• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Polityczne szachy

Poniedziałek, 21 sierpnia 2023 (20:47)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM

Kampania wyborcza się rozpędza, tymczasem wygląda na to, że programu Platformy się nie doczekamy. Donald Tusk podczas objazdu Polski we Włocławku powiedział wprost: Co wam po moich konkretach, jeśli będziecie widzieli gołym okiem, że i tak niczego nie przeprowadzę?

– Obserwując sprzeczne rzeczy, które głosił Donald Tusk, było oczywiste, że żadnego programu nie zobaczymy. Zresztą lider PO sam mówi, że nie ma co obiecywać, bo co zrobi, wyjdzie w praktyce, jeśli wygra wybory. W istocie diagnoza Platformy jest prosta: programowo i tak nie wygra z Prawem i Sprawiedliwością, dlatego jedynym wyjściem jest rozhuśtanie emocji antypisowskich, emocji posuniętych do skrajności i w tym szukanie swojej szansy. I Tusk, który ma tę świadomość, mówi o tym wprost, że jedynym programem Koalicji Obywatelskiej jest odsunięcie PiS od władzy.

Tylko czy to nie obraża inteligencji wyborców Platformy, czy to wystarcza elektoratowi Tuska?   

– Twardemu elektoratowi, owszem, wystarcza, podobnie jak elektoratowi Lewicy, po części także elektoratowi Polski 2050. Te elektoraty były w ten sposób konstruowane – na niechęci, czy wręcz wrogości wobec PiS i prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Natomiast jeśli mówimy o wyborcach niezdecydowanych, to bezprogramowość Tuska i Platformy nie jest dobrym pomysłem. To wszystko powoduje, że coraz więcej obserwatorów polskiej sceny politycznej, komentatorów zastanawia się, czy Tusk rzeczywiście chce wygrać wybory parlamentarne, czy tylko gra o dominację na opozycji, dominację bezwzględną, wręcz dyktatorską.
I być może o to chodzi Tuskowi, może też liczy na przyspieszone wybory. Tak czy inaczej ten jego radykalizm dla twardego elektoratu wystarcza, ale nie przypuszczam, żeby to wystarczyło do wyborczego zwycięstwa.

Programu nie ma i nie będzie, za to jest permanentne obrzydzanie Polakom formacji rządzącej, a ostatnio także totalna krytyka referendum, które ma się odbyć w dniu wyborów, 15 października. Swoją drogą niemiecka prasa mówi jasno, że referendum to działanie przeciw Berlinowi, wbrew interesom Niemiec…

– Rządy Zjednoczonej Prawicy w ogóle nie pasują Niemcom i Brukseli. Manfred Weber stwierdził jasno, że rządy Jarosława Kaczyńskiego są wbrew interesom oraz planom Niemiec i że trzeba je zwalczać. W związku z tym nie ma się czemu dziwić, także krytyce referendum. Natomiast Tusk ma świadomość, że tu nie chodzi tylko
o samo referendum, bo mówiąc o jego unieważnianiu, ma na myśli to, że nie będzie na ten temat dyskutował. Nie chodzi więc o to, czy elektorat zagłosuje, czy nie, ale on
po prostu nie chce na ten temat dyskutować, bo – jak twierdzi – pytania są złe.

Dlaczego złe?  

– Pytania dla Tuska są złe, bo na każdy problem postawiony przez PiS nie ma on dobrej odpowiedzi. Chodzi o to, że wiele rzeczy z przeszłości – zarówno tej bliższej, jak i dalszej – go obciąża. Dla przykładu Donald Tusk
z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem wbrew zapowiedziom podnieśli wiek emerytalny. Płot na granicy
z Białorusią Tusk ze swoimi ludźmi oprotestowywał,
co więcej – politycy opozycji atakowali funkcjonariuszy Straży Granicznej. Jeśli chodzi o przymusową relokację imigrantów, to Tusk jako szef Rady Europejskiej popierał ten proceder itd. Cokolwiek weźmie się do analizy, na każdym kroku widać postawę Tuska. Nic dziwnego, że nie będzie podejmował tematu referendum, próbując tematyce przypiąć łatę banalności. Jeśli tak, to dlaczego nie stworzy merytorycznej – jego zdaniem – dyskusji. Widać jednak, że Tusk będzie od tych tematów konsekwentnie uciekał
w skrajne emocje.

Do czego to może doprowadzić?  

– Czas pokaże. Widać, że taką taktykę przyjął Tusk i – jak się wydaje – konsekwentnie się jej trzyma.

Po to na pokład Koalicji Obywatelskiej został wzięty Kołodziejczak?

– Tak, m.in. dlatego. Michał Kołodziejczak jest politykiem skrajnie radykalnym, wręcz rewolucyjnym, a w języku – mam na myśli brutalność – ciężko go przebić. Przy Kołodziejczaku Andrzej Lepper był wzorem spokoju
i elegancji. Ale proszę zwrócić uwagę, że Tusk zawsze
lubił mieć wokół siebie ludzi agresywnych. Wystarczy przypomnieć Janusza Palikota czy Stefana Niesiołowskiego, tylko że oni czym innym operowali, robili zamęt
w lewicowym elektoracie, natomiast Kołodziejczak ma, zdaje się, robić w elektoracie wiejskim, czyli osłabiać PSL.
I to może mu się udać, natomiast to za mało na PiS.

Pamiętajmy, że to, co z Kołodziejczakiem uda się Tuskowi zyskać na polskiej wsi, np. jakąś część radykalnych wyborców, to – w mojej ocenie – odstraszy bardziej umiarkowanych wyborców, których Platforma też trochę ma. Jak widać, Kołodziejczak się z tym nie skleja, bo jaki jest wspólny mianownik. To zaś może zniechęcić ludzi do udziału w wyborach, skoro wszystko jest przypadkowe,
od Sasa do Lasa, pozbawione głębszej racjonalności. Natomiast to działanie może osłabić PSL i wydaje się, że otoczenie Władysława Kosiniaka-Kamysza ma dużą zagwozdkę. Pamiętamy przecież, że to oni pierwotnie planowali wziąć na pokład Kołodziejczaka i gdyby nie sprzeciw Szymona Hołowni, który zablokował ten alians,
to wspólny start w wyborach Kołodziejczaka z list PSL pewnie doszedłby do skutku.

Kołodziejczak na liście Koalicji Obywatelskiej to zemsta Tuska na Kosiniaku-Kamyszu za to, że PSL
nie chciało pójść z nim do wyborów
w jednym formacie?

– Racjonalizując to wszystko, można to tak odczytywać. Tusk po wyborach – w mojej ocenie – chciałby zdobyć absolutną dominację. Zapatrzył się na prezesa Jarosława Kaczyńskiego i choć go krytykuje, czy wręcz zwalcza, to sam chciałby mieć na opozycji przynajmniej taką pozycję, taką siłę, jaką ma Jarosław Kaczyński w obozie Zjednoczonej Prawicy. W Koalicji Obywatelskiej Tusk jest całkowitym dyktatorem, poprzestawiał swoich dawnych współpracowników jak pionki, Grzegorza Schetynę zmarginalizował, wysyłając go do walki o miejsce
w Senacie, podobnie jak Małgorzatę Kidawę-Błońską. Dotyczy to także przystawek Platformy, tych wchodzących w skład Koalicji Obywatelskiej, jak i tych, które są odrębnymi politycznymi bytami. Po prostu Tusk chciałby
o wszystkim decydować i w tym sensie każda niesubordynacja, czyli jakakolwiek próba utrzymywania niezależności Lewicy czy PSL, jest – w jego ocenie – niedopuszczalna, a dany byt jest do zlikwidowania. I tutaj Tusk jest bardzo konsekwentny, co więcej – jest na tym polu skuteczny.

Jakiej kampanii możemy się spodziewać, zwłaszcza że jest ona już bardzo brutalna,
i to po każdej ze stron. Zjednoczona Prawica, odpowiadając Tuskowi, też musi odpowiadać ostro na różne zaczepki
i używać może nie brutalnego, ale bardziej zdecydowanego języka. Czy ludzie zmęczeni tą ciągłą walką nie będą mieli dość?               

– Trudno powiedzieć, bo z jednej strony ta ciągła, coraz bardziej agresywna walka może wpłynąć na wyborców niezdecydowanych, ale z drugiej strony te emocje związane z rywalizacją Platformy i PiS mogą jeszcze bardziej rozgrzać ludzi, tak jak to było w poprzednich wyborach. Zatem trudno powiedzieć, czym to się skończy. Nie wiadomo też, czy Tuskowi uda się wykluczyć z gry takie formacje, jak PSL czy Polska 2050, i te formacje dostaną się do Sejmu. Jest wszakże też Konfederacja, która utrzymuje stabilną pozycję, i wydaje się, że jest poza tą rywalizacją PiS i Platformy.

Jak zatem to wszystko się ułoży, obecnie trudno jednoznacznie powiedzieć. Na pewno w ofensywie jest dzisiaj PiS z referendum i narzuceniem pewnej tematyki. Również hasło „Bezpieczna przyszłość Polaków” zostało trafione w dziesiątkę, bo kwestia bezpieczeństwa – zwłaszcza w obliczu trwającej wojny za naszą wschodnią granicą – to jest temat bardzo ważny dla Polaków. Co więcej – uderza to silnie w Platformę i samego Donalda Tuska, który na tym polu popełnił całą masę błędów. Dlatego jak przyjdzie do wyborów, to większość Polaków  najzwyczajniej w świecie będzie się bała na niego i jego formację polityczną zagłosować.

Pan Profesor wspomniał Konfederację, ale co to za narodowcy, którzy w Sejmie nie poparli uchwały przeciw obcej ingerencji
w proces wyborczy w Polsce?

– Konfederacja próbuje manifestować swoją niezależność
i autonomię w relacji do Zjednoczonej Prawicy, także do PO, ale zwłaszcza do PiS, że nie jest w koalicji z formacją kierowaną przez Jarosława Kaczyńskiego. Jest strategiczne pytanie: co oni faktycznie o tym myślą? Jeśli rzeczywiście myślą, żeby po wyborach nie wchodzić w żadną koalicję
i grać na przyspieszone wybory, to – w mojej ocenie – ta strategia wcale nie musi być dla Konfederacji korzystna. Kolejne wybory. np. za pół roku, mogą spowodować, że Konfederacja znajdzie się na bocznicy, bo po co komu formacja, która nie chce rządzić, która nie ma ambicji sprawowania władzy.

Dlatego nie jest powiedziane, że poparcie dla Konfederacji będzie cały czas rosło. Z jej punktu widzenia chyba najlepiej byłoby, gdyby Zjednoczona Prawica w zbliżających się wyborach osiągnęła bezwzględną większość, a więc zapewniła sobie rządy, a Konfederacja mogłaby przez kolejne cztery lata spokojnie być
w opozycji, spokojnie krytykować działania rządzących, głosić swoje hasła odnośnie do likwidacji podatków
lub żeby sprywatyzować wszystkie państwowe przedsiębiorstwa, a może też i Lasy Państwowe.
W kampanii wyborczej można sobie takie hasła rzucać, natomiast jeśli stanie przed nimi kwestia odpowiedzialności za państwo, to ruch wielonurtowy, jakim jest Konfederacja, mógłby się podzielić. Tak naprawdę oni się nie spajają
i w momencie decyzji, w kwestii wizji państwa, wizji gospodarki byłby to duży problem. Są to kwestie, które
w sytuacji, o których wspomniałem, mogłyby Konfederację rozkleić.

Zatem gra na kolejne wybory nie jest dobrym rozwiązaniem dla Konfederacji?

– Dokładnie tak. Partie antyestablishmentowe mają swój czas, ale kiedy wyborcy widzą, że niewiele wnoszą, to siłą rzeczy znikają z politycznej sceny. Przypomnijmy sobie Palikota i jego Ruch, przypomnijmy sobie, z jakiego pułapu startował Szymon Hołownia, przypomnijmy sobie Andrzeja Leppera i Samoobronę czy Nowoczesną Ryszarda Petru. To są formacje, o których było głośno, ale dzisiaj – może poza Polską 2050 Szymona Hołowni, która choć zredukowana, istnieje, ale pozostałych już nie ma. Tak czy inaczej zadeklarowanie Konfederacji dzisiaj po jednej czy po drugiej stronie osłabiłoby ją wyborczo. Zobaczymy jednak, co zrobi po wyborach.

                Dziękuję za rozmowę.          

Mariusz Kamieniecki