Nie będziemy użytecznym klientem Berlina
Piątek, 18 sierpnia 2023 (21:28)Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Społecznej Akademii Nauk, Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej
Patrząc na defiladę „Silna Biało-Czerwona” w dniu Wojska Polskiego oraz na prezentację sprzętu, jakim dysponuje dziś polska armia, czy możemy powiedzieć, że mamy się czym pochwalić?
– Pojawiła się wreszcie zmiana jakościowa, jeśli chodzi o polską armię. Mianowicie posowieckie relikty zbrojeniowe odeszły w cień i zdaje się, że nie wystąpiły podczas tej defilady. Natomiast pokazano sprzęt na wskroś nowoczesny, także ten, który właśnie sukcesywnie wchodzi na stan uzbrojenia Wojska Polskiego. Wszystko to dobrze rokuje. Mam nadzieję, że wybory parlamentarne, które odbędą się 15 października, nie spowodują zmian
i będziemy mieli kontynuację rozbudowy, a nie zwijania polskiej armii. Mam nadzieję, że nie stanie się tak, jak mówił pewien emerytowany generał, że trzeba będzie niektóre umowy pozrywać, a inny ekspert, polityk opozycyjny, który był w przeszłości wiceministrem obrony, podnosząc kwestię zakupów uzbrojenia, krzyczał: po co to wszystko, określając zakupy uzbrojenia chaosem połączonym z megalomanią. Miejmy nadzieję, że ten proces dozbrajania, zakupy będą w dalszym ciągu realizowane i to, czego zwiastuny zobaczyliśmy podczas defilady 15 sierpnia, będą rzeczywistością w całej polskiej armii. Ważne, że część zaprezentowanego sprzętu już się pojawia w jednostkach, ale już sam fakt, że jest on prezentowany na defiladzie, to bardzo mocny sygnał
i potwierdzenie, że decyzje, jeśli chodzi o doposażenie, uzbrojenie Wojska Polskiego, zapadły i są realizowane, przekuwane w czyn.
Jaki sygnał popłynął z Polski do Moskwy
i Mińska zwłaszcza?
– Jeśli się porówna defiladę w Warszawie i uroczystości w 103. rocznicę zwycięstwa polskiego wojska nad armią sowiecką w Bitwie Warszawskiej np. z defiladą w Moskwie 9 maja, to u nas widać znaczący postęp, a w przypadku Rosji militarną biedę. Jeśli do tego dodamy pamiętny fakt, że superczołg Armata, który był lansowany przez rosyjską propagandę jako najnowocześniejszy na świecie, który miał być rewelacją na rynku zbrojeniowym i postrachem na froncie, i ten postrach kilka lat temu podczas próby generalnej parady zwycięstwa na placu Czerwonym właściwie się rozkraczył, i to przed Mauzoleum Lenina, więc trzeba było go zwozić na lawecie, to pokazuje, jaki jest faktyczny stan rosyjskiej armii. Jeśli to porównać do naszej armii, to różnica, jeśli chodzi o nowoczesność wyposażenia sił zbrojnych, jest na plus dla nas. My, modernizując naszą armię, postępujemy zgodnie ze starą rzymską maksymą: Si vis pacem, para bellum – Chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Dlatego Rosja, jeśli przyjdzie jej do głowy pójść dalej na zachód i zaatakować np. Polskę, powinna się dwa razy zastanowić, czy warto.
Nawet media zachodnie w swoich relacjach z Warszawy wskazywały, że Polska staje się silniejsza…
– To, co zostało zaprezentowane podczas defilady, robi wrażenie, i dobrze. Ważny jest także obraz w mediach, który jawi się pozytywnie nie tylko z punktu widzenia tego, jaka jest polska armia, ale w ogóle jaka jest Polska i stan bezpieczeństwa Polski, który jest coraz wyższy.
Polska armia, która obecnie liczy ponad 172 tysiące żołnierzy, ma się zwiększyć do 300 tysięcy. Na obronność wydajemy, czy mamy wydawać, 4 proc. PKB, podczas gdy np. Niemcy nie wydają nawet 2 procent PKB wymaganych przez NATO…
– Niemcy wychodzą z założenia, że nie muszą się zbroić, bo swoje przewagi i to, jaką pozycję chcą osiągnąć w polityce, także jeśli chodzi o wpływ na politykę światową, budują, opierają na innych czynnikach, niekoniecznie militarnych, czyli na wzroście pozycji gospodarczej, ekonomicznej, podobnie zresztą jak Chiny.
Patrząc na to, jak wydajemy pieniądze na zakup sprzętu wojskowego, czy modernizacja armii odbywa się w sposób przemyślany? Widzi Pan jakiś plan, bo opozycja dostrzega jedynie doraźne działanie i megalomanię?
– Oprócz wielu ważnych kroków dostrzegam też minusy. Cały czas podnoszę brak, lukę, która nie została wypełniona do dziś dnia, mianowicie brak strategii obronności Rzeczypospolitej. Owszem, stosuje się różne zabiegi, pojawiają się plany, jest Strategia Bezpieczeństwa Narodowego, ale strategii obronności Rzeczypospolitej wciąż nie mamy. Tymczasem jest to potrzebne, bo pokazałoby, w jakim kierunku ten proces budowy polskiej armii zmierza. Tego wciąż nie ma, natomiast intuicja mi podpowiada, że Warszawa uświadomiła sobie, że nasze siły zbrojne mają nie tylko odstraszać potencjalnego agresora, ale muszą też przyjąć na siebie odpowiedzialność za stan bezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej oraz na kierunku nadbałtyckim i na kierunku południowym, jeśli chodzi o Ukrainę i Morze Czarne. W związku z tym polska armia musi dysponować takimi elementami siły, które będą gwarantowały, że Polska będzie mogła spełniać rolę stabilizatora w Europie Środkowo-Wschodniej. Te zakupy, ten sprzęt, np. czołgi, i to w dużych ilościach, artyleria różnego rodzaju, rakietowa i lufowa itd., rozwój armii, powstawanie nowych jednostek wojskowych tak dużych jak dywizje, to wskazuje, że w Warszawie wiedzą o tym, że właśnie taką rolę gwaranta bezpieczeństwa – jak zarysowałem – powinniśmy odgrywać. W związku z tym, co widzimy, że jest robione, należy życzyć, aby ta polityka była kontynuowana.
Ale nie wszyscy tak dobrze życzą polskiemu rządowi?
– Dzieje się tak, dlatego że w naszej rzeczywistości politycznej działają też ludzie i siły – pomijam tu agenturę różnych nieprzyjaznych nam ośrodków, natomiast mam na myśli siły polityczne, które mają kompleks niższości, akcentują, że wielu rzeczy nie udało nam się osiągnąć w XX wieku, bo oberwaliśmy od losu. Dlatego stoją na stanowisku, że trzeba stanąć przy silniejszym, jego się słuchać, jemu się podporządkować. Stąd taka, a nie inna postawa opozycji, która widzi przyszłość Polski w Europie jako formę ograniczenia, że suwerennej Polski będzie w tej Europie jak najmniej. Ci ludzi wychodzą z założenia, że im więcej Polski, tym więcej kłopotów. Takie podejście oczywiście bardzo się podoba Niemcom, Francuzom, którzy po brexicie odgrywają w Europie najważniejszą rolę. I taka to jest koncepcja. Stąd, co zresztą ujawniły kolejne odcinki filmu dokumentalnego „Reset”, za rządów koalicji PO – PSL mieliśmy próbę wmontowania się w politykę niemiecko-
-rosyjską, żeby być użytecznym klientem, który będzie miał określone korzyści. W związku z tą zasadą niepotrzebne stały się polskie stocznie, transport morski, porty przeładunkowe w Szczecinie czy Gdańsku, czy port kontenerowy w Świnoujściu, skoro są w Niemczech, np. w Hamburgu. Wreszcie po co nam Centralny Port Komunikacyjny, który ma być kołem zamachowym polskiej gospodarki, skoro – jak przekonywał Rafał Trzaskowski – można przecież lądować w Belinie. Jest pytanie, czy działania na rzecz polskiej suwerenności mogą się podobać Niemcom… Oczywiście, że nie. W związku z tym jak może się takie podejście polskich władz podobać opozycji, która za wszelką cenę chce się przypodobać Berlinowi. Wszystko jest zatem jasne. Są dwa kierunki: kierunek, który stawia na Polskę, na nasze interesy i budowanie lepszej pozycji Polski, ale jest drugi kierunek, który mówi, że korzystne dla Polski będzie rozpłynięcie się w europejskości, a więc jak najmniej polskości, bo to może denerwować, irytować innych. Mamy więc nie wymachiwać szabelką, tylko pokornie się kłaniać.
Tymczasem 15 sierpnia podczas defilady
w Warszawie chyba pomachaliśmy tą szabelką…
– Dokładnie tak, powiem więcej, że ta szabelka wygląda bardzo solidnie.
Kwestia obronności, szczególnie w obliczu zagrożenia ze strony Rosji, powinna być poza politycznymi podziałami, ale widać nie w Polsce…
– Dla tych, którzy uważają, że polskość jest naszym nieszczęściem, którzy chcą przeżyć bezpiecznie, przy okazji jeszcze trochę się dorobić – jak im pozwolą, więc trzeba być uległym, grzecznym, nie stawiać się. W tym rozumieniu nie wolno myśleć o Polsce i to w ich przekonaniu rzekomo ma być w interesie nas, Polaków.
Jak widać, w interesie tych, którzy lansują taki model posłuszeństwa wobec Berlina i Brukseli, wcale nie leży, żeby mieć silną, dobrze wyposażoną i liczną armię. Dla tak myślących nie może być tak, że Polska będzie miała więcej czołgów niż Bundeswehra, w dodatku czołgów bardzo nowoczesnych. Po prostu nie wypada, bo co pomyślą w Berlinie. Tak jak mówił autorytet Platformy, śp. profesor Bartoszewski, że Polska przypomina brzydką pannę bez posagu, która nie powinna być zbytnio wredna. Mamy więc na tym balu wielkich stać w kącie pokornie i czekać, aż ktoś nas poprosi do tańca. Dla tak myślących chyba nie stanowiłoby problemu, gdyby to był ktoś proszący
o zatańczenie kazaczoka.
Donald Tusk też mówił, że polskość to nienormalność…
– Te słowa zostały wypowiedziane dawne, ale one padły. To oznacza, że nie były to słowa przypadkowe, ale przemyślane, co więcej, nie zauważyłem, żeby na przestrzeni lat Donald Tusk zmienił zdanie i przynajmniej próbował się tłumaczyć, że w zapale palnął coś bez większego namysłu, ale tak nie uważa. Nic takiego nie słyszałem. Wygląda więc, że powiedział to w pełni świadomie, w przypływie szczerości.
Są głosy, że za dużo wydajemy pieniędzy na zbrojenia, że zakupy są nieprzemyślane, ale pojawia się także krytyka samej defilady, że im większa dyktatura, tym większe parady wojskowe…
– Szkoda w ogóle komentować takie wynurzenia, bo takie wypowiedzi brzmią groteskowo. W tej paradzie udział wzięło około 2 tysięcy żołnierzy oraz około 200 pojazdów wojskowych, w tym trzy typy czołgów Leopard 2, wyprodukowany w Korei K2, a także amerykański Abrams, transportery opancerzone Rosomak, samobieżne moździerze Rak, armatohaubice Krab i K9 oraz wyrzutnie rakietowe HIMARS, i niemal setka statków powietrznych pojawiła się nad Warszawą. Jeśli więc ktoś w sytuacji, kiedy cały Zachód chwali nas za staranne przygotowanie defilady, za prezentację wszystkich rodzajów wojsk, wszystkich brygad Wojska Polskiego oraz sprzętu, wypowiada taką niedorzeczną opinię, to znaczy, że nic nie rozumie.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki