Dla Tuska to jest być albo nie być w polityce
Środa, 16 sierpnia 2023 (08:35)Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą
z KUL i AKSiM
Prawo i Sprawiedliwość chce zapytać Polaków o wyprzedaż majątku narodowego, podniesienie wieku emerytalnego, kwestie przyjmowania nielegalnych imigrantów,
mur na granicy z Białorusią, a właściwie
o jego likwidację. Tymczasem opozycja próbuje wykpić referendum. Skąd takie antypolskie podejście?
– Sprawa wydaje się relatywnie prosta, mianowicie
każde z tych pytań boleśnie obnaża politykę opozycji, celnie i boleśnie uderza w ich działania, kiedy rządzili Polską. Podejście obecnie rządzących inaczej ustawia miejsce Polski w Europie, niż oni to widzą. W związku
z tym, że na te pytania przetłaczająca większość społeczeństwa polskiego odpowie NIE, bo Polacy nie chcą nielegalnych imigrantów, nie chcą wyprzedaży majątku narodowego, nie chcą podniesienia wieku emerytalnego, nie zgadzają się także na likwidację zapory na polsko-
-białoruskiej granicy, dlatego opozycji trudno jest reagować – czy to pozytywnie, czy negatywnie. Pozostają im tylko sarkazm, wyśmiewanie i nawoływanie do bojkotu referendum. I to jest jedyna rzecz, jaka pozostała opozycji, która tak naprawdę ucieka od merytorycznej konfrontacji na tematy, które Prawo i Sprawiedliwość zadało. Tu chodzi nie o sam wynik referendum, ale o kampanię referendalną, o dyskusję na te tematy, które są zawarte w zadanych pytaniach.
To zadaje kłam tezom głoszonym przez opozycję, że głos społeczeństwa jest najważniejszy?
– Dla Platformy i innych formacji opozycyjnych ważny jest tylko głos tych, którzy są ich zwolennikami, natomiast głos wyborców PiS-u nie ma dla nich absolutnie znaczenia.
Stąd nikt z nich na to nie zważa, to są tylko hasła, które się pojawiają w zależności od potrzeby.
Mamy więc próby bojkotu referendum,
w co włączył się m.in. były rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar.
– Adam Bodnar to jest polityk. On nawet w czasie pełnienia funkcji rzecznika praw obywatelskich zachowywał się jak radykalny polityk lewicy, wręcz lewacki, w swoich poglądach. Zawsze stawał po stronie ideologii, totalnej opozycji. Nic więc dziwnego, że dzisiaj robi to samo,
w sensie prawnym radząc, jak unikać udziału
w referendum, żeby nie było ważne. Przypomnę też,
że Bodnar był jednym z tych, którzy zmuszali samorządy, żeby odwoływały uchwały w obronie rodziny. To wszystko są fakty, znamy go z tego typu działań.
Skąd bierze się radykalizm Tuska, żeby wygrać wybory parlamentarne?
– Jeśli Tusk przegra nadchodzące wybory parlamentarne
i jeśli Zjednoczona Prawica utrzyma władzę w Polsce,
to lider Platformy przejdzie do historii w tym samym kontekście, w jakim przeszli ludzie targowicy w XVIII wieku. W historii Polski nie będzie go jako pozytywnej postaci – zwłaszcza w kontekście Rosji czy Niemiec. Proszę zwrócić uwagę, że my w tej chwili stoimy przed generalną konfrontacją z Niemcami, czego najlepszym przykładem są słowa szefa Europejskiej Partii Ludowej Manfreda Webera. Jeśli niemiecki polityk mówi, że będzie zwalczał formację rządzącą w Polsce, wybrany w sposób demokratyczny rząd, to brzmi to niepokojąco. Dla Tuska w sensie historycznym jest to być albo nie być w polityce, dlatego jest tak bardzo zdeterminowany przejąć władzę w Polsce. Będąc przez kilka lat poza Polską, zajmując stanowisko szefa Rady Europejskiej, zatracił instynkty narodowe, jest w pełnym tego słowa znaczeniu kosmopolitą, człowiekiem europejskim. Licząc na powrót do władzy, z determinacją stara się zaistnieć. Są jednak rzeczy, które obciążają jego sumienie, bo jak wytłumaczyć to, że – jak twierdzi
– wzorem swojej matki robi znak krzyża na chlebie,
a z list wyborczych usuwa wszystkich, którzy są przeciw swobodzie aborcji. Zresztą nie tak dawno na kanwie
matki z Krakowa, która dokonała aborcji, chce robić demonstrację, marsz miliona serc 1 października.
To są wszystko rzeczy, które w sposób niewyobrażalny muszą obciążać, ale widać, że dla celu, jakim jest
zdobycie władzy, Tusk zrobi wszystko. Jednocześnie ma świadomość, że jeśli tego celu nie uda mu się zrealizować, będzie to dla niego dramat życiowy i kto wie, czy koniec obecności w polityce.
Wspomniał Pan o konfrontacji z Niemcami, ale tam też jest trudna sytuacja, bo o ile inflacja w Polsce zaczyna spadać, to
w Niemczech jest stagnacja gospodarcza, która może nawet skutkować podniesieniem wieku emerytalnego. Polska rozwijająca się w takim tempie jest dla Berlina przeszkodą. Czy zatem zatrzymanie tego trendu wzrostowego w Polsce nie jest zadaniem,
z jakim Tusk został wysłany do kraju?
– Tak to wygląda. W tym sensie Niemcy chcą postrzegać polską gospodarkę w roli podwykonawcy dla swojej gospodarki, dla swoich przedsiębiorstw, jako kraj drugiego szeregu w Europie i jako swoją strefę wpływów, a nie jako państwo, które na różnych poziomach chce konkurować
z Niemcami. Tusk jest gwarantem takiej Polski, Polski bez większych ambicji, Polski nie na miarę oczekiwań Polaków, tylko Niemców. Owszem może dostanie wstrzymane przez Komisję Europejską – zupełnie bezprawnie – środki
z Krajowego Planu Odbudowy i różne inne unijne pieniądze, ale za to będzie wykonywać różnorakie zlecenia czy wytyczne płynące ze strony Berlina i Brukseli, np. odnośnie do Europejskiego Zielonego Ładu, który w istocie został stworzony pod kątem potrzeb gospodarki niemieckiej, czy też dotyczące lewackiej ideologii lgbt itd. Zresztą Niemcy już testowali Tuska w roli premiera Polski, więc wiedzą, jak wyglądały jego relacje z ówczesną kanclerz Angelą Merkel czy skrajnie niekorzystne dla Polski działania podejmowane przez jego rząd w kwestii resetu
z Moskwą, co Tusk w niektórych momentach realizował bardziej gorliwie niż sami Niemcy. Przypomnę, że skrajnie niekorzystna dla Polski umowa gazowa podpisywana
za jego rządów przez wicepremiera Waldemara Pawlaka była blokowana przez Unię Europejską. To pokazuje,
że w swoich działaniach Tusk i jego ekipa byli nawet bardziej gorliwi, niż chcieli tego Niemcy.
Jako szef Rady Europejskiej działał pod dyktando Berlina i trudno znaleźć choćby jedną rzecz, jaką załatwił dla Polski?
– Tusk jako przewodniczący Rady Europejskiej praktycznie nie wyróżnił się niczym, nie zrobił niczego, co byłoby wbrew interesom niemieckim. Natomiast na samym końcu swojej kariery na brukselskich salonach, podczas kongresu CDU na cześć tej formacji wygłosił w języku niemieckim wiernopoddańcze przemówienie, mówiąc, że sposób rządzenia Niemiec był „dobrodziejstwem nie tylko dla Niemiec, ale dla całej Europy”, co jest powtarzane przez media publiczne.
Nawet niemieccy eksperci wskazują
na coraz trudniejszą sytuację gospodarczą Niemiec…
– Nic więc dziwnego, że nawet z kręgów obozu władzy płynie informacja o podwyższeniu wieku emerytalnego,
co nie jest wykluczone. Nie jest żadną tajemnicą,
że Niemcy swoje przewagi budowali na bazie relacji z Rosją i kupowania tanio surowców energetycznych, w tym gazu, co zwiększało ich konkurencyjność i dawało im także przewagi cenowe, ogromny rynek zbytu dla swoich towarów. Nie bez znaczenia był też układ Berlina
z Pekinem. I to wszystko dzisiaj w związku z atakiem Rosji na Ukrainę się rwie, co musi się odbić na gospodarce, która owszem wyglądała kwitnąco, kiedy Niemcy mieli przewagi geopolityczne. Natomiast kiedy się one porwały, to nagle Berlin denerwuje to, że chcemy rozbudować port
w Świnoujściu, bo to – zdaniem Niemiec – jest nieekologiczne. Co więcej, w związku z uprzemysłowieniem terenu znacznie ograniczy rozwój turystyki na wyspach Uznam i Wolin. Niemcom można wszystko: port
w Hamburgu nie koliduje z ekologią, na Renie też można im wszystko, ale na Odrze nam nie można nic. To kwestie, które Polaków muszą irytować.
Czy kwestia polityki podwyższenia wieku emerytalnego w Niemczech, była testowana w Polsce za rządów Tuska? Czy nie byliśmy poletkiem doświadczalnym, na którym Niemcy chcieli sprawdzić ten projekt?
– Myślę, że to był trend ogólnoeuropejski, czy raczej unijny, a więc też unijne wytyczne, nie wprost z Berlina. Tusk swoimi działaniami starał się maksymalnie przypodobać całej brukselskiej biurokracji i trendom,
jakie się w tych środowiska pojawiały. Stąd wszystko
temu poświęcił, a cel, jaki sobie postawił, a więc bycie kimś ważnym w Unii Europejskiej, w końcu pełnił stanowisko szefa Rady Europejskiej, osiągnął dzięki swojej uległości. Realizował tematy i politykę istotną dla Berlina
i Brukseli, licząc, że przewagi, jakie miał w liberalnych mediach, wsparcie ze strony Unii, to wszystko sprawi,
że PiS, obrzydzany Polakom, porównywany przez niego do Frontu Narodowego Marine Le Pen, nie dojdzie do władzy. Tymczasem plan Tuska się nie powiódł i teraz trzeba wszystko budować od nowa. Z punktu widzenia Niemiec Tusk był świetnym politykiem, bo np. utrzymywał pracę
w Polsce na niskich poziomach płacowych, a płaca minimalna w Polsce za jego rządów w porównaniu z płacą minimalną w Niemczech była na żenującym poziomie.
To powodowało, że w prosty sposób Niemcy mieli
w Polakach tanią siłę roboczą do zbioru szparagów czy innych prac, np. na zmywaku czy przy opiece nad ludźmi starszymi, chorymi, których Niemcy sami nie chcieli wykonywać. W sposób naturalny dokonywała się
migracja zarobkowa – i to masowo. Jeśli zaś chodzi
o konkurencyjność Polski, to Tusk absolutnie nie aspirował do tego. Co do rozwiązań unijnych, które utrzymywały przewagi wielkich gospodarek, to Tusk również w tym względzie był układny i lojalny, bynajmniej nie wobec Polski i Polaków. Jego rządy dla Berlina i Brukseli oznaczały same plusy. Niemcom nie opłacało się stawiać na nowego polityka, którego trzeba by dopiero urabiać i też nie wiadomo, czy będzie realizował to, co obiecał, skoro
mieli już sprawdzonego wykonawcę swoich planów.