji. Przedstawiciele Unii Europejskiej z założenia mieli nie ingerować w wewnętrzne sprawy, a więc też w wybory w państwach członkowskich. Nie mieli się też angażować po żadnej ze stron sporu politycznego, tymczasem to czynią, co więcej, wcześniej czynili to zakulisowo, a teraz już w sposób jawny i nawet się z tym nie kryją. I w tym momencie następuje psucie się instytucji czy organizacji, jaką jest Unia Europejska, która wymaga radykalnych zmian w funkcjonowaniu, jeśli ma nie dojść do całkowitej destrukcji, a w konsekwencji do całkowitego rozpadu struktur unijnych.

Żeby ten proces destrukcji Unii powstrzymać, to zmiany najpierw muszą nastąpić w poszczególnych państwach członkowskich, muszą zostać wybrani ludzie, którzy stworzą większość, która zastąpi lewackie elity obecnie rządzące i prowadzące Europę na manowce...     

– Dokładnie. Proszę zwrócić uwagę, jakie w krajach zachodniej Europy są zachowania wobec osób demonstrujących, wyrażających poglądy inne niż partie dominujące. Przypomnijmy sobie obrazy z Francji, brutalne, bezwzględne tłumienie demonstrujących przedstawicieli „żółtych kamizelek” i wobec tej przemocy nie było żadnej reakcji po stronie władz Unii Europejskiej. Przypomnijmy, jak na agresję wobec protestujących obywateli francuskich oczy przymykał ówczesny wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans, który w brutalności policji wobec protestujących obywateli nie dostrzegał żadnych naruszeń prawa i powodów do ingerencji ze strony struktur unijnych, za to bez mrugnięcia oka karcił i namawiał do karania Polski.

Niewątpliwie Unię Europejską trzeba zreformować, jeśli ten projekt ma istnieć dalej. Przejdźmy jednak na polski grunt – mianowicie mamy burzę wokół Michała Kołodziejczaka, którego Donald Tusk wziął na pokład. Jak nazwać ten manewr? Czy nie jest to próba odegrania się na PSL-u, któremu Tusk pamięta, że nie chciał iść do wyborów we wspólnym opozycyjnym bloku?

– Powodów tego, że Michał Kołodziejczak znalazł się na liście Koalicji Obywatelskiej jest kilka. Jeden z nich, to tworzenie dodatkowych negatywnych emocji i atak na formację rządzącą. Ale jeśli chodzi o Platformę i Donalda Tuska, to nie jest żadna nowość. Mieliśmy przecież znanych z agresywnych, wręcz brutalnych zachowań i wulgarnych wypowiedzi Janusza Palikota czy Stefana Niesiołowskiego. To wszystko, cała ta prowokacja, język hejtu w stosunku do PiS-u, to działo się za przyzwoleniem Donalda Tuska. To jest jeden cel, a więc agresja wobec Zjednoczonej Prawicy, i wykonawcą tego planu ma być właśnie Kołodziejczak. Druga kwestia to próba dotarcia do elektoratu wiejskiego. Platforma ma świadomość, że na wsi nie ma większego poparcia, nie ma też żadnego programu dla polskich rolników. Dlatego Tusk widząc, że nie udało mu się przyciągnąć do wspólnego startu Władysława Kosiniaka-Kamysza, wybrał Kołodziejczaka, który ma tę lukę uzupełnić. Jest to też swojego rodzaju odegranie się na PSL-u, a także próba odebrania przynajmniej części elektoratu wiejskiego PSL-owi, a przede wszystkim PiS-owi, bo powszechnie wiadomo, że wieś popiera i będzie głosowała w większości na PiS, a po części też na ludowców. Platforma nie ma więc większych szans na tym polu i Kołodziejczak ma być tym, który ma część głosów na wsi pozyskać.

Tylko, że Platformę i Agrounię różni właściwie wszystko…       

– Dlatego wyborcy, a przynajmniej część elektoratu, nie rozumie tego aliansu Tuska z Kołodziejczakiem. I mimo, iż Platforma sądziła, że będzie to dobre posunięcie, to wydaje się, że Kołodziejczak na liście nie będzie żadną wartością dodaną. Jest to też niekorzystne dla samej Agrounii, bo o ile to ugrupowanie miało pewną autonomię, to szans dostania się do Sejmu nie miało żadnych. Zatem jedynym wygranym jest Michał Kołodziejczak, który startując z pierwszego miejsca na liście wyborczej Koalicji Obywatelskiej w Koninie, ma spore szanse, żeby znaleźć się na Wiejskiej. Natomiast Platforma na tym dealu może stracić, gdyż część elektoratu – przynajmniej tego umiarkowanego może się od Tuska odwrócić i zagłosować na inne ugrupowania.

Co taka postawa, takie umieszczanie na listach ludzi, jak to się mawia, z kapelusza: Wołoszański, Tajner, Kołodziejczak, co nam to mówi o Tusku, który chce uchodzić za polityka klasy światowej, a zachowuje się niczym uliczny zadymiarz?      

– To tylko potwierdza jaką formacją jest Platforma, gdzie na próżno szukać jakiegoś programu, a tym bardziej spójności. Platforma i Donald Tusk nie mają natomiast nic do zaproponowania swoim wyborcom po za niechęcią czy wręcz wrogością do formacji kierowanej przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I rzeczywiście widzimy to po listach wyborczych, gdzie jest mieszanka, rzec można, od Sasa do Lasa. Są celebryci, osoby znane z tego, że są znane, osoby, które jeśli chodzi o poglądy, nie mają nic wspólnego ze sobą. Z drugiej strony wydaje się, że czas celebrytów powoli mija. Jeśli chodzi o Bogusława Wołoszańskiego, popularnego w mediach, to z Instytutu Pamięci Narodowej słyszymy o podejrzeniach o współpracę z komunistycznymi służbami. I jak to się ma do Platformy, która mówi o swoim solidarnościowym rodowodzie, która twierdzi, że była przeciwna systemowi komunistycznemu, a na swoje listy wyborcze bierze osobę, która współpracowała z systemem PRL-u. Również trudno zrozumieć inaczej, jak tylko próbę zyskania poparcia i głosów wyborców, bo czymże jest start z list Koalicji Obywatelskiej Apoloniusza Tajnera – dawniej trenera skoczków narciarskich, ale dzisiaj celebrytę. Podobnie rzecz ma się z Michałem Kołodziejczakiem. Analizując tylko te trzy nazwiska, trudno znaleźć jakiś wspólny mianownik, który by łączył te osoby. To pokazuje, że Platforma jest formacją, która nie ma nic do zaproponowania Polakom i próbuje wciągać na swoje listy każdego, kto jest osobą rozpoznawalną, kto może budzić pewną sympatię – licząc, że te nazwiska, te osoby uzbierają jakieś głosy i finalnie zwiększą poparcie dla Koalicji Obywatelskiej.

  Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki